XIX, XX, XXI i XXII generalni inkwizytorowie. Panowanie Filipa IV

Filip IV wstąpił na tron dnia 31 maja 1621 r., i natychmiast rozkazał generalnemu inkwizytorowi Aliadze, aby złożył swój urząd, który powierzono don Andrzejowi Pachece, arcybiskupowi i radcy sta­nu. Inkwizycja pragnąc na swój sposób uczcić wstą­pienie Filipa IV, ofiarowała mu godne ubawić go widowisko auto-da-fe obchodzono przez ukaranie na nim Maryi od Niepokalanego Poczęcia, de­wotki i sławnej jeszcze za poprzednich rządów obłudnicy. Kobieta ta oszukiwała naprzód wielu ludzi swoimi objawieniami, udaną świętobliwością, częstemu przyjmowaniem Najświętszego Sakramentu i licznymi zachwytami. Na koniec puściła się na najwyuzdańszą rozpustę ze swoimi spowiednikami i innymi księżmi; obwiniano ją o zmowę z szata­nem, o -wpadnięcie w herezję wszelkich sekt w materializm i ateizm. Na auto-da-fe ukazała się w całkowitemu san-benito, z mitrą na głowie i kneblem w ustach; kaci zadali jej dwieście razów biczem, po czem zamknięto ją na całe życie w więzieniu. Przyznajemy, że jeżeliby można pochwalić istnienie trybunałów podobnych świętemu oficjum, to chyba w razie gdyby do nich należało karanie fałszywych świętoszków i hipokrytów, którzy więcej złego wy­rządzili katolickiej religii, niż wszyscy dawni i no­wi heretycy.

Zaraz po swojej instalacji dziewiętnasty inkwi­zytor generalny, Pacheco, rozpoczął instrukcję procesu swojego poprzednika Aliagi, którego obwi­niono o robienie projektów tchnących jakoby materializmem i luteranizmem. Proces ten nie skoń­czył się, bo ex-inkwizytor umarł w ciągu instrukcji sprawy. Prześladowanie to zawdzięczał Aliaga kilku intrygantom, którzy zwodzili króla; ale za życia sam był bardzo nikczemnym i przebiegłym intrygantem, więc go nikt nie żałował. Umarł nielubiony, chociaż od lat już pięciu nie był inkwi­zytorem.

Lubo inkwizytorowie nie mogli być sroższymi za rządów Pacheki niż za poprzednich, jednakże byli jeszcze zuchwalsi.  W r. 1622 inkwizytorowie Murcyi zostający w nieporozumieniu z sędzią de Lorca, nie mogąc go aresztować, z powodu odmowy korregidora Murcyi, rzucili ekskomunikę na bisku­pa i położyli interdykt na wszystkich kościołach tego miasta. Biskup ogłosił ludowi, że nie jest obo­wiązany ulegać temu interdyktowi, a inkwizytoro­wie skazali go na grubą karę pieniężną i wezwali do stawienia się przed generalnym inkwizytorem w Madrycie. Kilku kanoników kapituły w Murcyi i kilku plebanów zamknięto w więzieniach święte­go oficjum z powodu tej sprawy. 

Król i papież wdali się w nią, aby zapobiec skandalowi, a bisku­powi przywrócono jego prawa; ale ten akt sprawied­liwości nie zniszczył przyczyny złego, na które się użalano. Tegoż roku inkwizytorowie w Toledzie ex-komunikowali podprefekta tego miasta, za pojma­nie i osądzenie rzeźnika przekonanego o sprzeda­wanie na fałszywą wagę.   Ponieważ ten rzeźnik dostarczał mięsa dla świętego oficjum, sądzili, iż nie można go prześladować. Skutkiem rozdrażnienia inkwizytorów, nędzny ten interes stał się bardzo ważnym.  Wdał się w to naród i powstał przeciw inkwizycji. Rozruchy ustały dopiero wówczas, gdy król utworzył nadzwyczajną komisję, obowiąza­ną przedsięwziąć środki przeciw inkwizytorom.

Postanowienia te wywarły tylko chwilowy sku­tek, bo następnego roku święte oficjum w Grena­dzie dopuściło się nowych nadużyć. Eskomunikowano sędziego i prokuratora izby królewskiej tego miasta, z powodu dwóch wybornych dzieł, które ci prawnicy ogłosili i w których bronili praw królew­skiej jurysdykcji przeciw przywłaszczeniom inkwizycji. Dla zapobieżenia tym nadużyciom, ustano­wiono komitet kompetencyjnym zwany, mający rozstrzygać wszelkie trudności, jakie zajdą między inkwizycją a władzami celnymi; ale wkrótce inkwi­zytorowie wywołali zniesienie tego komitetu.

