Przemówienie Pawła Milukowa

Prawdziwą sensacją stało się przemówienie Pawła Milukowa z 1 XI 1916 roku, w czasie otwarcia ostatniej sesji Dumy Państwowej, w okresie Rosji carów. Przyczyną takiego rozgłosu była taka jego konstrukcja, że omówienie ważnej kwestii kończyło się pytaniem: „głupota czy zdrada”[1] [2]. Dodatkową przyczyną sensacji było oskarżenie premiera o zdradę. Odebrano je więc jako „sygnał do szturmu”. Ale był to tylko „szturm na Sturmera”. I: „Tego ciosu (dołączyły się do niego w następnych dniach jeszcze inne ) ówczesny premier Rosji nie wytrzymał, chociaż oczywiście nie miał nic wspólnego z żadną zdradą. Sturmer był niewątpliwie germanofilem, ale co najwyżej „on coeur”, jak pisał o nim Buchanan, twierdząc, że w każdym razie Sturmer był zbyt przebiegły, żeby podtrzymywać koncepcję oddzielnego pokoju”. Poza tym reakcja Sturmera jest co najmniej dziwna. W liście przesłanym do przewodniczącego Rodzianki, „pisał właściwie tylko o tym, że Milukow pozwolił sobie wspomnieć też o cesarzowej”. Poprosił także o kopię stenogramu, przy czym nadmienił, „że sprawa może stać się przedmiotem rozprawy sądowej”. Nic takiego nie miało jednak miejsca. „Nawet carowa, chociaż oczywiście nie kryła oburzenia, nie namawiała małżonka do represji. Nic dziwnego, ostatecznie i ona reprezentowała przynajmniej trochę realizmu politycznego”. Jako poseł Milukow był nietykalny, a trudno przypuszczać, aby Duma dobrowolnie przekazała go władzom. „Użycie siły byłoby krokiem więcej niż ryzykownym i dlatego carowa Aleksandra wolała ograniczyć się do słów: „niech krzyczą” i zapewnić Mikołaja II, że „stoi za nim jak skała” .

Pod wpływem kolejnych ataków na forum Dumy „Właśnie w pierwszych dniach listopada 1916 roku musiał się Mikołaj II porządnie zastanowić nad tym, czy jest sens utrzymywać dłużej Sturmera na stanowisku przewodniczącego Rady Ministrów. Zdaje się, że tak na serio zastanawiał się nad tymi sprawami po raz pierwszy w życiu. W tym również okresie zaczynają się intensywne próby nacisku na cara ze strony rodziny. Dnia 1 listopada przyjechał do Mikołaja II z Piotrogrodu w. ks. Mikołaj Mikołajewicz, i w dłuższej rozmowie starał się roztoczyć przed carem perspektywy grożącej dynastii. Epizod ten zakończył się nieco później tylko erupcją nienawiści ze strony carowej. Dnia 7 listopada przyjechali z Kaukazu do Kwatery Głównej wielcy książęta Mikołaj i Piotr Mikołajewicze. Mikołaj ostrzegał podobno cara nawet przed możliwością utraty korony, zapobiec temu – twierdził – można tylko przez powołanie gabinetu przed Dumą”. Tymczasem w Kwaterze Głównej nie było chorego gen. Aleksiejewa, którego zastępował gen. Wasyl Hurko. „Dnia 9 listopada Mikołaj II przyjął Sturmera i ministra komunikacji Aleksandra Trepowa . Sturmer dowiedział się o utracie stanowiska, które car zaproponował Trepowowi”. Ten uporczywie żądał dymisji Protopopowa. „Mikołaj II gotów był zgodzić się nawet na to, choć Protopopowa lubił”. Brak było jednak zgody co do kandydata „na stanowisko ministra spraw wewnętrznych (notabene Protopopow ciągle był „pełniącym obowiązki” ). Carowa dowiedziała się o wszystkim i 13 listopada przyjechała wraz z córkami do Mohylewa. Rezultat mógł być tylko jeden: car uległ i uległ ostatecznie również Trepow. Odtąd przez kilka tygodni działał gabinet Trepowa”[3].

W monografii została także ukazana rola Grzegorza Rasputina i jego wpływy na dworze cesarskim. I tylko takie przejawy jego działalności zostaną odnotowane w tej części pracy. Nie jest bowiem jej tematem opis całego życia tego syberyjskiego chłopa.

Już na wstępie rozdziału L. Bazylow postawił skłaniającą do głębszego zastanowienia tezę: „Rasputin nie odegrał wielkiej, może nawet żadnej roli w historii Rosji, odegrał natomiast olbrzymią rolę w historii dworu cesarskiego, jednego z najświetniejszych i najbogatszych w Europie, który po 300 latach panowania jednej dynastii zapadł się w nicość. Romanow utrzymał się na tronie dłużej niż Rasputin przy życiu – tylko o 10 tygodni. Nie ma w tym żadnych cech niezwykłych, ani żadnego fatum. Romanowowie nie pozostaliby dłużej u władzy, także gdyby Rasputin w ogóle nie istniał, gdyż przeciwko Romanowom wystąpiły potężne siły społeczne i one przesądziły o losach monarchii. Monarchia nie mogła przeciwstawić się ciosom, które na nią spadały i została obalona; ginąc, pociągnęła za sobą nie tylko przedstawicieli dynastii, lecz i cały zastęp jej najbliższych adherentów i służalców, jej silniejszych czy słabszych filarów, podpór. Rasputin też był taką podporą i też musiał zginąć – nie ma żadnego znaczenia, że stało się to o 10 tygodni wcześniej. Mógł oczywiście ujść śmierci w połowie grudnia 1916 r., mógł powrócić na Syberię – ale wtedy nie byłby już podporą”[4].

Autor nie przywiązuje także dużej wagi do faktu, iż taki człowiek jak Rasputin- „niemal niepiśmienny, aż nadto rubaszny w obejściu ze wszystkimi, pijanica i … rozpustnik, potrafił uzyskać praktycznie nieograniczony dostęp do dworu carskiego i uzyskać taki wpływ na parę cesarską, przede wszystkim na carową”. I to pomimo tego, ze Rosja była „monarchią szlachecko – arystokratyczną”, a do władzy nie dopuszczano nawet burżuazji, na dworze zaś ściśle przestrzegano etykiety i nawet najwyżsi dostojnicy musieli najpierw uzgodnić termin wizyty, obowiązywały także formalne wymogi co do stroju itp. Ale oddajmy znów głos autorowi „Obalenia caratu”: „Do zdziwienia nie ma jednak powodu. Dwór Mikołaja II był taki, a nie inny. Mikołaj II wielu rzeczy nie rozumiał, do rządów nie bardzo się nadawał, zwłaszcza w latach powtarzających się ruchów społecznych i w okresie wojny. Nie był ani wybitnym politykiem, ani wodzem, ani krasomówcą, a z ogromnego bagażu starych, oplatających dwór od stuleci reliktów feudalno – dynastycznych długo nie chciał uronić ani źdźbła. Do pewnych ustępstw zmusiła go rewolucja 1905 r. później znowu można było wierzyć w niewzruszoną stabilizację. Należał do ludzi bezwolnych, lecz nie tak, jak to się zwykle przedstawia: jego bezwolność była bardzo specyficzna. Car miał na nią swoiste antydotum – upór i pamięć – lepszą niż sądzi wielu autorów. Świetnie pamiętał zwłaszcza urazy, tzn. takie postępowanie, które jako urazę kwalifikował; przykład niełaski Stołypina z 1911 roku nie jest jedyny.

Z roku na rok coraz bardziej i w coraz szerszym kręgu ulegając małżonce Mikołaj II przyczynił się przez to do nadania swojemu dworowi zupełnie już wyjątkowego charakteru . W carowej Aleksandrze zaś – odziedziczone maniery i styl bycia, wykształcenie i uroda ( przynajmniej we wcześniejszym okresie ) połączyły się w nierozerwalną całość z trudnym do wytłumaczenia prymitywizmem. Nie sposób tego inaczej określić, gdyż przez całe lata najbliższą jej przyjaciółką była Anna Wyrubowa; naiwności i prymitywizmu tej ulubionej przyjaciółki nie da się po prostu określić – trzeba by pisać o niej osobny rozdział”. Tylko tak można to nazwać, jeśli zwróci się uwagę na „jej przesadną religijność i skłonność do mistycyzmu”, same te fakty nie są powodem, do aż takiej krytyki, zresztą podobne przypadki zdarzały się wcześniej. Lecz u carowej mamy do czynienia z wynaturzeniem – jej szacunek do różnych pseudoproroków, „na pół obranych z rozumu opętańców”, sprowadzonych na dwór – przybrał chorobliwe wręcz formy. Szczęściem było, gdy nie mieszali się oni do polityki, ale niestety niektórzy mieli takie ambicje[5].

Nie ulega także wątpliwości, że po zmianie wyznania stała się „gorliwą wielbicielką nowego wyznania”. Poza tym należy zwrócić na: „Jeszcze jedno: carowa urodziła cztery córki, a następca tronu pojawił się dopiero w roku 1904. fakt ten tłumaczyć może wiele, zwłaszcza na tle skłonności do mistycyzmu i przesądów. W dodatku „okazało się, że dziedziczył on chorobę książąt heskich – hemofilię. Całokształt tych wszystkich czynników pozwala – przynajmniej w poważnym stopniu – zrozumieć intronizację Rasputina w Carskim Siole”. Pewną rolę odegrała tutaj i sama Wyrubowa, sama jego najwierniejsza wielbicielka, „a jednocześnie niedostępna towarzyszka carowej, też działać musiała, świadomie i nieświadomie, w kierunku nieustannej stabilizacji wpływów Rasputina i wiary w Rasputina”.

Niepoślednią rolę odegrały również jego „własne walory”, a zwłaszcza tzw. „chłopski rozum”, który pozwalał mu zawsze wybrać właściwą drogę i rozwiązanie. „Niezależnie od tego czy prawdą jest, że Rasputin leczył małego księcia Aleksego hipnozą – trudno zaprzeczyć faktowi, iż jakoś potrafił go uspokoić i łagodzić cierpienia; równie trudno nie przyznać, że utwierdzało to jego wpływy na dworze”[6]. Ale oczywiście musiał on najpierw pierwszy raz na ten dwór przybyć. I tutaj zaczyna się problem, ponieważ: „Jedyną informacją, ale za to taką, która ma wszelkie pozory absolutnej ścisłości, jest zapis w dzienniku Mikołaja II, pod datą 1 .XI. 1905: „Poznaliśmy Grzegorza, świętego człowieka z guberni tabolskiej”. Niestety brak jej potwierdzenia w innych pracach. Nie jest to zresztą jedyny problem z jego życiorysem, którego jeszcze nikt rzetelnie i uczciwie, nie szukając sensacji by opisał[7].

Jednym z nich jest rzekoma przynależność Rasputina do sekty chłystów (czyli biczowników), która „miała być jednym z najsilniejszych argumentów, przy pomocy, których chciano go – zawsze bezskutecznie – zdemaskować i zdyskredytować przed carem”. Jednym z takich wiecznych donosicieli był Michał Rodzianko „nienawidzący go wprost obsesyjnie”. Właśnie przede wszystkim Rodzianko starał się stosunkowo często wmawiać w cara, że „chłystostwo” nie jest wymysłem, chociaż nie umiał dać na to dowodów”[8].

Jeszcze bardziej niedorzeczny był pomysł z istnieniem całej „carskiej organizacji chłystowskiej”, która obejmowała swoją częścią pałac w Carskim Siole, Kwaterę Główną, gabinety ministerialne i Departament Policji”[9].

Wracając do sprawy pojawienia się Rasputina na dworze, najprawdopodobniej nastąpiło to jednak w 1905 r., za pośrednictwem Czarnogórek, które „były jeszcze wtedy najlepszymi przyjaciółkami carowej Aleksandry”. Poważne jednak wpływy, łącznie ze słynną „później „karuzelą” ministerialną” uzyskał on dopiero od roku 19 1 5[10].

Bowiem: „Pozycję Rasputina umacniało powiązanie z dworem. Dopiero uzyskawszy swobodny dostęp na pokoje carskie, Rasputin mógł być pewny siebie. Zwłaszcza, że na tym dworze panowało historyczne religianctwo, tęsknota za cudem i poszukiwania cudotwórcy, carowa bez następcy tronu …”[11].

Jeszcze jeden argument nasuwa się przy okazji roztrząsania sprawy pozycji „Griszki” na dworze. Chodzi mianowicie o stosunki monarcha – lud. W ówczesnej „Rosji często i nieraz próbowano nawet w pewnych systemach filozoficzno – społecznych dowodzić odwiecznej jedności i łączności monarchy z tym ludem, w ówczesnym rozumieniu oczywiście z ludem wiejskim”. I to właśnie Rasputin miał być symbolem tej jedności i sumieniem prostego ludu. Tymczasem jak się okazywało rodzina carska nie dość, że „wystarczająco dyskredytowała się sama”, to „praktyki” z Rasputinem tak czy inaczej nie przynosiły jej dodatkowego splendoru w oczach szarego obywatela, który chętnie słuchał plotek i pogłosek na ten temat[12].