Gdy się to dzieje w Murcyi i Grenadzie oraz we wszystkich prawie innych inkwizycjach królestwa, generalny inkwizytor Pacheco kazał ścigać w Ma­drycie hrabiego de Francos, nauczyciela Karola II. Pan ten napisał był kilka traktatów o polityce, w których bronił praw i niezawisłości monarchów względem pośredniej władzy papieża, wobec nadu­żyć rzymskiego dworu, wobec duchownych sę­dziów świętego oficjum. Generalny inkwizytor mocno go prześladował za te broszury, i gdyby Fi­lip IV nie był wystąpił w jego obronie, hrabia dc Francos byłby aresztowany i wtrącony do więzień świętego oficjum.

Koniec zarządu Pacheki odznaczył się przez generalne auto-da-fe obchodzone w mieście Kor-dubie, gdzie wystąpiło osiemdziesięciu skazanych, nie licząc zwłok jedenastu ofiar zmarłych w więzie­niach z nędzy, męczarń i rozpaczy.

Pacheco umarł dnia 7 kwietnia 1626 roku. Był naczelnikiem świętego oficjum przez lat cztery i kazał spalić w ogóle 256 osób, 128 w wyobraże­niach, a 1,280 skazał na rozmaite kary, co przedsta­wia^ razem liczbę 1664 ofiar.

Don Antoni de Zapata y Mendoza, kardynał arcybiskup z Burgosu, patriarcha Indii, był dwu­dziestym generalnym inkwizytorem w Hiszpanii. Objął urząd w początku 1627 roku. Wkrótce potem świętemu oficjum w Madrycie wypadło zająć się sprawą równie ciekawą jak śmieszną.

Trzydzieści zakonnic uchodzących za cnotliwe, żyło razem w jednym klasztorze tego miasta, który cieszył się jak najlepszą opinią. Z nagła kilka z nich znalazło się w nadnaturalnym stanie. Zaraza prędko się rozkrzewiła, i z trzydziestu, dwadzieścia pięć dostało jakiegoś szaleństwa; z tego powodu popełniały nadzwyczajne rzeczy. Uznano, że zosta­ły opętane przez szatana, a spowiednik ich często pozostawał w klasztorze po całych nocach i egzorcyzmował je. Trudno wyobrazić sobie należycie, co się musiało dziać pośród gromady kobiet zamknię­tych w jednym i tym samym domu, z dwudziestu pięciu szatanami, którzy zawładnęli ich ciałem, a może nieprzyzwoicie byłoby podnosić zasłonę po­krywającą prawdę.

Inkwizycja uwiadomiona o tym co zaszło w owym klasztorze, kazała przyaresztować spowiednika, przełożoną i kilka zakonnic, i zamierzała wytoczyć im proces, jako heretykom iluminatom. Spowiedni­ka i zakonnice silnie obwiniano, że wpadli w herezję allumbrados i skazano na rozmaite pokuty. Odbyto narady nad stanem tych dziewic i wielka liczba mędrców owego wieku zaopiniowała, że rze­czywiście upętal je diabeł. Spowiednik zapewne wiedział o tym więcej niż owi mędrcy. Pozbywszy się opętanych, inkwizycją zabrała się do ścigania allumbradosów, których sekta krzewiła się niejako w Hiszpanii; i widziano mnóstwo tych sekciarzy figurujących na auto-da-fe, które wyprawiono w owej epoce, głównie na sewilskiem, odbytem w ro­ku 1630, na które spalono tuzin illuminatów, a przeszło pięćdziesięciu skazano na pokutę jako podejrzanych.

Tegoż roku generalny inkwizytor Zapata ogło­sił nowy indeks zabronionych książek. W indeksie tym pomieszczono nie tylko dzieła podejrzane o herezję, lecz i wiele innych drukowanych w Hiszpa­nii, które głównie pisali prawnicy Selgado i Seza, w których bronili władzy świeckiej i jurysdykcji królewskiej przeciw przywłaszczeniom świętego oficjum.

W tej także epoce, kilku jezuitów, a szczególnie Jan Chrzciciel Poza, zatrudnili swoimi pisma­mi inkwizycję Hiszpanii, a nawet i Rzymu. Poza bronił pretensji swoich współbraci; inkwizycja rzymska potępiła jego dzieła. Nieprzyjaciele jezui­tów pragnęli, aby i hiszpańska uczyniła to samo; lecz obawa niepodobania się księciu 01ivaresowi, który był wszechwładnym i silnie protegował uczniów Loyoli, długo jej w tym względzie przeszkadzała. Ody wkrótce potem książę 01ivares umarł, inkwizycja hiszpańska nie wahała się zakazać dzieła je­zuitów, a samemu Pozie nakazano wyprzeć się herezji, które jakoby dostrzegano w jego nauce. Re­ligia katolicka służyła tylko za pozór do wszyst­kich tych skandalicznych rozpraw, a rzeczywistą ich przyczyną była własna miłość inkwizytorów i jezuitów; obie zatem strony dopuszczały się tern gwałtowniejszych ekscesów, że każda dbała raczej o interes osobisty, niż o obronę interesów wiary.

Inne zatargi dotyczące pierwszeństwa zajęły resztę czasu i zarządu Zapaty. W roku 1632 złożył on urząd generalnego inkwizytora, po sprawowaniu go przez lat sześć. Przez ten czas spalono w Hisz­panii 384 osób żywych, 192 in effigio i 1,920 skaza­no na kary; w ogóle 2,496 potępionych.

Don Fr. Antonide Sotomayor, dominikanin i spo­wiednik króla, zajął miejsce Zapaty dnia 17 lipca 1632 roku.

Ten dwudziesty pierwszy inkwizytor generalny wystąpił na początku swojego zarządu ofiarowa­niem królowi wielkiego auto-da-fe, na którym znajdował się Filip IV w towarzystwie całej swojej królewskiej rodziny i całego dworu. Obrząd ten jednak nie był jednym z najbardziej zajmujących, bo spalono na nim tylko siedmiu biednych herety­ków, urodzonych z rodziców Portugalczyków ży­dowskiego pochodzenia.

Inaczej się stało z drugim wielkim auto-da-fe wyprawionemu w Valladolidzie 1636 roku, ponieważ niezależnie od nieszczęśliwych wrzuconych w pło­mienie, widziano tam dziesięciu heretyków judaizmujących, którym święte oficjum wymierzyło zu­pełnie nową karę: przybito im jedną rękę do wiel­kiego drewnianego krzyża i w takiemu położeniu wysłuchali w pośród auto-da-fe raportu i wyroku, skazującego ich na wieczne więzienie. Jedna świę­toszka ukazała się także na tej egzekucji. Kobieta

ta od dawna udająca świętą, miewająca objawienia, była to rozpustnica, oddająca się najwyuzdańszemu postępowaniu i złe prowadzenie się ukrywająca pod pozorem największej pobożności. Częstokroć widy­wano w Hiszpanii podobnego rodzaju obłudnice, a prawie zawsze wspólnikami ich byli mnisi.

Miasto Lima stolica Peru, którego inkwizycja zależała od hiszpańskiej, miewało także swoje auto-da-fe za zarządu Sotomayora. Pierwsze ob­chodzono w roku 1639, na którym spalono 11 osób.

Pomiędzy skazanymi w inny sposób, postrzegano trzech ceklarzy świętego oficjum, przekonanych o ułatwienie więźniom sposobów znoszenia się z sobą. Za rządów inkwizytorialnych Sotomayora po­dobnie jak za jego poprzedników, inkwizycja po­zostawała w ciągłych prawie nieporozumieniach z władzami cywilnymi, głównie w Toledzie, Sewilli i Valladolidzie. Rezultatem wszystkich tych sporów była niezgoda w królestwie i pomnożenie liczby ofiar świętego oficjum.

Na dwa lub trzy lata przed usunięciem się ge­neralnego inkwizytora Sotomayora, historycy za­znaczają początek wolnomularstwa, które w następ­stwie nastręczyć miało wiele zatrudnienia świę­temu oficjum.  Jakiekolwiek bądź były pierwsze prace tego towarzystwa, pewną jest rzeczą, że jego tajemnicze działania dostrzeżono najprzód w Anglii, za panowania Karola I, który zginął na rusztowa­niu 1649 r. i zdaje się, że nieprzyjaciele Kromwella i republikańskiego systemu ustanowili naówczas wielkiego mistrza lóż angielskich, dla przygotowa­nia umysłów do przywrócenia monarchii. Filip IV zmusił Antoniego Sotomayora do złożenia urzędu generalnego inkwizytora w roku 1643, po jedenastoletnimi straszliwym jego sprawowaniu. 780 osób spalono żywcem, 352 w wyobrażeniach, a 3,520 po­niosło kary za jego zarządu; co w ogóle przedstawia liczbę 4,652 skazanych.

Don Diego de Arce y Reynoso dwudziesty dru­gi inkwizytor generalny,  zastąpił Sotomayora dnia 8 września 1643 roku. W tejże epoce książę 01ivares, pierwszy minister Filipa IV został dysgracyonowany. Natychmiast zaniesiono do króla i do inkwizycji mnóstwo skarg na tego ex-ministra. Oskarżano w nich 01ivaresa o jak największe poli­tyczne i religijne zbrodnie; obwiniano go przed inkwizycja, jako wierzącego w sądową astrologię, jako nieprzyjaciela katolickiego kościoła i jako mającego zamiar otrucia papieża Urbana VIII. Św. oficjum kazało rozpocząć przeciwko niemu postępo­wanie sądowe; lecz że 01ivares długo protegował

inkwizytora generalnego Diega, ten więc teraz na­wzajem protegował Olivaresa, prowadząc instrukcją jak i najpowolniej; tak że minister umarł śmiercią naturalną wprzód nim inkwizycyą uwięzić go mogła.