Dowodem rosnących w czasie wojny wpływów Rasputina była, np. sprawa biskupa tobolskiego Barnaby, który po przeprowadzeniu wg władz samodzielnej kanonizacji arcybiskupa tobolskiego, Joanna, został decyzją Synodu odwołany ze stanowiska. Lecz, gdy: „Samarin (oberprokurator przyp. aut.) udał się do cara w celu zatwierdzenia tej decyzji”, niestety „przywiózł z powrotem – swoją własną dymisję”. Podczas ponownego rozpatrywania sprawy: „Mikołaj II dał… zlecenie, aby podejmując decyzję miano dla Barnaby wyrozumiałość”. Nie trzeba chyba pisać kto to sprawił .

Bardziej skomplikowane były stosunki na linii Rasputin – Stołypin. Ten ostatni nic nie zawdzięczał „świętemu starcowi”, a że nie darzył go sympatią, więc chciał się go pozbyć. „Stołypin działał spokojnie i systematycznie, rozmawiał o Rasputinie z Mikołajem II, przedstawiał notatki oparte na dostarczanych materiałach. Zorientowawszy się, że nic z tego nigdy nie wyjdzie, zwalniał jak gdyby bieg spraw i przyhamował zapędy swoich podwładnych z resortów policyjnych. A jeśli sprawy Rasputina nie stawiał na ostrzu miecza, to chyba nie z konformizmu, lecz po prostu dlatego, że „święty starzec” nie odgrywał jeszcze wtedy roli wyraźnie politycznej, a jego wyczyny innego rodzaju odbywały się w każdym razie przy drzwiach solidnie zamkniętych.

Podobno za namową czy na prośbę Mikołaja II odbyło się również spotkanie obu tych mężów, na początku 1911 r. Stołypin przekonywał Rasputina, że może go w każdej chwili oddać pod sąd, Rasputin próbował Stołypina hipnotyzować, można w to uwierzyć, że bezskutecznie. Skończyło się na kategorycznym żądaniu, aby Rasputin opuścił stolicę, co też nastąpiło; było to bądź co bądź jedno z nielicznych zwycięstw nad nim – przed zamordowaniem go w pałacu Jusupowów. Zmuszony do opuszczenia Petersburga Rasputin spędził rok 1911 na podróżach[13] [14].

W roku 1912 jego przeciwnicy ponownie zaczęli mu zarzucać przynależność do sekty chłystów. W Dumie złożono interpelację w tej sprawie. „Na dworze zapanowała konsternacja, Mikołaj II wezwał do Carskiego Sioła premiera Kokowcowa, cesarzowa żądała rozpuszczenia Dumy.

Mimo wszystko Mikołaj II zgodził się na przekazanie Rodziance materiałów, które znajdowały się w Synodzie i dotyczyły – znowu tej nieszczęsnej, a nie udowodnionej przynależności Rasputina”. Podobno „car chciał, aby Rodzianko przekonał się o fałszywości wszystkich związanych z tym pogłosek”. „Po zaznajomieniu się z całym materiałem” powinien on udać się do monarchy z wnioskami. Rozpoczął jednak prywatne śledztwo, „rozgłaszając na wszystkie strony, że jego najbliższa audiencja w Carskim Siole będzie miała walor ocalenia monarchy i ojczyzny”[15].

Nastąpiła ona 26. II. 1912 roku: „Przewodniczący Dumy nie szczędził podobno wysiłków, żeby przekonać Mikołaja II o szkodach jakie wyrządza i o kłopotach jakich przysparza Rasputin”. „Car wysłuchał wszystkiego, zadał sobie trud, żeby jakoś udać lekkie przynajmniej oburzenie, podziękował Rodziance niemal serdecznie i w nagrodę za tak wysokie poczucie obywatelskie pozwolił mu przedstawić się następcy tronu”. Dwa dni później telefonicznie przekazano mu pozwolenie cara na przeanalizowanie sprawy „na podstawie wszystkich materiałów, także znajdujących się w posiadaniu Synodu”. Nie poddał się, gdy następnego dnia zażądano ich zwrotu . poprosił 8. III. o kolejną audiencję. Odpowiedź długo nie nadchodziła, dopiero gdy dowiedziano się, iż Rodzianko chce zrezygnować z szefowania Dumie, „car zreflektował się i przesłał mu dość uprzejme pismo: że nie może go przyjąć z powodu wyjazdu na Krym i że prosi o raport na piśmie”. Ten został szybko monarsze dostarczony. Finał rozegrał się „w Soborze Kazańskim w Petersburgu podczas uroczystości 300-lecia domu Romanowów, w lutym 1913”. Obaj patrzyli na siebie „rzuciwszy sobie w oczy po jednym mało uprzejmym pytaniu …, rozstali się na dłużej”[16].

W styczniu 1913 Rasputin przepowiedział zaś „w obecności pary cesarskiej” wyzdrowienie Anny Wyrubowej, ciężko rannej w katastrofie kolejowej, podczas gdy lekarze nie widzieli już możliwości pomocy. „Carowa uznała to za cud”[17] [18].

Kolejnym przejawem potęgi Rasputina, już w czasie wojny są wypadki z 26 marca 1915 r. w moskiewskiej restauracji „Jar”, gdzie zupełnie pijany „zaczął bełkotać o tym, co go rzekomo łączy z carową, z którą może robić „to co zechce”. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych uznano, że tym razem przesadził. Z raportem 4 sierpnia udał się do cara – wiceminister Włodzimierz Dżunkowski. „Mikołaj II wysłuchał go uważnie, po wysłuchaniu zadał parę pytań, nie omieszkał podziękować. Dżunkowski otrzymał zapewnienie, że jego monarcha po raz pierwszy dowiaduje się o tym wszystkim i że chętnie będzie słuchał dalej w przyszłości, w tej chwili prosząc o utrzymanie sprawy w tajemnicy. Wydawać się mogło, że wreszcie nastąpi jakiś przełom. Już następnego dnia 5. VIII. 1915, Rasputin musiał opuścić Piotrogród i wyjechać na Syberię”. Jego przyjaciele jednak szybko „zaczęli działać „wybielająco””. I już: „Dnia 15 sierpnia ówczesny minister spraw wewnętrznych, ks. Szczerbatow, zawiadomił Dżunkowskiego, że zostaje zwolniony ze swego stanowiska, przy czym pozostawia się go w składzie świty” (cesarskiej – przyp. autora). Tym razem także dymisja spadła na zainteresowanego, jak grom z jasnego nieba”. „Rasputin był potęgą, mimo że jeszcze raz zmuszono go do wyjazdu. Wrócił jednak już 28 września.

Wrócił tylko po to by w nocy z 16 na 17 XII 1916 roku zginąć z ręki: ks. Feliksa Jusupowa, Włodzimierza Puryszkiewicza i członka rodziny cesarskiej, w. ks. Dymitra Pawłowicza. Dokonali oni jak twierdzi Bazylow „pod wpływem umacniającego się coraz silniej przekonania, że Rasputin ponosi główną winę za całe dostrzegane zło”, lecz nie mieli oni tego na myśli „zła społecznego”, ale „kierowała nimi obawa przed zarysowującymi się możliwościami przegranej wojny…”. uważali go za szpiega lub czyjeś narzędzie, co na jedno wychodziło. Poza tym wiedziano, że jego „doradztwo” sięga już także w sferę zagadnień politycznych i przede wszystkim – operacji militarnych…”. „Spotykamy się z twierdzeniami, że obaj zamieszani w sprawę książęta spodziewali się wyzwolić w ten sposób spętaną przez Rasputina wolę pary

cesarskiej”[19]. Podobnie jak autor monografii oszczędzimy tu sobie opis przebiegu całego zajścia. Dla nas ważniejsze są reakcje na dworze na wieść o tym co się stało. „Na wiadomość o zniknięciu Rasputina carowa napisała o tym już 17 grudnia, Mikołaj II wrócił 19 grudnia z Kwatery Głównej do Carskiego Sioła. W drodze, na jednej ze stacji kolejowych, otrzymał telegram od żony: „znaleźli w wodzie”. Po przyjeżdzie zażądał szczegółów i w związku z tym zakrzątnął się koło całej sprawy Protopopow, zdaje się że pierwszy raz naprawdę wykazując niemałą aktywność. Pokazał m.in. carowi dwa telegramy wysłane 18 grudnia z Moskwy przez w. ks. Elżbietę siostrę rodzoną carowej, do w. ks. Dymitra i do matki Jusupowa”.

Po śmierci swego męża w. ks. Sergiusza została ona mniszką . „Do Carskiego Sioła przyjeżdżała rzadko, ze swoją koronowaną siostrą rozumiała się coraz gorzej, kamieniem niezgody był oczywiście Rasputin. We wspomnianych telegramach słynna z pobożności w. ks. Elżbieta przekazywała zabójcom (właściwie tylko Jusupowowi) serdeczne i szczere gratulacje”. Oprócz tego dostał „jeszcze Mikołaj II kopię listu, wysłanego nieco wcześniej, 1 grudnia, przez żonę przewodniczącego Dumy do matki Jusupowa”. Można się z niego było dowiedzieć, że wszystkie decyzje są „w rękach szalonej Niemki (carowej), Rasputina, Wyrubowej, Pitrima (arcybiskup piotrogrodzki – przyp. aut.) i Protopopowa”. Ten ostatni doniósł carowi, że w czasie śledztwa premier Trepow i minister sprawiedliwości Makarow „nie wykazywali…zbytniego zapału itd.”. wynikiem tego były zmiany na stanowiskach ministerialnych, a : „Ostatnim przewodniczącym Rady Ministrów w Rosji Carskiej został ks. Mikołaj Golicyn” – podobny reakcjonista jak jego poprzednicy[20].

Pozostawała jeszcze sprawa ukarania winnych. I tutaj zaczynał się problem: „wielkich książąt nie mogły sądzić zwyczajne sądy, Puryszkiewicz był nietykalny, jako członek Dumy Państwowej” zaś Jusupow „miał żonę z rodziny cesarskiej” (Irena Jusupow była córką rodzonej siostry cara w. ks. Kseni). W dodatku dwaj ostatni opuścili Piotrogród, „pozostał tylko w. ks. Dymitr, którego aresztowano i niemal z miejsca wysłano do oddziałów generała Mikołaja Baratowa, stacjonującego nad granicą perską.

W obronie w. ks. Dymitra zjednoczyło swoje wysiłki wielu członków rodziny Romanowów, którzy zebrali się 29 grudnia i napisali wspólnie list do Mikołaja II”. Prosili w nim, aby ze względu na „chorobę piersiową” nie wysyłać go do Transkaukazji. Podpisy złożyło 16 osób, m.in. stryj cara w. ks. Paweł, trzej Włodzimierzowicze Cyryl, Borys i Andrzej i inni. W trakcie pisania listu „padło wiele ostrych słów, zwłaszcza pod adresem carowej, a Mikołaj II dowiedział się oczywiście o wszystkim jeszcze tego samego dnia. Dnia 30 grudnia nadeszła jego odpowiedź na ręce w. ks. Pawła: „Nikomu nie dano prawa do zabijania. Wiem, że wielu z was sumienie nie daje spokoju, bo nie tylko Dymitr Pawłowicz jest w to zamieszany.

Wyrażam zdziwienie, żeście się do mnie zwrócili”. Jeśli chodzi o sformułowanie „nie tylko Dymitr” to prawdopodobnie podyktowane one było obawą „przed spiskiem w. książąt”. Wszystko byłoby jeszcze bardziej słuszne, gdyby zabójców jakoś ukarano, a z tego car zrezygnował już 23 grudnia. Z natury rzeczy jednak doszło do dalszego, znacznego ochłodzenia stosunków między carem i pozostałą rodziną”[21].


[1]    Treść samego przemówienia i reakcje na nie na ss.196-208.

[2]    Tamże, s. 209.

[3]    Tamże, s. 209-211.

[4]    Tamże, s. 219-220.

[5]    Tamże, s. 220-221.

[6]    Tamże, s. 221-222.

[7]    Tamże, s. 222-223.

[8]    Tamże, s. 225.

[9]    Tamże, s. 226.

[10]   Tamże, s. 227.

[11]   Tamże, s. 228.

[12]   Tamże, s. 229.

[13]   Tamże, s. 230-231.

[14]   Tamże, s. 231-233.

[15]   Tamże, s. 235-236.

[16]   Tamże, s. 238-240.

[17]   Tamże, s. 240.

[18]   Tamże, s. 242-243.

[19]   Tamże, s. 250 I 252.

[20]   Tamże, s. 254-255.

Tamże, s. 256-257.