Don Jeremiasz de Villanuova, protonotaryusz Arragonu, to jest sekretarz stanu tego królestwa, również oddany był pod sąd inkwizycyjny w epoce nie­łaski 01ivaresa, którego był przyjacielem i powier­nikiem. Przypisywano mu heretyckie zamiary; zamknięty w tajemnych więzieniach świętego oficjum został skazany na wyprzysiężenie się; lecz skoro odzyskał wolność, apelował od tego wyroku do pa­pieża. Dwór rzymski zażądał sprawozdania o tym interesie, kazał sobie przysłać całą procedurę i unie­winnił Villanuovę. Papież znalazł tak wiele niespra­wiedliwości i nieregularności w sprawie protonotariusza, że wyprawił do generalnego inkwizytora breve, robiąc mu za to wyrzuty i polecając, aby czu­wał nad wierniejszym zachowywaniem przepisów i nad większą sprawiedliwością i oględnością w wy­rokach.

Proces Villanuovy, przekonywa, że duch inkwizycji za Filipa IV był ten sam co za Filipa II, że trybunał wiary, służył za narzędzie kierującym intrygami dworu, że inkwizytorowie nie zaniechali zwyczaju fałszowania lub zmieniania autentycznych dowodów, ilekroć ten manewr sprzyjał ich wido­kom, lekceważąc zresztą wszelkie mogące stąd wy­niknąć rażące niewłaściwości, jak to dostrzeżono w sprawach Carranzy i innych ofiar.

Rządy generalnego inkwizytora Diegi obfitowa­ły w tego rodzaju sprawy, niektóre z nich zasługi­wałyby na wzmiankę, gdybyśmy mogli rozszerzyć granice naszego dziełka, ale musimy je przemilczeć, a trzymać się głównych wypadków. Ostatnim, jaki nam przedstawia panowanie Filipa IV, była beatyfikacja inkwizytora Piotra Arbueza, zabitego w Saragossie 1485. Beatyfikacja ta była dziełem inkwi­zytorów w epoce, w której już zapomniano o praw­dziwych powodach które sprawiły, że naród za­pragnął pozbyć się instytucji świętego oficjum-Przeminęło już sześć pokoleń, a lud, który po nich nastąpił, napojony od dzieciństwa ideami przeciwnemu pojęciom ludzi XV wieku, czcił jak świętość wszystko co należało do inkwizycji; nikt tedy nie miał ani dosyć odwagi do pokonania ogólnego uspo­sobienia, ani dosyć powagi do zaprzeczenia temu, co głosili inkwizytorowie, bez narażenia się na jak największe prześladowania. Ceremonia ta, na którą król i święte oficjum poświęcili ogromne summy, odbyła się dnia 17 kwietnia 1664 roku, za pon­tyfikalnego panowania Aleksandra VIII. Inkwizy­torowie hiszpańscy mniemali, że się okryli nieśmier­telną chwałą, bo umieścili na ołtarzu boskim mni­cha z ich kraju i z ich instytucji. Inkwizytor generalny don Diego de Arce i Filip IV zmarli obaj jednego dnia, około końca 1665 roku.

Liczne wypadki powinny były dać uczuć mądrej administracji potrzebę zniesienia trybunału świę­tego oficjum, jako niepolitycznego, uciążliwego i przeciwnego sądowemu porządkowi i nawet pu­blicznej spokojności, albo przynajmniej potrzebę ukrócenia jego władzy i poddania jego sądów zwy­czajnym formom, aby zniszczyć wielkie nadużycia sekretu procedury. Ale nieudolność Filipa IV nie do­zwoliła zaprowadzić tyle użytecznych reform. A tak za rządów don Diega padło jeszcze 9,560 ofiar, z któ­rych 1,472 spalono żywcem, a 736 w wyobrażeniach. Zebrawszy liczbę wyroków wydanych przez inkwizycję, od dziewiętnastego inkwizytora generalnego Pacheki, aż do śmierci don Diega co tworzy czter­dzieści pięć lat panowania Filipa IV, przekonamy się: że 2,852 osób spalono żywych, 1,428 w wyobra­żeniach, a 1,480 skazano na więzienie, galery i inne hańbiące kary, tudzież na konfiskatę majątków. Obraz zatem zgróz inkwizycji jeszcze nie pobladł

Oceń tę pracę

Ciekawe i nadzwyczajne sprawy sądzone przez hiszpańską inkwizycję – c.d.

kontynuacja pracy z czerwca

„Ezechiel oświadczył mu, że kardynał Sienny tragicznie skończy, co sprawdziło się w roku 1517, po wyroku wydanym przez Leona X.