Oceń tę pracę

Mikołaj II postacią tragiczną

I na koniec może jeszcze jeden cytat: „Większość swych gości Mikołaj przyjmował nie przestrzegając dworskiej etykiety. Stojąc przy biurku skinieniem dłoni zapraszał ich, by usiedli w fotelu, pytał, czy mają ochotę zapalić, i sam zapalał papierosa. Był uważnym słuchaczem i choć często wyciągał konkluzję, zanim jego rozmówca zdołał ją sformułować, nigdy nie przerywał”.

Ciekawa i interesująca dla badacza zajmującego się osobą ostatniego cara Rosji jest książka Edwarda Radzinskiego „Jak naprawdę zginął car Mikołaj II”, którą przetłumaczyła Eugenia Siemaszkiewicz. Jej niezwykłość polega na tym, że autor wykorzystując dzienniki monarchy pisze jakby kronikę lub kalendarium jego życia. Zdaniem Radzinskiego niezwykłość tych wspomnień polega na tym, że choć: „Dziennik pozbawiony jest refleksji, niewiele w nim ocen. Dziennik to tylko zapis najważniejszych wydarzeń dnia i nic więcej”. Ale: „Pozostał w nim jego głos. Mistyczna moc zapisywanych własną ręką słów …

Ten milczący, zamknięty w sobie człowiek będzie opowiadać. Sam poprowadzi przez swoje życie. Jest autorem”[1].

Opisując dzieciństwo przyszłego „władcy jednej szóstej kuli ziemskiej” badacz stwierdza, że to jego młodszy brat Michał był ulubieńcem rodziców. „Żelazna wola ojca złamie jednak dziecinną samodzielność Michała – obaj bracia dorósłszy będą dobrzy, łagodni i ustępliwi. Zdarza się tak często z dziećmi silnych ojców”. To wyróżnianie brata spowodowało jednak, że: „Właśnie wówczas Mikołaj zrozumiał to, co jest największą goryczą lat chłopięcych: nie ty jesteś kochany , ale twój brat! Nie, nie zaciął się z tego powodu w niechęci, nie stał się ponury czy nieposłuszny. Stał się po prostu skryty.

Jakże pragnął miłości ! Ta która stała się jego żoną, wyczuła to kobiecym instynktem”[2].

Autor wspomina także, iż: „Mikołaj uwielbiał ćwiczenia fizyczne i jest w tym niezmordowany”.

Nie brak także na łamach tej publikacji i wiadomości o Rasputinie, jednak według Radzińskiego: „Rasputin to jeden z najbardziej rozpowszechnionych mitów XX wieku” . Dlatego stara się on na podstawie dostępnych źródeł i materiałów zweryfikować krążące w powszechnej wiadomości przekłamania i plotki, np. o tym, że urządzał on orgie „z damami z najwyższych sfer” .

Charakterystyczna i podobna do wcześniej już cytowanych jest opinia Radzińskiego o monarsze rosyjskim: „Mikołaj urodzony pod znakiem Byka miał wszystkie cechy odpowiadające temu symbolowi. Był powolny, uparty i skryty, był małomówny, uwielbiał dzieci i rodzinę. Brak mu było jednak dwóch cech przypisanych astrologicznemu bykowi – siły i przypływów furii. „Niechże się Wasza Cesarska Mość wreszcie rozgniewa !” – błagał go na próżno jeden z ministrów”.

Był szczególnego rodzaju „Bykiem”. Był bykiem ofiarnym i patronował mu Hiob Boleściwy”[3].

W książce znajdujemy także opis masakry w domu Ipatiewa oraz przebiegu śledztwa prowadzonego przez śledczego Mikołaja Sokołowa, które miało wyjaśnić losy rodziny carskiej. W epilogu zaś umieścił, krótkie notatki o późniejszych losach uczestników egzekucji Mikołaja II i jego bliskich.

Jednak moim zdaniem nic tak nie pozwala wyrobić sobie zdania szczególnie o kimś zmarłym, jak przeczytanie jego pamiętnika i to takiego, który nie był pisany z myślą o jego publikacji. Takim zaś jest „Dziennik cara Mikołaja II”, przełożony przez Leona Kozłowskiego i opatrzony wstępem Jana Gondowicza. Jego wyjątkowość jak pisze Gondowicz polega właśnie na tym, iż „Nie są to zapiski Mikołaja II – władcy Rosji. To zapiski prywatne. Gdy jednak sięga się po nie, nasunąć się musi pytanie, czemu władza i człowiek prywatny byli dwojgiem różnych ludzi”.

Dalej pisze on: „Żaden władca europejski naszych czasów nie otrzymał w czasie swego panowania tylu wymownych ostrzeżeń przed nadchodzącą tragedią i żaden też nie szedł, lekceważąc je wszystkie, ku zgubie z niewzruszoną obojętnością lunatyka. Kluczem do tej postawy wydaje się więc jego sytuacja, której szczerze nie znosił, lecz bez której nie wyobrażał sobie życia: sytuacja samodzierżcy najrozleglejszego kraju świata.

Opisana została także reakcja Mikołaja, gdy został nowym carem: „…następca tronu zaś hamletyzował: „Co mam robić? Co będzie z Rosją? Nie jestem jeszcze gotów zostać carem ! Nie umiem rządzić Imperium !”. Stało się to najgorsze – notował – „właśnie to, czego tak się obawiałem przez całe życie”. Było to wynikiem tego, że: „Przekonany o swoim żelaznym zdrowiu ojciec postanowił nie wprowadzać go w arkana władzy przed trzydziestym rokiem życia. Nic nie mogło bardziej odpowiadać pragnieniom syna. Życie jego wypełniała dotąd, zakończona z ulgą przed czterema laty (Mikołaj miał 26 lat-przyp. aut.), edukacja oraz operetkowe romase…” ( np. z Matyldą Krzesińską-przyp. aut.).

Zaś minister spraw wewnętrznych Iwan Dumowo, podczas rozmowy z Sergiuszem Witte ministrem finansów, w dniu pogrzebu Aleksandra III tak miał powiedzieć o nowym carze: „Myli się pan, Sergiuszu Juliewiczu, i wspomni pan te słowa: on będzie kimś w rodzaju repliki Pawła Piotrowicza (cara Pawła I – przyp. aut.) w nowoczesnym wydaniu !”. A oto trzy inne: „…charakterystyki, pochodzące z zupełnie innych sfer.

„Car taki nudny, przenudny !” – brzmiało opisanie jakiejś babiny z Odessy. Chłop z guberni kurskiej relacjonował: „Przyszedł on, jak winowajca, oczy w dół spuścił i powiada: – „Cierpcie, dziateczki, cierpcie !”. Najkrócej zaś rzecz ujął hrabia Lew To łstoj: Nieszczęsny, zahukany chłopak” .

Nie brak także anegdotycznych opisów dymisji różnych dygnitarzy[4] [5] [6].

Warto również przytoczyć następującą opinię Gondowicza o imperatorze: „Mikołaj II nie umiał lub nie chciał być despotą. Ale uczyniło go nim urodzenie. Był więc despotą słabowitym. Można to poznać z faktu, że w końcu zawsze łatwiej mu przychodziło mówienie „nie” niż „tak” oraz „Wypada przyjąć jako pewnik, że Mikołaj II żywił wstręt do podejmowania wszelkich w ogóle decyzji dotyczących kwestii publicznych. Ogarniało go wówczas coś w rodzaju paraliżu. W efekcie musiało mu się wydawać, że każda decyzja została na nim wymuszona. Dokładnie ten sam stosunek żywił cesarz do wystąpień oficjalnych…” .

Autor wstępu uważa także, że kolejne ekscesy Rasputina i postępowanie carycy w czasie wojny „…rozbiły mitologiczną otoczkę carowładztwa”. A: „Car mógł, jak się okazało, wszystko z wyjątkiem jednego: ośmieszenia się. Mikołaj II mógł być okrutny, mógł być obojętny, mógł wreszcie być żaden, ale gdy stał się śmieszny, władza wypadła mu z rąk. I nikt jej nie bronił.

Mikołaja II nie pokonały nienawiść, zła wola ani uprzedzenia, jakie narosły między nim a poddanymi. Pokonał go demonizm ciemnoty” .

Nie mogło także zabraknąć i w tej publikacji wzmianki o prześladującym cara pechu[7]

Jeśli chodzi o wartość poznawczą pamiętnika Mikołaja II, to wynika z tego, iż jego autor nie koloryzował rzeczywistości, po prostu: „Mikołaj II był do tego nie zdolny; co prawda pisząc, że odbył z kimś rozmowę, nie mówił nic o jej treści, lecz zawsze notował sam fakt i nigdy nie mylił się w dacie. Toteż pamiętnik jego ma wciąż spore znaczenie jako źródło pomocnicze, zwłaszcza w kwestiach chronologii” .

Nie pozostaje więc nic innego jak rozpocząć tę pasjonującą lekturę, aby spojrzeć na świat, oczami nie cara Mikołaja II, ale zwykłego Mikołaja i pozwolić prowadzić mu się po krętych ścieżkach jego życia, aż do tragicznego finału.

Również ważna i interesująca, dla badacza zajmującego się osobowością i dokonaniami ostatniego imperatora Rosji carskiej, jest książka „Mikołaj II i Aleksandra: nieznana korespondencja” autorstwa Andrieja Maylunasa i Siergieja Mironenki, a przetłumaczona przez Małgorzatę Dors. Wbrew temu co sugeruje tytuł zbiór ten zawiera również listy innych członków rodziny Romanowów, cytowane są ich pamiętniki, a także listy innych monarchów europejskich, członków korpusu dyplomatycznego akredytowanych w Rosji i wielu innych osób.

Całość daje nam zupełnie inny obraz tej szczególnej rodziny. Jak stwierdza we wstępie Andriej Maylunas: „Jak na ludzi, którzy żyli sto lat temu, Romanowowie byli nadzwyczaj nowocześni. Jako małżeństwo mieszane, rozmawiali ze sobą po angielsku. Grywali w tenisa i fotografowali (pierwsi samodzielnie robili zdjęcia migawkowe). Każdy członek rodziny, łącznie z dziećmi, miał własny aparat fotograficzny, a ponieważ byli bogaci – fotografowanie było wówczas bardzo kosztownym hobby – zostawili nam około stu pięćdziesięciu tysięcy zdjęć samych siebie nie licząc tych, które robili im inni” . Jako ciekawostkę możemy jeszcze podać, że: „Mikołaj dziennik wprawdzie prowadził po rosyjsku, lecz rozmawiał i korespondował z żoną po angielsku. Z matką natomiast porozumiewał się po francusku i duńsku”[8] [9] [10] [11] [12].

A choć autorzy sami byli zmuszeni z różnych przyczyn pominąć wiele faktów, to jednak: „Z materiałów, które pozostały, powstał obraz chciwości, zachłanności, intryg na tle seksualnym, niezwykle kosztownych zachcianek, homoseksualizmu, zazdrości, sporów o pieniądze, władzy i jeszcze raz władzy, morderstw, i to bardzo wielu, straszliwej śmierci i wciąż wyczuwalnej nieuchronności zagłady…”. Lecz mimo wszystko ich: „…zdaniem w rodzinie tej kryje się jakaś magia – widać ją w sposobie, jak żyli i umierali”.

Niezwykle trafną i interesującą charakterystykę cara Mikołaja, oprócz lektury zamieszczonej w zbiorze korespondencji, daje w posłowiu Sergiej Mironenko. Przyznaje on, że ze względu na to, że przyszły car urodził się w dniu poświęconym pamięci św. Hioba: „Później wielu ludzi, łącznie zresztą z samym carem, co jasno wynika z lektury jego dzienników, dopatrywało się w tym fakcie ponurej przepowiedni jego przyszłego losu” . Lecz: „Jakby na przekór jednakże tym przepowiedniom dzieciństwo i młodość Mikołaja upłynęło w nastroju beztroski i swobody. Ale przez całe życie odczuwał silny wpływ osobowości swego ojca, cesarza Aleksandra, człowieka surowego, o silnej woli. Mikołaj natomiast ( zwany Nickym ), najstarszy jego syn, był z natury niezdecydowany i zawsze ciągnęło go do osób o silniejszym od niego charakterze, którym bardzo łatwo we wszystkim ulegał”.

Co do kwalifikacji następcy tronu, wobec czekających go obowiązków, to zdaniem Mironenki: „Kiedy miał (Mikołaj – przyp. aut.) dwadzieścia sześć lat, ojciec jego umarł niespodziewanie, zostawiając syna zupełnie nie przygotowanego do wstąpienia na rosyjski tron. Mikołaj liczył na to, że zanim przyjdzie mu objąć władzę, pożyje sobie spokojnie jeszcze dwadzieścia lat. Los jednak zarządził inaczej” (s. 663).

Gdy już został carem: „Nieustająca konieczność angażowania się w życie publiczne i, co więcej, podejmowania decyzji, zatruwała Mikołajowi życie. Poczucie obowiązku oraz rzucająca się w oczy nieumiejętność rozwiązywania skomplikowanych problemów politycznych były dla niego źródłem wiecznego cierpienia. Jego bliscy doskonale to rozumieli. Jego matka, cesarzowa Maria Fiodorowna, często uskarżała się na to, że syn pozbawiony jest charakteru. Zarówno cała rodzina, jak i Komitet Ministrów przekonani byli, że w każdej rodzącej rozbieżności sprawie Mikołaj opowie się po stronie tego, który jako ostatni przedstawiał mu swe stanowisko. Właśnie tę opinię cesarz oficjalnie przyjmował” (s. 663).

Autor podziela powszechnie panującą i wówczas opinię, że: „Mikołaj był stworzony do spokojnego życia rodzinnego. Brytyjski premier, David Lloyd George, powiedział kiedyś, że Mikołaj uniknąłby wszelkich zarzutów zyskując reputację wspaniałego człowieka i żyłby długo i szczęśliwie, gdyby nie urodził się cesarzem”.

Jednym z faktów, który przeczy powszechnie panującej opinii o Mikołaju II jako o człowieku niezdecydowanym, któremu brak silnej woli w dążeniu do celu, jest sprawa jego miłości do księżniczki heskiej Alice. Choć oboje się kochali, to jednak Alix (tak ją nazywał Mikołaj – przyp. aut.) jako gorliwa protestantka nie umiała wyrzec się swojej wiary, dopiero przykład i argument starszej siostry Elli, żony w. ks. Sergiusza, która „po ośmiu latach małżeństwa… sama przeszła na prawosławie, spowodowały iż zmieniła zdanie. Dodatkową przeszkodą był początkowy opór rodziców przyszłego cesarza. Ostatecznie jednak udało im się pokonać te trudności i zostali wyjątkowo zgodnym i kochającym się małżeństwem.

Nie pominął także Mironenko w swych rozważaniach sprawy Rasputina. Twierdzi on, iż: „Prowadząc dworskie życie Mikołaj i Aleksandra byli siłą rzeczy oderwani od rzeczywistości i nie mieli pojęcia, jacy naprawdę są rosyjscy chłopi. Rasputin stał się dla nich uosobieniem prawdziwego Rosjanina, dla którego rządzili całym imperium”. „W ich pojęciu reprezentował naród rosyjskim, takim jakim go sobie wyobrażali: głęboko wierzący, wierny swemu władcy, pracujący dla pomyślności całego kraju”[13].

I na koniec jeszcze dwa ostatnie fragmenty dzienników cytowane w tym wyborze przez autorów. Są one charakterystyczne, a zarazem sympatyczne.

Pierwszy to fragment z dziennika Nickijego z 27 listopada 1894 roku: „[dopisane ręką Alix] Nie będzie już więcej żadnych rozstań. Wreszcie jesteśmy połączeni, związani ze sobą na całe życie, a gdy ono się zakończy, spotkamy się znów na tamtym świecie, żeby pozostać razem po wieczne już czasy. Twoja, tylko twoja”.

Drugi pochodzi z dziennika Jerzego V z 25 lipca 1918 roku: „May (żona Jerzego V – przyp. aut.) i ja uczestniczyliśmy dziś we mszy odprawionej w rosyjskiej cerkwi przy ulicy Welbeck Street; modliliśmy się za drogiego Nicky’ego, który – obawiam się – zastrzelony został w zeszłym miesiącu przez bolszewików. Nie znam żadnych szczegółów tego haniebnego morderstwa. Byłem bardzo oddany Nicky’emu, który był najżyczliwszym z ludzi, dżentelmenem w każdym calu, i kochał swój kraj oraz naród”[14] [15] [16].

Pozycją przełomową i nowatorską na polskim rynku wydawniczym, a dotyczącą osoby ostatniego cara Rosji jest nieukończona wprawdzie jeszcze -dwutomowa biografia Mikołaja II, autorstwa profesora Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie ( obecnie zaś Uniwersytetu Warmińskiego ), Jana Sobczaka. Co ważniejsze została ona napisana przez polskiego historyka, który jak to sam wielokrotnie podkreśla na kartach tej książki: „Nie mam – powtórzmy – zamiaru idealizować Mikołaja II. Nie mam, i jako Polak, i jako historyk, starający się dotrzeć do prawdy, żadnych uprzedzeń. Najtrudniej mi odpowiedzieć na często zadawane niby proste pytania, jaki był – dobry czy zły, mądry czy głupi? Nie wiem. Interesują mnie jego poczynania, motywy podejmowania konkretnych decyzji i zachowań w określonej sytuacji. I tylko staram się oceniać w konfrontacji ze źródłami. I jako człowiek i jako monarcha był bardzo niejednoznaczny w różnych okresach i uwarunkowaniach historycznych swego, nie tak krótkiego, bo aż 22-letniego panowania”.

Jak Sobczak podkreśla już we wstępie: „…nie było w Rosji postaci poza – jeśli chodzi o dzieje najnowsze – może Lwem Trockim w okresie stalinizmu, której by tak nie oczerniano i nie starano się poniżyć, ba – wprost zohydzić w oczach współczesnych. Oczywiście, nie ma potrzeby idealizowania Mikołaja II, tuszowania jego wad czy też słabości jego panowania i wystawiania mu oceny wyższej, niż na to zasługuje”. I dalej: „Ale nie ma również powodów do bezwzględnego potępiania go, nieżyczliwego rozpatrywania wszystkiego co zrobił. Żył i panował w trudnej epoce. Wszystkie jego posunięcia muszą być rozpatrywane z uwzględnieniem motywów, którymi się kierował, a które w dużym przecież stopniu wypływały z warunków epoki. W b. ZSRR dość powszechnie przedstawiano ostatniego cara jako podczłowieka, śmieszną i godną politowania kukłę, ostatniego łajdaka wreszcie. Czas na ukazanie go jako istoty ludzkiej ze wszystkimi plusami i minusami, blaskami i cieniami. Czas na sąd, oparty na naukowych badaniach” . Jest to motto, któremu autor pozostaje wierny od pierwszej do ostatniej strony swojej pracy.

Warto również przytoczyć kilka własnych opinii autora o rosyjskim imperatorze, według niego: „Mikołaj II nie był, jak go oszczerczo przezwano „krwawym”, ale krew i to niekiedy lejąca się szerokim strumieniem, rzeczywiście towarzyszyła jego życiu i panowaniu”. Żeby przywołać tylko wspomnienie nieszczęsnej „Chodynki”. Ale tu należy zadać sobie pytanie: „Czy zawsze był winnym tej krwi, a jeśli nawet tak, to kiedy i w czym, czy okupił swą winę w stopniu wystarczającym ofiarą swego życia?”[17].

Dostrzegł także znamienny fakt, iż „W życiu Mikołaja II było wiele elementów mistycznej symboliki. W całej rozciągłości dotyczy to i tego ostatniego wydarzenia, tej ostatniej krwi (chodzi o masakrę w domu Ipatiewa – przyp. aut.). Tragedia pierwszej rodziny Rosji stanie się niebawem losem innych rodzin w kraju i poza nim. Dotknie także wielu tysięcy naszych rodaków. Śmierć carskiej rodziny była jakby zapowiedzią nowych strasznych czasów”[18].

I choć: „Mikołaja II nie możemy zaliczyć do grona wielkich władców rosyjskich…”. Bo: „Nie miał „silnej ręki”. Nierzadko narzekał, iż jakiś dekret u niego „wyrwano”, że zmuszony był podjąć decyzję pod presją okoliczności”. Wynikało to z tego, że: „Dramat Mikołaja II jako polityka polegał bodaj na jego przeciętności, rozziewie między formatem jego osobowości a wymogami epoki. Nie był wybitną postacią historii, ale to nie oznacza, iż jako „homo politicus” był politykiem miernym czy tuzinkowym, jak go postrzega wielu piszących. Był zwykłym, choć odzianym w purpurę, porządnym i prawym człowiekiem. Nawet tak niezbyt sprzyjający swemu monarsze polityk rosyjski jak Sergiusz Witte, nie ukrywając wad cara Mikołaja II, w swych wspomnieniach przedstawił go jako władcę, który mocno „wszedł” we wszystkie tajniki spraw państwowych, i to zarówno polityki wewnętrznej, jak i zagranicznej, który umiał okazywać swoją wolę i myśli. Jego poglądy były niewątpliwie jak na wymogi epoki, czas burzliwych przeobrażeń politycznych, społecznych i cywilizacyjnych zachowawcze, ale w wielu wypadkach okazał jednak zdolność dostosowania się do nowych sytuacji i warunków, uwzględnienia wymogów życia, korygowania swej polityki”[19]

Pod wieloma względami jest postacią tragiczną. Porządny, pełen wewnętrznej kultury i elegancji, wysportowany a przy tym delikatny, aż do wstydliwości, przykładny chrześcijanin kochający mąż i ojciec, wierny pojmowanemu w sposób sakralny carskiemu posłannictwu, swojej misji wobec Rosji, ale jednocześnie rzeczywiście nie wybitny mąż stanu, niewolnik mocno anachroniczny, w dużej mierze feudalnych przekonań o relacji narodu i monarchy. Nie był ani despotą, ani katem narodu, ani nie był świętym, niektóre jego wady i cechy charakteru mogły irytować, niektóre okazały się fatalne dla niego samego i dla całej Rosji”[20].

Niezwykle dalekowzroczne i inspirujące są krótkie rozważania autora, na temat przyszłości badań nad osobą i dokonaniami Mikołaja II, a także obecną oceną jego życia i działań. „Na ocenę tego cara patrzymy dziś w sposób pełniejszy, bardziej pogłębiony, z uwzględnieniem całego splotu uwarunkowań historycznych, społecznych i politycznych. Ale temat ten z całą pewnością nie może być przez nikogo potraktowany jako zamknięty epizod historyczny, który wydarzył się przed stuleciem. Postać ta z jej tragicznym losem, z wieloma jeszcze nierozszyfrowanymi zagadkami panowania, pozostanie zapewne na długo fenomenem dziejów powszechnych, zwłaszcza dziejów Rosji i nietrudno przewidzieć, że spory i dyskusje na ten temat, nie tylko naukowe, ale i polityczne, trwać będą nadal, a nowe hipotezy i koncepcje, jakie pojawią się w przyszłości, staną się podnietą i inspiracją do dalszych prac badawczych, a może i dla twórców literatury i sztuki”[21].


Tamże, s. 29.

Tamże, s. 137.

Tamże, s. 137.

Tamże, s. 322.

Tamże, s. 544-554.

Dziennik cara Mikołaja II, wstęp i opracowanie J. Gondowicz, Warszawa 1998, s. 7 Tamże, s. 8.

Tamże, s. 11.

Tamże, s. 12.

Tamże, s. 14-15.

Tamże, s. 15.

Tamże, s. 16. Tamże, s. 25. Tamże, s. 25-26. Tamże, s. 31.

[8]    A. Maylunas, S. Mironenko, Mikołaj II i Aleksandra: nieznana korespondencja, Warszawa 1998, s. 15.

[9]    Tamże, s. 18.

[10]   Tamże, s. 19.

[11]   Tamże, s. 663.

[12]   Tamże, s. 663.

Tamże, s. 666.

[14]   Tamże, s 662.

[15]   J. Sobczak, Cesarz Mikołaj II. Miłość i pierwsze lata panowania 1868-1800, t. I – Młodość, Olsztyn 1998, s. 14­15.

[16]   Tamże, s. 8.

Tamże, s. 9.

Tamże, s. 10. Tamże, s. 10.

Tamże, s. 10-11.

Tamże, s. 11-12.

Tamże, s. 12.

Oceń tę pracę

Trzeci generalny inkwizytor Ximenes Cisneros

Zaraz po przybyciu regenta do Hiszpanii, mia­nowany został generalnym inkwizytorem królestwa Kastylii D. Franciszek Ximenes de Cisneros arcy­biskup Toleda, a towarzyszem jego został D. Juan Enguera, biskup z Vic’u, którego postawiono na czele inkwizytorów Arragonu.

Cisneros zaczął urzędować w chwili, kiedy już rozpowszechnił się prawie spisek przeciw świętemu oficjum, z powodu wypadków w Kordubie. W sze­regach osób, które odznaczały się nienawiścią ku inkwizycji, widziano nie tylko możnych panów, lecz nadto biskupów i członków kastylijskiej rady.

Taki stan nienawiści dla świętego oficjum, dał uczuć generalnemu inkwizytorowi Cisnerosowi potrzebę postępowania z jak największą roztropnością, aby nie dopuścić powszechnego zwołania kortezów, któ­rego Hiszpani już zażądali.