„Wróciwszy do Rzymu w roku 1513, Torralba zapragnął koniecznie widzieć swojego szczerego przyjaciela Tomasza de Becara, który naówczas ba­wił w Wenecyi. Ezechiel wiedząc o tym zamiarze, zaprowadził go do tego miasta i znowu wrócił z nim do Rzymu tak prędko, że osoby składające jego zwykłe towarzystwo nie postrzegły wcale, iż wyjeżdżał.

„W roku 1515 anioł powiedział mu, że dobrze uczyni, jeżeli wróci do Hiszpanii, bo otrzyma miej­sce lekarza infantki Eleonory, królowej wdowy por­tugalskiej, później małżonki Franciszka I króla Francji. Nasz doktor oświadczył to księciu de Bo­jar i don Alfonsowi Manuelowi Merinie, arcybisku­powi Bari; prosili oni o upragnione dla niego miej­sce i w następnym roku otrzymał takowe.

„Na koniec dnia 5 maja tegoż roku, Ezechiel oznajmił doktorowi, że nazajutrz miasto Rzym zdo­byte będzie przez wojska cesarskie. Torralba prosił anioła o zawiezienie go do Rzymu, aby był tego świadkiem.   Gdy Ezechiel przyrzekł, wyszli obaj razem zValladolidu o godzinie jedenastej wieczorem, jakby na przechadzkę, nie odeszli jeszcze daleko od miasta, gdy anioł dal Torralbie sękatą laskę mó­wiąc: „Zamkniej oczy, nie bój się, weź to w rękę, nie stanie ci się nic złego.” Gdy nadeszła chwila otwarcia oczu, ujrzał się tak blizko morza, że go mógł dotknąć ręką. Otaczająca go czarna noc na­tychmiast ustąpiła miejsca żywemu światłu, tak że Torralba sądził, iż się w niem spali; postrzegł to Ezechiel i rzekł mu: „Uspokój się głupcze.” Tor­ralba znowu zamknął oczy i po niejakim czasie uczuł, że musieli już przybyć na ziemię. Ezechiel kazał mu otworzyć oczy i zapytał, czy wie gdzie się znajduje? Doktor spojrzawszy w około siebie, po­znał, iż był w Rzymie w wieży Nona. Wtedy usły­szeli zegar zamkowy, bijący piątą godzinę w nocy (to jest północ według hiszpańskiego sposobu licze­nia), zkąd wnieśli, że całą podróż odbyli w godzinę. Torralba przebiegł Rzym z Ezechielem, i widział rabunek miasta i wszystkie inne wypadki tego straszliwego dnia. W przeciągu półtory godziny wró­cił znowu do Valladolidu, gdzie Ezechiel opuścił go mówiąc: „Odtąd będziesz zapewne wszystkiemu wie­rzył co ci powiem.”

„Torralba ogłosił wszystko co widział; a po­nieważ mówiąc o nim nazywano go ciągle wielkim i prawdziwym magikiem, czarnoksiężnikiem, wróż­bita i t. p., więc inkwizycyą wdała się wkrótce w tę sprawę i kazała go aresztować. Doktor wyznał z razu wszystko co się ściągało do anioła Ezechiela i zdziała­nych przez niego cudów, w przekonaniu, że o co in­nego nie będzie kwestyi, jak początek zdawał się zapowiadać, i że nie będzie wcale mowy o jego dyspucie, ani o jego powątpiewaniach co do nie­śmiertelności duszy i bóstwa Jezusa Chrystusa. Skoro sędziowie dostatecznie sprawę pojęli, zabrali się do głosowania; ale z powodu rozmaitości zdań, trybunał odniósł się do Rady najwyższej, która wy­rzekła, aby Torralbę wzięto na tortury, o ile jego wiek i stan na to pozwalają, dla dowiedzenia się, ja­kie miał zamiary, gdy przyjmował i przechowywał u siebie ducha Ezechiela: czy wierzył niezachwia­nie, że to był jego zły duch, bo świadek jeden za­pewniał, że słyszał go mówiącego; czy zawarł z nim umowę dla zjednania sobie jego przychylności; jaka była ta umowa, w jaki sposób nastąpiło pierwsze widzenie się i czy wtedy lub później używał zaklęć dla przywołania go. Po przedsięwzięciu tego środka trybunał miał głosować i wydać stanowczy wyrok.

„Aż do tego dnia Torralba zawsze mówił jedno i to samo o swoim przyjaznym duchu, i zapewniał, że należy do rzędu dobrych aniołów; lecz skoro się ujrzał w ręku katów, boleści tortury wymogły na nim oświadczenie, iż widzi, że Ezechiel jest złym duchem, bo jest przyczyną jego obecnego nie­szczęścia. Zapytano go, czy przepowiedział mu, że go inkwizycja aresztować będzie; oświadczył, że uprzedzał go o tern kilkakrotnie, że przestrzegał, aby nie udawał się do Cuency, gdzie mu się wyda­rzy nieszczęście; lecz sądził, iż może nie zważać na radę. Zresztą oświadczył, że między nimi nie było żadnej umowy, i że rzeczy tak się miały jak zeznał.

„Inkwizytorowie przyjęli za prawdziwe wszelkie szczegóły podane przez Torralbę, i kazawszy mu złożyć nową deklaracyę, z powodu politowania za­wiesili jego sprawę, w nadziei widzenia tak sław­nego czarnoksiężnika nawracającym się i wyznają­cym wszelkie umowy i czary, których się ciągle za­pierał.

„Nakoniec po przeszło trzechletnim pobycie w więzieniach świętego oficjum, skazano Torralbę, na wyparcie się ogólne i zwyczajne wszelkich herezji, na karę więzienia i san benito przez czas, jaki ’ inkwizycja oznaczy, na przerwanie wszelkich roz­mów i widzeń z duchem Ezechielem i niesłuchanie nigdy jego propozycji. Te warunki narzucone mu dla zapewnienia się o jego postępowaniu i dla ^obra jego duszy.

„Ku końcowi roku 1610 inkwizytorowie z Lo-grona obchodzili osobowe auto-da-fe, na którym figurowało dwudziestu dziewięciu czarowni­ków. W sprawach ich są tak szczególne zeznania, że mimo wszystkiego cośmy o tej sekcie powiedzieli, musimy je tu przytoczyć.

Ci dwudziestu dziewięciu czarowników pochodzili wszyscy z miasteczek de Vera i Zuggarramurdi w do­linie Bastan w Nawarze. Zgromadzenia swoje odbyr wali w miejscu zwanem Koźla łąka (Pre du bouc). Tam według ich zeznań pojawił się im diabeł w po­staci kozła. Oto treść ich zeznań: -, „W poniedziałki, środy i piątki każdego tygo­dnia zawsze odbywały się zgromadzenia, oprócz wielkich dni kościelnych, jak Wielkanoc, Zielone Świątki, Boże Narodzenie i t. p. Na każdym posie­dzeniu, a mianowicie gdy następowało jakie przy­jęcie, diabeł przybierał postać człowieka smutnego, zagniewanego, czarnego i brzydkiego; siadał na podwyższeniu już to złoconym, już to czarnym jak heban, miał koronę z małych rożków i inne wielkie rogi na głowie, a trzeci podobny na środku czoła i tym oświecał miejsce zgromadzenia. Światło jego było mocniejsze od księżycowego, a słabsze od sło­necznego. Oczy miał wielkie, okrągłe i dobrze otwarte, błyszczące, przerażające; brodę podobną do koziej; w połowie był człowiekiem, w połowie kozłem. Nogi i ręce miał ludzkie, długie i równe palce zakończone ogromnymi paznokciami, na koń­cach ostrymi. Końce rąk miał zakrzywione na spo­sób szponów drapieżnych ptaków, a końce nóg na­śladowały gęsią łapę. Głos jak osła, chrapliwy, nie-harmonijny i donośny. Słowa wymawiał niewyraź­nie, grubo, gniewnie i nieregularnie, w sposób po­ważny, srogi i arogancki. Fizjonomia wyrażała zły humor i melancholię.

„Przy otwarciu posiedzenia, wszyscy padali na twarz dla uczczenia diabła, nazywając go swoim panem i bogiem i powtarzając apostazję, którą wy­powiadali przy przyjęciu do sekty; każdy całował go w nogę, rękę, w lewy bok, w tył i t. p. Sessya zaczynała się o godzinie dziewiątej wieczorem, koń­czyła zwykle o północy, a nie mogła trwać dłużej jak do zapiania koguta.

„Po tej ceremonii następowała druga, będąca szatańskićm naśladowaniem mszy, gdzie podrzędne diabły stawią ołtarz, i posługują swojemu panu, jak klerycy chrześcijańskiemu księdzu. Diabeł prze­rywa ceremonię i przemawia do obecnych, aby nigdy nie wracali się do chrystyanizmu, i przyobiecuje im raj doskonalszy od raju chrześcijańskiego.

„Po skończonym obrzędzie, diabeł łączy się cie­leśnie ze wszystkimi mężczyznami i kobietami, i rozkazuje im potem .naśladować siebie, co się koń­czy pomieszaniem obu pici bez uwagi na małżeń­stwo i na pokrewieństwo. Prozelici diabla ubiegają się o zaszczyt powołania ich najpierwej do odbywa­nych czynności, a królowi czarowników służy przy­wilej uwiadamiania o tym wybranych mężczyzn równie jak królowej wzywania ulubionych jej kobiet.