Cisneros miał zdolność i wiadomości, był nawet prawym, dopóki nie został inkwizytorem. Zrodzo­ny do wielkich przedsięwzięć, obdarzony był od natury tego rodzaju ambicją, bez której wielcy lu­dzie pozostaliby nieznanymi na świecie, i dla tej też ambicji przyjął urząd, stawiający go na czele instytucji, której nie sprzyjał; od tej chwili musiał ją podtrzymywać i bronić. Cisneros więcej nawet uczynił, bo sprzeciwił się wszelkim nowościom pro­jektowanym w procedurze świętego oficjum, cho­ciaż to co się niedawno działo w Kordobie, nauczy­ło go, jak ważne pociągał za sobą niewłaściwości zgubny sekret inkwizycji i nadużycia, jakich się do­puszczano w ciemnościach prowincjonalnych try­bunałów.

Niemniej Cisneros prosił i wyjednał u króla po­zwolenie utworzenia junty, złożonej z dwudziestu dwóch osób, najbardziej odznaczających się w kró­lestwie, dla ukończenia spraw wytoczonych miesz­kańcom Kordoby przez inkwizytora Lucerę. Ta junta przybrała nazwę katolickiej kongregacji i pierwsze posiedzenie odbyło się w Burgosie w r. 1508. Po kilkumiesięcznej pracy zawyrokowała, że świadkowie, słuchani przez Lucerę w sprawie Koduby, nie są godni żadnego zaufania, ponieważ oświad­czenia ich były z sobą sprzeczne i sprawiedliwie po­dejrzane o złą wiarę, z powodu niepodobieństwa do prawdy i niedorzeczności. W skutek tego uwol­niono obwinionych, którzy się jeszcze znajdowali w więzieniach, zalecono przywrócić cześć tak im jako i pamięci zmarłych, i postanowiono odbudować kosztem skarbu zburzone ich domy. Ten akt spóź­nionej sprawiedliwości, który może nakazała roz­tropność, uroczyście ogłoszono w Vallallolidzie wśród oklasków ludu, mniemającego, że już skru­szył jarzmo inkwizycji, która mu tylko dała zwod­niczą przerwę.

Wypadki w Kordobie zmusiły także generalne­go inkwizytora do jak najstaranniejszego zbadania postępowania inkwizytorów i innych urzędników świętego oficjum, ponieważ ci dopuszczali się skandalicznych stosunków z uwięzionymi kobietami. Gdy zaś to nie pierwszy raz się zdarzało, więc Cisneros za zdaniem Rady Najwyższej postanowił, iż winni takiej zbrodni skazywani będą na śmierć. Nie zbywało później na sposobności zastosowania tego prawa, jednak pozostawało bez skutku.

Podział Hiszpanii na królestwa Kastylii i Aragonii, dokonany po śmierci Filipa I, podał gene­ralnemu inkwizytorowi myśl zmiany prowincjonal­nych obrębów, jednego tylko trybunału w każdej prowincji, kiedy dotąd istniał w każdej diecezji. Lecz przez kompensatę, Cisneros wysłał in­kwizytorów do wysp Kanaryjskich, dla zaprowadze­nia tam świętego oficjum. W kilka lat później usta­nowiono inkwizycję w Cuenzy.

Cisneros   przedsiębrał   niewątpliwie środki zmniejszenia działalności świętego oficjum; usunął wielu agentów, którzy nadużywali swojej władzy; ale upornym sprzeciwianiem się zaprowadzeniu re­form przez lud wymaganych sprawił, że złe trwało ciągle, a liczba ofiar podczas jego dyktatury powiększyła się jeszcze bardziej, niż za jego poprzed­nika; to też inkwizycja w Arragonie wytrzymywać musiała jak najgwałtowniejsze napaści, dopóki kró­lestwo to odłączone było od Kastylii. Ferdynand ujrzał się zmuszonym zwołać kortezy w r. 1510, dla wysłuchania ich przedstawień co do świętego oficjum.   Deputowani głośno użalali się na nad­użycia inkwizytorów, nie tylko w przedmiotach do­tyczących wiary, lecz iw innych punktach obcych dogmatom, jak lichwiarstwo, bluźnierstwo, sodomia, wielożeństwo, czarnoksięstwo i inne wykroczenia* nie wchodzące w ich koinpetencję. Kortezy zawia­domiły także króla, że inkwizytorowie wtrącili się również do regulowania kontrybucji i pomnażania liczby przywilejów udzielanych im i ich familiarom, tak, że ogół podatków w uderzający sposób okazał się zmniejszony przez redukcje robione na listach kontrybentów, co zarazem w nieznośny sposób ob­ciążało tych, którzy płacić musieli za drugich. Na koniec kortezy użalały się na śmiałość i zuchwalstwo inkwizytorów, którzy ustanawiali siebie sędziami w kwestiach wątpliwych, i uciskali %władze ilekroć takowe odmówić chciały kompetencji świętemu oficjum.  Nadużycie klątw rzucanych na ludzi opie­rających się wdzieraniu inkwizycji, pomieściło się także w liczbie zażaleń, jakie kortezy przedstawiły królowi, którego prosiły jedynie o utrzymanie miej­scowych zwyczajów i wykonywanie praw i statutów królestwa Arragonu, które on sam szanować za­przysiągł.   W reklamacjach swoich kortezy doda­wały: że jawność procedury świętego oficjum, wy­magana przez ustawy i zwyczaje królestwa, mogła­by zapobiec wielu nieszczęściom i upadkowi mnóstwa rodzin.

Z tego kroku kortezów król poznał usposobienie umysłów; lecz odmówił kategorycznej odpowiedzi, a poprzestał na wezwaniu deputowanych, aby na

przyszłemu zgromadzeniu, które miało nastąpić za dwa lata, przedstawili mu wszelkie fakty mogące posłużyć do poparcia ich żądania, iżby mógł wydać decyzję opartą na znajomości rzeczy.  Jakoż is­totnie na następnym zgromadzeniu kortezów arra­gońskich w r. 1512, król nie mógł odmówić przyję­cia projektowanych mu środków, stanowiących nie­jako traktat między monarchą a narodem. Posta­nowienia te zawierały dwadzieścia pięć artykułów, które prawie wszystkie ścieśniały jurysdykcję in­kwizytorów^ i zmniejszały liczbę przywilejów, ja­kich tyle nadużywali; ale nie obmyślano żadnej uchwały co do jawności inkwizytorialnego postępo­wania, w systemie konfiskacji nic prawie nie zmieniono.

Tymczasem chociaż w zasadzie król nie udzielił wszystkiego, czego się kortezy spodziewa­ły, pożałował wkrótce, że traktat ten podpisał; a wsparty intrygami inkwizytorów, żądał i wyjednał u papieża zwolnienie od złożonej kortezom przysię­gi i zwrócił trybunałom świętego oficjum wszelkie prawa, których poprzednio używały.   Takie postę­powanie króla, przeraziło cały kraj; lud powstał wszędzie, a Ferdynand z obawy powszechnego bun­tu, musiał odrzec się uzyskanego breve i skłonić papieża do zatwierdzenia rozporządzeń kortezów. Monarcha ten byłby uniknął tak zawstydzającego cofnięcia się, a lud nie byłby wymagał od niego żadnych usprawiedliwień, gdyby nie był żartował ze swojego słowa i przysięgi.

Gdy kortezy Arragonu walczyły z inkwizycja i królem, tymczasem nowi chrześcijanie kastylijscy ofiarowali Ferdynandowi sto tysięcy dukatów zło­tem na koszty wojny, jaką zamierzał wypowiedzieć siostrzeńcowi swojemu królowi Nawarry, pod wa­runkiem, że nowe prawo państwowe ustanowi jaw­ność wszelkich spraw inkwizycji. Ferdynand miał przyjąć, wtem Cisneros uwiadomiony o propozycji nowych chrześcijan, oddał mu do rozporządzenia znaczną summę, byle tylko zaniechał projektu re­formy. Król wolał pieniądze generalnego inkwizy­tora i zostawił rzeczy w dawnym stanie. Nieco później, gdy Karol austriacki, wnuk Ferdynanda, tyle potem sławny pod imieniem Karola piątego, był we Flandryi i zamierzał udać się do Hiszpanii, nowi chrześcijanie znowu pod tym warunkiem ofia­rowali mu osiem tysięcy talarów złotem na koszty jego podroży. Wszystkie uniwersytety i wszyscy światli ludzie w Hiszpanii, we Flandrii, których ra­dzono się co do tej propozycji, jednogłośnie oświad­czali, że objawienie nazwisk i całych zeznań świad­ków podczas procedury, było zgodne z prawem na­tury, z prawem boskim i ludzkim; ale generalny inkwizytor Cisneros czym prędzej wysłał delegatów do króla, i tak zręcznie rzecz przeprowadził, że Ka­rol zostawił cały interes do decyzji po swoim przy­byciu do Hiszpanii.

A tak kardynał generalny inkwizytor Ximenes de Cisneros, jeden z najżarliwszych zwolenników reform inkwizycji dopóki był tylko arcybisku­pem, został najuporczywszym obrońcą ważnych nadużyć popełnianych przez inkwizytorów, skoro tylko stanął na ich czele, i po dwakroć sprawił, że sposób postępowania świętego oficjum nie uległ prawie żadnej ze zmian, o które naród hiszpański, od czasu ustanowienia nowoczesnej inkwizycji, tak głośno się dopominał.

Przez jedenaście lat inkwizytorialnego zarządu Ximenesa Cisnerosa, oficjum święte spaliło osobiście 3,564 indywidua oboje płci, a 1,232 w wyobraże­niach; 48,059 nieszczęśliwych jednocześnie skazano na uwięzienie, na galery i inne kary, zawsze z kon­fiskatą majątków. Z tego wynika, że liczba ska­zanych, wciągu jednego roku, zwykle wynosiła 4,805 osób, co niezaprzeczenie dowodzi, iż Cisneros, mi­mo pierwotnie dobrego usposobienia, w porównaniu wyprawił daleko więcej aulo-da-fe, aniżeli jego poprzednik Deza. Cisneros umarł 8 listopada 1517 r. na początku panowania Karola V. Ze względów politycznych na kilka miesięcy przed śmiercią, zażądał na towarzy­sza kardynała Adriana de Florencio który był czwartym inkwizytorem Hiszpanii i pełnił te obo­wiązki do chwili swego wstąpienia na tron papieski

Oceń tę pracę

Od XXII-go do XXXVII-go inkwizytora generalnego. — Panowanie Karola II i Filipa V

Kiedy Filip IV umarł, następca jego na tron hisz­pański miał dopiero lat cztery, zatem matka jego Mary a-Anna Austryacka została regentką pań­stwa.

Monarchini ta mianowała dwudziestym trzecim generalnym inkwizytorem don Pascala aragońskiego, kardynała arcybiskupa Toleda: lecz urzędował on bardzo krótko, bo królowa zażądała, aby się po­dał do uwolnienia i ustąpił miejsca jezuicie niemcowi Janowi Erardowi de Nitardo, jej spowiednikowi.

Ten dwudziesty czwarty inkwizytor generalny zaczął pełnić swoje obowiązki w końcu r. 1666, lecz znowu z rozkazu królowej matki zrzekł się swojego znakomitego urzędu po upływie lat trzech: Nitardo był śmiertelnym wrogiem don Juana Austryackiego, naturalnego syna Filipa IV, a brata Karo­la II; nie mogąc zemścić się na nim otwarcie, ka­zał świętemu oficjum wytoczyć bratu swojego króla proces potajemny, w którym zamierzał ogło­sić go za podejrzanego o herezję; lecz gdy wypadki polityczne zniewoliły królową do żądania, aby się usunął z urzędu, Nitardo ubolewał mocno, że musi proces przerwać i patrzeć jak następca jego zawie­sił wszelkie kroki przeciw don Juanowi Austriackiemu przedsięwzięte.

Liczą podczas zarządu Nitardy 768 skazanych, z których 144 spalono osobiście, a 48 w wyobrażeniach. A tak liczba ofiar inkwizycji zaczynała zmniejszać się o trzecią część, w porównaniu do da­wniejszej, za jego poprzedników istniejącej.

Dwudziestym piątym generalnym inkwizytorem Hiszpanii został don Diego Sarmiento de Valladaris, arcybiskup i gubernator rady kastylskiej, któ­rego długi zarząd przedstawia jedynie jako godniejszy uwagi wypadek, wielkie auto-da-fe wyprawione w Madrycie w r. 1680, podczas zaślubin Karola H z Marią Ludwiką de Burbon, córką księcia Orleań­skiego, a siostrzenicą Ludwika XIV. Gust narodu tak był wówczas zepsuty, a okrucieństwa tak roz­powszechnione, że inkwizytorowie sądzili, iż pochle­bią nowej królowej, oddając jej cześć godną jej, przez dodanie do zabaw weselnych widowiska wiel­kiego auto-da-fe, złożonego ze 118 ofiar, które po większej części zginąć miały w płomieniach. Sar­miento umarł w r. 1695, po dwudziestosześcio letnim sprawowaniu urzędu. W tym periodzie historii inkwizycji znowu żywcem spalono 1,248 nieszczęśliwych, 416 w wyobrażeniach, a 4,992 ska­zano na różne kary. W ogóle 6,656 ofiar.