„Po ceremonii diabeł rozsyła wszystkich rozka­zując, aby każdy wyrządzał chrześcijanom co tylko może złego, jak również wszystkim płodom ziem­skim, przemieniwszy się na ten cel w psa, kota, wilka, lisa, drapieżnego ptaka, lub w inne zwierzę, stosownie do potrzeby, a także przez użycie zatru­tych proszków i napojów, przegotowanych z wodą wydobytą z ropuchy, którą każdy czarownik nosi przy sobie i sam zostaje diabłem, pod tą przemianą posłusznym swojemu zwierzchnikowi od chwili przy­jęcia go do sekty.

„Przyjęcie to, czyli afiliacja, odbywało się na zgromadzeniu: kandydat wyrzekał się wiary w Bo­ga i przyrzekał diabłu posłuszeństwo i wierność aż do śmierci. Szatan robi wtedy znak pazurem na le­wej ręce wstępującego i robi mu bardzo mały wy­cisk ropuchy na powiece lewego oka, nie sprawując mu najmniejszej boleści. Ta figura ropuchy służy wszystkim czarownikom za godło do poznania się. Potem dawano nowemu czarownikowi małą ropuchę zawiniętą, posiadającą moc czynienia niewidzialnym swojego nowego pana i przenoszenia go w krótkim czasie i bez truciu w najodleglejsze miejsca, oraz przemieniania w rozmaitego rodzaju zwierzęta.

„Przed udaniem się na posiedzenie, czarownicy pocierali ciało płynem wymiotanym przez ropuchę, a otrzymanym uderzając ją rózeczkami, dopóki mieszkający w niej szatan nie powie: „Już dosyć.” Za potarciem się dopiero tym płynem, czarownik może ulecieć i podróżować równie prędko jak świa­tło, ale to mogło się odbywać tylko w nocy, bo sko­ro tylko kogut zapowiedział jutrzenkę, ropucha znika, a czarownik wraca do naturalnego stanu, „Diabeł udzielał także profesom zdolności two­rzenia śmiertelnych trucizn, używając do tego pła­zów, owadów, mózgu zmarłych ludzi i soków roz­maitych roślin. Czarownicy używali tych trucizn rozmaitymi sposobami, i mogli niemi zabijać nawet z dalekiej odległości.

„Ze wszystkich zabobonów, najlepiej podoba­jących się szatanowi, nie pochlebiał mu tak żaden, jak wykradanie z grobów ciał zmarłych chrześcijan i pożywanie przez jego wyznawców drobnych kostek i mózgu ludzkiego, z wodą wyrzuconą przez ro­puchę.

„Dążność do złego tak jest wrodzona szatanowi, że jeżeli czarownik długi czas nie szkodzi nikomu, czy to ludziom, czy zwierzętom, czy też płodom ziemskim, każe go chłostać na pełnym zgroma­dzeniu.”

Wszystkie te szczegóły, tudzież wiele innych podobnych, podało inkwizytorom dziewiętnastu ża­łujących czarowników, którzy zeznając wszystko uniknęli ognia. Święte oficjum poprzestało na na­kazaniu im przywdziania san benilo podczas auto-da-fe, które się odbywało po ich osądzeniu. Co do innych dziesięciu czarowników, skazanych na re­laksację, jako dogmatyzujących lub prezydujących w zgromadzeniach, otrzymano od nich przez zręcz­ność inkwizytorów lub przez torturę zeznania brzmiące następnie:

„Marya de Zuzaja zeznała, że wyrządziła wiele złego osobom, które wymieniła, zadając im za po­mocą uroku dolegliwe boleści i wprowadzając w dłu­gie choroby; że zadała śmierć jednemu człowiekowi przez zatrute jajko, co mu sprawiło okropne kolki; że ją co noc odwiedzał diabeł, zastępujący jej męża przez lat kilka, i na koniec że się często naśmiewała z księdza, który lubił polować na zające, bo przybierała postać tego „zwierzęcia i utrudzała myśliwca, każąc mu robić długie kursy.” Święte oficjum przyjęło wszystkie te fakty za prawdziwe i skazało Maryę de Zuzaja na relaksację, chociaż -zdawało się, że żałuje za grzechy. Uduszono ją i po śmierci spalono.