Jan Tomasz de Rocaberti, generał dominikanów i arcybiskup Walencji, nastąpił po Sarmiencie, i był dwudziestym szóstym generalnym inkwizyto­rem Hiszpanii.

Za jego rządów Karol H zwołał wielką juntę dla uśmierzenia zwad między inkwizytorami a sę­dziami królewskimi. Zwady te tak się zagęściły i doprowadziły do takich nieprzyzwoitości, iż zakłó­ciły spokój nieść ludów i zatamowały wymiar spra­wiedliwości. Wielka junta ułożyła memoriał, który mógłby był rzeczy należycie uporządkować, od cze­go inkwizytorowie tak często zbaczali; ale wszelkie pożyteczne środki wskazywane w tym memoriale pozostały bez skutku, bo generalny inkwizytor Ro­caberti zdołał zmienić dobre usposobienie króla. W tej okoliczności użyli wszelkich jakie wyobrazić sobie można intryg, tak Rocaberti jak i spowiednik króla Froilan Diaz, aby zniszczyć dzieło wielkiej junty, przynoszące rzeczywisty zaszczyt uczonym i prawnikom, którzy się do niego przyłożyli.

Niech nam tu wolno będzie zauważyć, że we wszystkich czasach i pod rządami najbardziej des­potycznych królów wspólnie z inkwizytorami ilekroć odbywały się wolne zgromadzenia narodowe, z łona najwięcej zezwierzęcianych i zabobonnych ludów, wchodzili mężowie, którzy uwolnieni z pęt, jakimi krępowano ich rozum i naturalną filozofię, wznosili się natychmiast nad swój wiek, śmiałą ręką odchy­lali zasłonę pokrywającą błędy i przesądy, do zdzi­wionych królów i narodów przemawiali językiem rozsądku i odwiecznej prawdy. Narady wielkiej junty pełne były zasad tak filozoficznych, że w dzie­więtnastym wieku nie można by ich głosić, bez nara­żenia się na nazwę przewrotnego. Kocaberti, który przez pięć lat swojego inkwizytorskiego zarządu używał wszelkich intryg, aby nie dopuścić skutków postanowień wielkiej junty, umarł 1699 r. skazaw­szy 1,280 osób, z których 240 spalono żywych, a 80 w wyobrażeniach.

Don Alfons Fernandez de Cordova y Auguilar zaraz po nim nastąpił, lecz ten dwudziesty siódmy generalny inkwizytor hiszpański umarł przed obję­ciem urzędowania, a nastąpił po nim donBaltazar de Mendoza y Sandoval, biskup Segowii 30 paździer­nika 1699 r.

Ten dwudziesty ósmy inkwizytor generalny za­ledwie zaczął urzędować, w kilka miesięcy potem umarł Karol II, po blisko trzydziesto-pięcioletnim panowaniu. Rządy jego równie słabe jak zdrowie, dalekie były od powstrzymania zuchwałości i nadużyć nieustannie przez inkwizytorów popełnianych tak w Hiszpanii jak i w Ameryce.

Najsławniejszą sprawą wytoczoną przez inkwizycję za panowania Karola II, był proces przeciw jego własnemu spowiednikowi don Froilanowi Diazowi. Rozbiór jego znajdziemy w końcu tej książki; lecz wypada koniecznie odnieść się do epoki, w której się zdarzył, aby uwierzyć szkaradzie, jakiej jest pełen. A jednak takimi to zajmując się niedo­rzecznościami, inkwizycja od wieków napełniała swoje więzienia i podsycała stosy.

Za panowania Karola II skazano 8704 ofiar, z tych spalono żywych 1,632 a 594 w wyobrażeniach Większą część uwięziono lub skazano na galery i skonfiskowano im majątki.

Ponieważ Karol H nie pozostawił potomstwa, korona hiszpańska 1 listopada 1700 r. przeszła na głowę jego synowca Filipa de Bourbon, wnuka jego siostry Maryi Teresy i Ludwika XIV króla Francji.

Dwudziesty ósmy inkwizytor Mendoza sprawo­wał swój urząd, gdy Filip V wstąpił na tron, a po­jęcia dworu hiszpańskiego były wówczas tak skrzy­wione, iż sądzono, że sprawi się królowi przyjem­ność, wyprawiając na jego cześć uroczyste auto~da~ fe. Filip nie chciał naśladować przykładu swoich czterech poprzedników, którzy się zniesławili swoim fanatyzmem: odmówił obecności swojej na tak bar­barzyńskim obrzędzie. Tymczasem tenże sam król, na wstępie panowania taki filantrop, nie zaprzestał protegować inkwizycji i pozostał wiernym maksymie, którą jego przodek Ludwik XIV weń wszczepił. Ten to monarcha francuski doradził nowemu królowi Hiszpanii popierać inkwizycję, jako środek jedyny do utrzymania spokojności w królestwie. Politycz­ne względy nadały nową ważność świętemu oficjum: chodziło o złożenie przez Hiszpanów przy­sięgi na wierność Filipowi Burbonowi. Stronnicy domu austriackiego mniemali, że ta przysięga nie obowiązywała, a niektórzy kaznodzieje głosili na­wet, iż wolno jest buntować się przeciw temu cudzo­ziemskiemu księciu.

Inkwizycja wdała się w tę sprawę: ogłosiła akt obowiązujący wszystkich Hiszpanów pod karą śmier­telnego grzechu i zastrzeżonej ekskomuniki do denuncjowania osób, utrzymujących, iż wolno jest gwałcić przysięgę wykonaną królowi Filipowi, a spo­wiednikom zalecono przekonywać się, czy ich peni­tenci zastosowują się do danych sobie przepisów, i nie dawać im rozgrzeszenia, aż będą posłuszni. Z rozporządzenia tego wynikło mnóstwo procesów o krzywoprzysięstwo wytoczonych przez święte oficjum ; ale nie śmiano dalej rzeczy posuwać, mia­nowicie w Aragonie, gdzie wszyscy mieszkańcy oświadczyli się przeciw temu nowemu środkowi.

Generalny inkwizytor Mendoza tak dalece nad­używał swojej władzy, iż Rada Najwyższa uzna­ła za potrzebę odmówić sankcji niektórym je­go aktom.  Rozgniewany Mendoza kazał areszto­wać i okuć w kajdany trzech radców szczególnie oponujących, i powziął śmiały zamiar odjęcia radzie inkwizycyjnej prawa wdawania się w sprawy ulega­jące jego rozstrzygnieniu, a radcom możności sta­nowczego głosowania. Ten zamach inkwiytorialny despotyzmu skłonił Filipa V do gwałtownego prze­ciw Mendozie wystąpienia; zmusił on inkwizytora do złożenia urzędu i do wyjazdu z Madrytu. Rada inkwizycji odzyskała na nowo swoje prawa. Papież, którego nuncjusz w Hiszpanii był po stronie Men-dozy, żalił się królowi na takie obejście z jego de­legatem tak wysokiego znaczenia i przesłał do nie­go reklamację spisane w duchu ultramontańskim najniezgodniejszym z prawami monarchizmu, ale Filip nieugięcie obstał przy swoim postanowieniu i mianował biskupa Cuency Vidala Marina na miejs­ce Mendozy.

Papież potwierdził tego nowego naczelnika inkwizycji, w dniu 24 marca 1705 roku. Ten dwu­dziesty dziewiąty inkwizytor umarł w roku 1709 po czteroletnim sprawowaniu urzędu. Zarząd jego tern tylko się odznacza, że ustanowił siedemnasty trybunał świętego oficjum, zwany inkwizycja dworu. Od czasów panowania Filipa IV istniał w Mad,rycie jeden inkwizytor i jeden trybunał, ale zależał od toledańskiego. Vidal Marin dokonał roz­działu, aby ulżyć w pracy inkwizytorom toledańskim, zawsze przeciążonym sprawami, bo liczba osób podsądnych w owej epoce była jeszcze większa niż za Mendozy, z powodu nieporozumień miedzy dworami rzymskim i wiedeńskim, tudzież madryc­kim. Polityczne opinie stanowiły wtedy wykrocze­nia, którymi inkwizycja zawładnąć umiała.

Don Antoni Ibaguez de la Ptiva-Herrera arcy­biskup Saragossy, został trzydziestym inkwizyto­rem generalnym. Papież zatwierdził jego nominację w kwietniu 1709 roku, sprawował swój urząd do miesiąca września 1710 roku, w którym umarł.

Kardynał włoski, don Franciszek Judice, zastą­pił Ibagueza. Urzędowanie tego trzydziestego pierwszego generalnego inkwizytora trwało lat sześć, w ciągu których święte oficjum tylko co nie zostało zniesione.

Prokuratora królewskiego Makanaza, który od­ważnie bronił praw korony przeciwnym nieznośnym pretensjom rzymskiego dworu, inkwizycja osądziła i skazała za dzieło, które napisał z rozkazu króla, a ocalenie swoje winien był jedynie ucieczce. Filip użalał się na to przed radą inkwizycyjną, która śmiała znieważać jego powagę. Król zgorszony taką zniewagą i postępowaniem inkwizytorów, znalazł stanowcze powody do zniesienia świętego oficjum; dekret mający je zniszczyć, przygotowano w ro­ku 1715, i byłby zadany śmiertelny cios temu krwa­wemu trybunałowi, gdyby nie intrygi królowej, jej spowiednika jezuity Danbeutona i kardynała Albe-roni, przyjaciela inkwizytora Judicego.  Intrygi te zmieniły stan rzeczy, tak że postępowanie Macanaza, pełne gorliwości i wierności przedstawiono jako zbrodnicze. Filip znowu postępował według zasady Ludwika XIV, a nowym rozporządzeniem odroczo­no postanowienia pierwszego. Macanaz zaś był ofia­rą słabości rządu hiszpańskiego, dopóki po śmierci Filipa V nie powołał go do powrotu Ferdynand VI.

Kardynał Judice nieobecny w tym królestwie, podziękował za urzędowanie w roku 1716 po sze­ścioletnim pobycie na czele inkwizycji.

Rezultat skazań w ciągu jego zarządu był pra­wie taki sam jak za jego poprzedników, pod pano­waniem Filipa V.

Don Józef de Molines, audytor roty w Rzymie, wezwany został w roku 1717 przez Filipa do zastą­pienia kardynała Judicego, lecz ten trzydziesty drugi inkwizytor generalny, wzięty przez Austriaków jako jeniec wojenny, umarł zatrzymany w Mediolanie; a tak inkwizycją hiszpańska pozostawała bez naczelnika aż do roku 1720, w którym Filip mianował trzydziestym trzecim inkwizytorem ge­neralnym radcę rady najwyższej don Jana d’Arzaniendi, który także wkrótce umarł.

Jego następcą został don Diego de Astorga y Céspedes, biskup Barcelony i trzydziesty czwarty hiszpański inkwizytor generalny, który tego samego roku zrzekł się urzędu dla zajęcia arcybiskupstwa w Toledzie.

Don Jan de Camargo biskup Pampeluny, zastą­pił don Diega, dnia 18 lipca 1720 roku. Ten trzydziesty piąty naczelnik inkwizycji urzędował do­syć długo, za jego czasów wolnomularstwo rozkrzewiło się w większej części Europy, a nawet w Ameryce.

Stowarzyszenie to przenikło do Francji w ro­ku 1723, a w osiem lat później do Holandii, Rossy i, Niemiec i Włoch, a w r. 1733 liczono już i w Ame­ryce północnej kilkanaście lóż masońskich. Izba policyjna Chatelet w Paryżu najpierwsza w Euro­pie wystąpiła ze środkiem surowości przeciw wol­nym mularzom, dnia 14 września 1732 roku, za­broniła im zgromadzać się i skazała niejakiego pana Chapelotfa na zapłacenie tysiąca liwrów za do­zwolenie zbierania się Massonów w swojem miesz­kaniu w la Rappee; dom jego zamknięto na pół ro-roku. Ludwik XIV niezmiernie groził wolnym mu­larzom, lecz bez skutku; bo za jego panowania dwóch książąt krwi nie wahało się przyjąć stopnia wielkiego mistrza.

W roku 1737 rząd holenderski przez nadmiar ostrożności zabronił wolnomularskich zebrań, ale środek ten wkrótce odwołany, a wolnomularstwo odtąd w Holandii protegowano.

Elektor Palatynatu reńskiego jednocześnie za­bronił tych zgromadzeń w swoich posiadłościach; w tym wielkiego oporu, zaczem poszły mnogie aresztowania.

Książe toskański wydał także dekret proskryp­cyjny przeciwko lożom, a papież Klemens XII po zabronieniu pod karą śmierci zgromadzeń masońskich w Rzymie, ustanowił we Florencji inkwizytora do ścigania wolnych mularzy. Gdy Franciszek lotaryński został wielkim księciem tego kraju, wygnał inkwizytora, wypuścił na wolność aresztowane przez niego osoby i ogłosił się protektorem masońskich instytucji.

Dotychczas sama tylko inkwizycja rzymska zaj­mowała się wolnomularstwem i wywołana bullę wy­daną przez Klemensa XII, tudzież gnębiła loże włoskie. Przekonamy się wkrótce, że hiszpańskie święte oficjum na półwyspie uciekło się do takich samych środków i ostro wystąpiło przeciwko wolno­mularstwu.

Za urzędowania generalnego inkwizytora Camargi, sekta Molinosa czyniła w Hiszpanii wielkie postępy i nastręczyła świętemu oficjum sposobność do rozwinięcia swojej działalności. Zanim osiadł w Rzymie, Molinos zebrał w Hiszpanii pewną liczbę uczniów, szerzących tam jego zasady. Pozory du­chowej doskonałości,’ łącznie . z systemem wolnego polotu nieuporządkowanej duszy, uwiodły wiele osób, które by nie dopuściły się nigdy żadnej herezji, gdyby nie urok, jakim Molinos otoczył swoje błędy. Inkwizycja złożyła z urzędu i uwięziła biskupa z Quieda, jako molinosistę. Jan dc Causada, naj-poufhiejszy uczeń Molinosa, zginął na stosie, a in­kwizytorowie w Logronie skazali na dwieście razów chłosty i wieczne więzienie karmelitę Jana de Lougas, najgorliwszego zwolennika tej nauki.

Rozkrzewiła się ona szybko po klasztorach, co dało wiele zajęcia inkwizytorom, a mianowicie w Yalladolidzie i Logronie, bo w zgromadzeniach

zakonnic pomiędzy niemi i ich dyrektorami działy się rzeczy tak gorszące i groźne, iż bez struchle­nia przytoczyć ich nie można. Najwyuzdańsza roz­pusta, gwałtowne pozbywanie się płodu i dziecio­bójstwo tak się tam zagnieździły, że każdy klasztor przedstawiał ich przykłady, a co bardziej zastana­wia, że obrzydliwości te popełniano tam niejako z pozorną dobrą wiarą, którą tylko fanatyzm uspra­wiedliwić może. Ten to fanatyzm dla sekt wpajał w słabe umysły przekonanie, iż wszystko do cze­go upoważniali spowiednicy, można czynić bez występku. I tak widziano w klasztorze Corella, w Nawarze, przełożoną, która miała już kilkoro dzieci z prowincjałem karmelitów bosych, jak sama trzymała swoją siostrzenicę, gdy tenże prowincjał znieważał wstyd tej młodej osoby, iżby czyn ten miał większą zasługę w oczach Boga. Widziano zakonnice i mnichów bezwstydnie towa­rzyszących połogom innych mniszek, których dzieci natychmiast duszono, a czyniono to wszystko wśród postów i tysiąca innych oznak zewnętrznej poboż­ności. Inkwizycja wprawdzie gnębiła zakonnice z tych otchłani zbrodni, lecz z małymi tylko wyjąt­kami, kary im zadawane ograniczały się na rozpro­szeniu ich po różnych klasztorach. Rzecz zadziwia­jąca, że po tylu nieporządkach w tym rodzaju, któ­rych opisów pełno po archiwach, inkwizycją nie odjęła mnichom kierunku źeńskiemi klasztorami.

Generalny inkwizytor Camargo tyle pobłażliwy dla zakonnic i mnichów, umarł dnia 24 maja 1733 r., po trzynastoletniem urzędowaniu.

Filip V powierzył to urzędowanie don Andrze­jowi de Orbe y Larreategui, arcybiskupowi Walencji i gubernatorowi rady kastylijskiej, trzydzieste­mu szóstemu generalnemu inkwizytorowi.

Jego urzędowanie przedstawia jako ważniejszy wypadek, rozdział inkwizycji sycylijskiej od hisz­pańskiej. Sycylia przestała należeć do kastylijskiej korony od roku 1713. Król Karol otrzymał bullę papieską, ustanawiającą dla tej wyspy niezależnego inkwizytora generalnego, a następca jego Ferdy­nand IV zniósł zupełnie ten znienawidzony trybu­nał w r. 1782.

De Orbe umarł w roku 1740, w którym Filip V ogłosił rozkaz królewski przeciw wolnym mularzom, których wielu aresztowano i skazano na galery. Inkwizytorowie korzystali z danego przez monarchę przykładu i równie surowo obeszli się z członkami loży odkrytej w Madrycie.

Opróżnione po śmierci Orbego miejsce dopiero w roku 1742, to jest we dwa lata później, zapełnił

Filip, powierzając takowe arcybiskupowi z Santjaga, don Manuelowi Izydorowi Maurique de Lara.

Mauriąue trzydziesty siódmy generalny inkwizy­tor Hiszpanii, z trudną do uwierzenia zajadłością wystąpił przeciw franciszkanowi Bellaudeinu, au­torowi Cywilnej his toryi Hiszpanii,  w której skreślił wszystkie główne wypadki zaszłe w tern królestwie od wstąpienia na tron Filipa V aż do ro­ku 1733. Król po dwukrotnem przejrzeniu tego dzieła, dozwolił je drukować, ale inkwizycja uzna­ła, iż nie powinna dozwolić, aby je czytano, ponie­waż autor udowodnił, że inkwizytorowie nie zawsze postępowali według przepisów. Bellaudego wtrącono do inkwizycyjnych więzień, gdzie obchodzono się z nim jak najniegodziwiej, po wyjściu z nich zam­knięto go w klasztorze, gdzie miał przepędzić całe życie, i zabroniono mu pisać dzieła. Tym to sposo­bem święte oficjum uwalniało się zawsze od wszyst­kich śmiałych pisarzy, którzy usiłowali oświecić króla i naród.

Mauriąue umarł w roku 1745. W tej epoce istniało jeszcze w Hiszpanii siedemnaście inkwizycyj­nych trybunałów, z których każdy wyprawiał co­rocznie przynajmniej jedno auto-da-fe.

Filip V mianował trzydziestym ósmym inkwi­zytorem generalnym don Franciszka Pereza de Prado y Cuesta, biskupa z Teruelu, który jeszcze nie otrzy­mał od papieża konfirmacyjnej bulli, gdy już Filip umarł.

Ten pierwszy król hiszpański z burbońskiego domu panował lat 46. Około połowy swojego pa­nowania zrzekł się korony na rzecz swojego syna Ludwika I, lecz gdy ten młody książę zaraz umarł, ojciec objął znowu wodze rządu i dzierżył je aż do śmierci, zeszłej w r. 1745 dnia 9 lipca.

Powszechnie w Europie mniemają że inkwizycją zaczęła działać z mniejszą srogością, od czasu jak monarchowie z linii Burbonów zasiedli na hisz­pańskim tronie; ale mylna to opinia. Monarcho­wie ci nie przepisali żadnego nowego prawa inkwizycji , nie zmienili także w niczem jej dawnego kodeksu, nie przeszkodzili w niczym potępianiu osób przez ten nienawistny trybunał, bo za panowania Filipa V liczba ich była jeszcze bardzo znaczna. Liczą w tym czasie 782 auto-da-fe, na których figu­rowało 11,480 indywiduów obojga płci, a z tych spalono żywcem 1,600, a w wyobrażeniach 760.

Prawdziwymi przyczynami wielkiego zmniejsze­nia się auto-da-fe i skazań za czasów Filipa V i je­go następców, było prawie całkowite wygaśnięcie w Hiszpanii wyznań żydowskiego i mahometańskiego; postęp światła i filozofii; nastanie dobrego gus­tu w literaturze królestwa; ustanowienie periodycznych pism i akademii, a na koniec postano­wienia konkordatu z r. 1773. Zaczęto wtedy uwa­żać za rozsądne wiele pojęć, które ciemnota i prze­sąd wskazywały jako antyreligijne i sprzyjające bezbożności. A tak opinia Galileusza niegdyś wy­klęta razem z autorem utrzymała się teraz w Rzy­mie; nie obawiano się dla tego uchybienia poszanowania Pismu Świętemu, zaczęto poznawać w Hisz­panii rozmaite dobre dzieła i postanowienia nie­których zagranicznych władców, które niedawno poczytywano by za zamach na inkwizycję, a samą inkwizytorowie przez zbieg okoliczności nabyli światła. Rewolucja ta zaszła około połowy osiemnastego wieku, lecz szczęśliwe jej wyniki objawiły się do­piero za panowania Ferdynanda VI.

Oceń tę pracę

Zniesienie tortur w Polsce

świetna praca magisterska z historii prawa

W latach siedemdziesiątych XVIII wieku zgłaszane były projekty zniesienia tortur w procesie karnym. Pierwsze takie wystąpienie Bohdan Baranowski przypisuje w 1774 roku wojewodzie gnieźnieńskiemu Augustowi Sułkowskiemu. Badacz ten twierdzi, że echa wielkich procesów rozgrywających się w tym okresie, na czele z tym, który odbył się w Doruchowie i podczas którego spalono czternaście czarownic, miały spowodować wprowadzenie takiej ustawy. Stanisław Waltoś w swojej pracy dowodzi, że przyczyny uchwalenia w 1776 roku przez sejm konstytucji o zniesieniu tortur w Polsce były zgoła odmienne i przekonywująco podważa autentyczność całego procesu doruchowskiego oraz jego wpływ na wyżej wymienioną ustawę.

Opis procesu doruchowskiego znamy z Relacji naocznego świadka o straceniu razem 14-stu mniemanych czarownic w drugiej połowie XVIII wieku, nieznanego autorstwa. Waltoś twierdzi, że Bohdan Baranowski dołączył do grupy badaczy, w której znajduj ą się takie sławy jak: E. Raczyński, J. T. Tripplin, O. Kolberg, J. Rafacz, S. Pszenic, J. Putek i Z. Zdrójkowski, która dała wiarę temu, iż wspomniany wyżej proces przyczynił się zniesienia mąk w Polsce. Jako pierwszy w 1966 roku podważył autentyczność tej sprawy Janusz Tazbir, przypisując autorstwo opisującej ten proces Relacji badaczowi Konstantemu Majeranowskiemu, który był sprawcą wielu mistyfikacji historycznych. Jedynym śladem w dokumentach, który potwierdza fakt zaistnienia owego procesu jest wzmianka odkryta przez Baranowskiego w aktach ostrzeszowskich z dnia 10 lipca 1783 roku, mówiąca o tym, że sędziowie zostali złożeni z urzędu za niekompetentne prowadzenie procesu, w efekcie którego sześć kobiet zostało spalonych na stosie. Uwagę badacza zwraca też fakt, iż sędziowie zostali ukarani dopiero w siedem lat po procesie i że liczba ofiar nie zgadzała się wersją przedstawioną w Relacji.

Z ostrzeszowskich akt grodzkich wynika, że w interesującym nas okresie wieś Doruchowo podzielona była między Michała Wierzbiętę Doruchowskiego, Mariannę Doruchowską i Eustachego Skórzewskiego. Kolejni zajmujący się tą sprawą badacze ustalili, że zamiast wymienionej wyżej dziedziczki, współwłaścicielem był niejaki Wiewiórowski. Dodatkowe zamieszanie wprowadza Stanisław Wasylewski, który w swojej pracy Sprawy ponure przytacza fragment nieznanego pamiętnika z XVIII wieku, twierdząc że żoną dziedzica wsi Doruchowo była pani z Rejczyńskich Stokowska, która będąc osobą zabobonną nakazała pojmanie i spalenie czternastu wieśniaczek zajmujących się czarami. Za Wasylewskim nazwiska dziedziców odpowiedzialnych za tragedię powtarzają kolejni badacze. Waltoś odnalazł w aktach nazwisko dziedziców Stokowskich, lecz dopiero piętnaście lat po procesie, gdy nazwiska poprzednio ustalonych właścicieli wsi z nich znikaj ą. Najprawdopodobniej Relacja powstała na bazie wyżej wymienionego pamiętnika.

Wysoce wątpliwym jest też argument wpływu sprawy doruchowskiej na wydanie ustawy znoszącej tortury. Badając materiały sejmowe z 1776 roku nie znajdujemy żadnych dowodów świadczących, że wiadomość o procesie nieszczęśliwych kobiet wywołała oburzenie w Warszawie „odbiła się od ścian sali sejmowej”. Nie ma też dowodów na to w Diariuszu sejmowym z tego roku czy w pamiętnikach zamieszczanych w prasie.

Niemożliwym zatem jest by sprawa, która miała być tak opiniotwórcza nie pozostawiła śladów w archiwach warszawskich.

Przyczyny uchwalenia konstytucji znoszącej torturowanie przesłuchiwanych upatruje Stanisław Waltoś w sprzyjającej królewskiej inicjatywie atmosferze, która nastąpiła po butnym wystąpieniu Seweryna Rzewuskiego, przemawiającego wtedy w obronie swojego szwagra księcia Karola Radziwiłła. Obraza majestatu monarchy przez mówcę wywołała nastroje solidarności z królem na sali sejmowej. Władca wykorzystując sprzyjające mu nastroje w ciele ustawodawczym, postanowił zgłosić projekt wyżej wymienionej ustawy, która została przez szlachtę zaakceptowana.

Do respektowania zakazu tortur na terenie państwa polskiego przyczyniła się też Rada Nieustająca, która starała się objąć nadzorem wszystkie sądy Rzeczpospolitej i nakazać im stosowanie się do praw obowiązujących. Nie bez wpływu pozostało tu też na pewno podniesienie poziomu nauczania, opierające się głownie na pijarskiej reformie edukacji.

Oprócz działalności intelektualnej mającej na celu rozpowszechnienie krytyki idei procesów i błędów sądowych, niebagatelną rolę odegrał Kościół katolicki, który cały czas walczył o odzyskanie jurysdykcji. Dzięki energicznym działaniom biskupów kolejne diecezje uzyskiwały reskrypty od władców zabraniające rozpoznawania spraw o czary sądom miejskim pod karą 1000 dukatów, a sądom wiejskim pod groźbą kary śmierci dla sędziów. Dokumenty takie uzyskała diecezja kujawska w 1703 roku, płocka w 1727 i chełmińska w 1745 roku.

Powodem tak długiego utrzymywania się procesów o czary i stosunkowo późnego zniesienia tortur był fakt, iż warstwa która ustalała prawo w Polsce – to jest szlachta – dzięki zdobytym przywilejom stanowym znajdowała się poza zasięgiem tych procedur sądowych. Nie była ona w zasadzie osobiście narażona na dolegliwości związane z przesłuchaniami bolesnymi, a dzięki stosowaniu prawa ziemskiego, które nie regulowało przestępstwa czarów, stała poza oskarżeniami. Innym czynnikiem wpływającym na powolne i późne, w stosunku do reszty kontynentu zanikanie spraw o czary był fakt, iż wyniszczana cały czas konfliktami zbrojnymi Rzeczypospolita była krajem podupadłym i gospodarczo zacofanym. W takich warunkach strach spowodowany niepewnością jutra, potrzeba zrzucenia odpowiedzialności za klęski i nieszczęścia co rusz to spadające na społeczeństwo oraz chęć poprawienia swojej sytuacji finansowej często popychały ludzi do oskarżeń o czary i powodowały, że Polska była cały czas areną takich procesów

W roku 1795 miejsce miał trzeci rozbiór Polski. Od tego momentu kraj nasz kraj znajdował się pod okupacją trzech mocarstw: Rosji, Austro – Węgier i Prus. W państwach tych nie prowadzono już „polowań na czarownice” i zniesiono stosowanie tortur w postępowaniu karnym. W Prusach odbyło się to w 1740 roku, w Monarchii Habsburskiej w 1776, a w Rosji natomiast dopuszczano nadal stosowanie kaźni, jednak procesy o czary, które pojawiały się w XVI i XVII wieku, były tam w istocie sprawami politycznymi i dotyczyły przestępstw na szkodę państwa. Stąd właśnie wynikała specyfika takich rozpraw w tym kraju, gdzie większością oskarżonych byli zajmujący się polityką mężczyźni, a karą był stos lub zsyłka na Sybir.

Jednak rozbudzone w polskim społeczeństwie nastroje nie tak szybko uległy uspokojeniu. Pod koniec XVIII wieku i przez całe następne stulecie napotykamy wzmianki o samosądach dokonywanych przez ludność wsi na domniemanych czarownicach. W 1793 roku na przykład urzędnicy pruscy odnaleźli niedaleko nadgranicznego miasteczka zwęglone pale, a przepytywani na tą okoliczność mieszkańcy twierdzili, iż były to pozostałości stosu dwóch czarownic, które rzucały uroki na bydło. Sprawa ta nagłaśniana przez niemieckich uczonych była dosyć niejasna, ponieważ nie podali oni źródła, ani nazwy miasteczka, w którym samosąd ten się zdarzył. Kolejną głośną w całej Europie sprawą był samosąd dokonany na Krystynie Ceynowej, w nadmorskiej miejscowości Chałupy. Została ona oskarżona przez miejscowego znachora i dwukrotnie poddawania próbie pławienia, bita, a w końcu utopiona w morzu. Znany jest też przypadek z galicyjskiej wsi Dżurkowo, gdzie podczas długotrwałej suszy w 1872 roku zdesperowany zastępca wójta zarządził publiczne pławienie wszystkich kobiet, by wykryć domniemaną czarownicę. Podobnych samosądów można by w XIX wieku odnaleźć więcej. Mimo iż nie były to przypadki częste, świadczyły o głęboko zakorzenionej wierze w moce czarownic, rozpowszechnionej wśród prostego ludu.

Zabory niewątpliwie wpłynęły na przyśpieszenie wygasania procesów o czary w Polsce, ponieważ monarchie absolutne, jakimi były państwa zaborcze skutecznie narzuciły okupowanym terenom swoje zasady prawne, a dzięki silnemu aparatowi policyjno – sądowniczemu dysponowały odpowiednimi środkami, by ukrócić same procesy oraz karać sprawców samosądów. Nie należy jednak przypisywać zaborcom wyłącznej zasługi, jaką niewątpliwie było powstrzymanie procesów o czary, gdyż wspomniana już przez nas ustawa z 1776 roku, znosząca zakaz stosowania tortur w postępowaniu sądowym jednoznacznie określiła stosunek władz polskich do takich środków dowodowych, co zburzyło fundamenty instytucji procesu o czary.

Było to potwierdzenie ogólnoeuropejskich tendencji w tym zakresie, gdyż na terenie całego starego kontynentu procesy czarownic w tym okresie zanikają. Od końca XVII wieku daje się zauważyć wśród sędziów sceptycyzm, co do skuteczności magii. Z podobnym niedowierzaniem zaczęto traktować pakty diabelskie oraz dowody szatańskiego piętna. Wszystko to spowodowało wprowadzenie ściślejszych zasad prawnych, określających stosowanie tortur oraz ocenie dowodów dzięki nim uzyskanych. Takie rozporządzenia wprowadziła między innymi Hiszpania już w 1614 roku, Włochy w sześć lat później, a w Szkocji miało to miejsce w 1660 roku. Podobne ograniczenia wprowadziły niektóre państwa niemieckie. Powoli zaczęto też wprowadzać całkowite zakazy stosowania kaźni. Jako pierwsza zrobiła to Szkocja w 1709, a później Prusy (1740) i Saksonia (1770). Dodatkowo obok tych konstytucji wydawano ustawy dążące do zredukowania lub wyeliminowania procesów o czary. Akt taki wydał pierwszy Ludwik XIV w 1682 roku, który zarządził dla czarowników kary cielesne, a praktyki magiczne zaklasyfikował jako zabobon. Podobne postanowienie wprowadzały dekrety pruskie, które miały ogromny wpływ na ograniczenie liczby procesów.

Krajami które później niż Polska wprowadziły zakazy stosowania tortur były między innymi Belgia, Szwajcaria i Bawaria. Nie jest też prawdą, iż tak jak chcieliby niektórzy niemieccy historycy, w naszym kraju odbył się ostatni europejski proces o czary. Podają oni na przykład, że ostatni w Europie proces odbył się w 1793 roku w Poznaniu, gdy tymczasem – jeżeli nawet przyjmiemy podważaną już przeze mnie wyżej autentyczność procesu w Doruchowie – to miało to miejsce w 1776 roku. Niezgodność ta wynikała prawdopodobnie z potraktowania wspomnianego już, a niepotwierdzonego źródłami historycznymi samosądu przy granicy pruskiej jako działania prawnego, dokonanego przez uprawniony do tego organ. Źródła polskie o takim procesie nie wspominają. Rzeczywistym, ostatnim przypadkiem procesu o czary w Europie było spalenie na stosie Anny Geldi, skazanej prawomocnym wyrokiem sądu w Szwajcarii w 1782 roku.

Jednak nie da się zaprzeczyć, iż Polska jako ostatni kraj w Europie poradziła sobie z problemem procesów o czary. Porównując procesy w Polsce z tymi prowadzonymi przykładowo w Hiszpanii, dostrzec można w jaki sposób oddziaływał brak skutecznej, centralnej kontroli prawnej na charakter i długość tego zjawiska. Mimo, że nasze państwo było organizmem dość jednolitym, to jednak partykularyzm prawny, jaki był udziałem każdego stanu, przyczynił się do przewlekłości występowania interesujących nas procedur. Hiszpania natomiast, choć zdecentralizowana pod względem politycznym, składająca się z królestw, jedynie pozornie zjednoczonych pod władzą jednego monarchy, posiadała jednak dobrą organizację sądową, sprawującą kontrolę nad większością procesów o czary. Skutkiem tego liczba procesów w tamtym kraju była znacznie niższa. Wpłynął na to także fakt, iż w Polsce w zasadzie nie istniała możliwość apelacji do sądów niższego szczebla, jak to miało miejsce na przykład we Francji, gdzie tylko 24 procent wszystkich rozpatrywanych przez drugą instancj ę praw zatwierdzono. Przyczyną takiego stanu rzeczy możemy upatrywać w wyższym poziomie kultury prawnej wśród sędziów rozpatrujących odwołania, a także w prowadzeniu takich spraw przez profesjonalistów.

Słaba władza centralna, której uwaga absorbowana była konfliktami stanowymi, nie potrafiła zneutralizować procesu polowania na czarownice oraz skutecznie nałożyć na niego ograniczeń. Dopiero działania Rady Nieustającej oraz króla Stanisława Augusta Poniatowskiego zmierzały do obj ęcia nadzorem wszystkich sądów Rzeczypospolitej oraz narzucenia im konieczności stosowania się do prawa obowiązującego. W tym też celu zostały wydane Uniwersały królewskie w 1775 i 1776 roku. W tym świetle zjawisko polowania na czarownice jawi się jako niepowodzenie unowocześnienia organizmu państwowego. Nowożytne mocarstwa, jak choćby państwa zaborcze wcześniej niż nasz kraj rozwiązały problem procesów o czary. Były to państwa absolutne, dysponujące aparatem urzędniczym, w których centralny rząd sprawował zwierzchnią władzę nad wszystkimi obszarami terytorium. Aby zaistniało silne państwo konieczne było narzucenie woli ośrodka centralnego wszystkim jego prowincjom i zjawisko wygasania procesów o czary było dobrym wskaźnikiem tej ewolucji.

Większość jednak państw Europy u progu ery nowożytnej nie osiągnęła jeszcze takiego etapu centralizacji, a skutkiem tego było przekazanie pewnego zakresu autonomii władzy lokalnej, a dotyczyło to także możliwości rozstrzygania spraw o czary. Było tak między innymi i w przypadku Polski. Próby zbudowania monarchii oświeceniowej w naszym kraju świadczą o gotowości odzyskania tych kompetencji dla władz centralnych, gwałtowny kres naszej autonomii, jaki nastąpił pod koniec XVIII wieku, nie pozwolił jednak na ukończenie tego procesu.

Chociaż sprawy sądowe o czary w Europie formalnie zakończyły się u progu XIX wieku, to jednak niektóre z ich aspektów cyklicznie wracają w historii całego świata. Ilustrują to niektóre praktyki polityczne, które co jakiś czas pojawiają się na arenie dziejów. Przykładem takiego mechanizmu może być chociażby działanie komisji senackich w latach pięćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych, mające na celu wykrycie domniemanych szpiegów komunistycznych. Zjawiska takie pokazują, iż często maksyma Historia mater studiorum est, pozostaje tylko pustym zwrotem. Tematyka polowania na czarownice oraz procesów inkwizycyjnych jest zjawiskiem dość obszernym i jak już wspominano nie zawsze dostatecznie opracowanym. Uważam, iż luki takie należałoby szybko wypełnić, gdyż badając historię ewolucji tych procedur możemy dowiedzieć się wiele na temat ówczesnych zwyczajów prawnych czy też stosowanych rozwiązań jurystycznych. Zjawisko to było nie tylko odbiciem panujących w Polsce i w Europie prądów prawno – religijnych oraz ówczesnego poziomu edukacji, lecz także czynnikiem aktywnie kształtującym instytucje prawno – państwowe w naszym kraju. Mam nadzieję, że praca ta zainicjuje na nowo dyskusję na temat roli procesów o czary w kształ­towaniu kultury prawnej na całym starym kontynencie, a interdyscyplinarność tego zagadnienia, które łączy w sobie wiele dziedzin nauki, jak: teologię, filozofię, prawo, politologię czy etnografię pomoże w lepszym zrozumieniu historii ewolucji kultury europejskiej.

Oceń tę pracę