„Michał Goiburn, król czarowników z Zuggarramurdi wyznał wszystko co się działo na posiedze­niach sekt; co zaś do rzeczy wyłącznie go dotyczą­cych, oświadczył, że bardzo często wpadał w grzech najpoufalszych stosunków z diabłem, już to biernie z nim, już czynnie z innymi czarownikami, że kilka­krotnie sprofanował kościoły, porywając umarłych z grobu, dla ofiarowania diabłu kości i mózgu ludz­kiego.  Przyznał się, że w połączeniu z diabłem kilkakrotnie rzucał urok na pola i na ludzi, i że z tytułu króla czarnoksiężników, nosił naczynie pełne jadu ropuchy, którego diabeł używał do swo­ich operacji. Goiburn wyznał także, iż przyczynił się do śmierci wielu dzieci, których rodzinne na­zwiska wymienił, a nawet swojego własnego sio­strzeńca, wysysając im krew; a wszystko to dla przypodobania się diabłu, który bardzo lubił wi­dzieć czarowników dopuszczających  się takich zbrodni.

„Jan Goiburn, brat króla i mąż królowej cza­rownic, wyznał to samo co inni czarownicy. Co do ogólnych okoliczności, oświadczył, że przygrywał na tamburynie czarownikom i czarownicom pod­czas ich tańca. On także popełnił kilka zbrodni w ciągu swoich napowietrznych nocnych podróży, nie oszczędzał nawet swojego własnego syna, które­go kości posłużyły mu do wyprawienia uczty kilku czarownikom. Wyznał, że gdy raz grał jeszcze po zapianiu koguta, ropucha jego natychmiast znikła, i że musiał odbyć piechotą kilka mil drogi wraca­jąc do domu.

„Żona Jana Goiburna była królową czarownic-zeznała: że z zazdrości ku innej kobiecie, dla tego, że się w niej diabeł kochał, otruła ją przygotowaną trucizną, że również była przyczyną śmierci kil­korga dzieci, których matki nienawidziła, i że często przyrządzała uczty z kości i mózgów odkopanych zmarłych.

„Córka jej oświadczyła, że często widywała diabła, że szatan używał jej jak chciał i że podczas stosunku ze swoim panem, doznawała wielkich bo­leści. Wyznała, że przyprawiła o śmierć kilkoro małych dziatek przez wyssanie .z nich krwi, a dzie­sięć innych osób przez truciznę i podane im napoje.

„Siostra jej przyznała się do podobnych zbrodni.

„Krewny króla czarowników również opowiadał o wszystkim co się działo na ich nocnych zgromadzeniach i oświadczył, że grywał na necie, gdy diabeł nadużywał mężczyzn i kobiet, bo mu ta roz­rywka wielką sprawiała przyjemność.

„Inna czarownica opowiadała, jakim sposobem zgubiła wiele osób, nacierając je śmiertelną maścią, którą diabeł nauczył ją przyrządzać; także zatruła swoją wnuczkę.

„Siostrą tej kobiety zapewniała, iż szatan kazał ją ochłostać, bo nie stawiła się na zgromadzenie.

„Tajemny kat zgromadzeń na Koźlej łące wy­znał, że gdy go przyjmowano na nowicjusza, diabeł wycisnął mu swój znak na brzuchu i że punkt ten stał się nieprzenikniony. Inkwizytorowie kazali tam wtykać mocne szpilki, lecz chociaż łatwo wcho­dziły w inne części ciała, niepodobna było je we­tknąć w punkt niezraniony.

„Kilka innych czarownic oświadczyło, że w wie­lu okolicznościach, gdy osoby zdziwione widokiem tego co się działo na ich zgromadzeniach, wymówi­ły imię Jezus, wszyscy natychmiast znikali, a na łące było tak pusto, jakby tam nigdy żadne się zgromadzenie nie odbywało.

Nakoniec inna czarownica powiedziała inkwi­zytorom, że dla ukarania dzieci za rozgłaszanie ta­jemnicy tego co się dzieje na Koźlej łące, ona i inne jej towarzyszki obowiązane były chłostać te dzieci, a każdej nocy zgromadzenia brały je z łóżek i uno­siły z sobą w powietrze, do miejsca przeznaczonego na wymierzenie im kary. Dzieci te powołane przez inkwizytorów, poświadczyły opowiadanie czarownic.”

Taki jest rozbiór okoliczności stwierdzonych procedurą świętego oficjum w Logronie. Auto-da-fe odbyło się, i pomimo ropuch, proszków i maści, cza­rodzieja i czarownice ponieśli naznaczoną im karę.

Te monstrualne sprawy dziwią najbardziej prze­konaniem inkwizytorów, którzy zamiast starać się

  • uchylenie zabobonnej zasłony, jaką się okrywali mniemani czarownicy, tudzież o dochodzenie przy­czyny, woleli wierzyć w ich władze i czary, i tym sposobem niejako pewność nadawali prostym iluzjom, będącym niewątpliwie skutkiem narkotycznych i usypiających napojów. Wielu autorów z owej epoki napisało całe tomy przeciw czarnoksięstwu, ale żaden nie śmiał o nim wątpić.

W innej epoce daleko bardziej zbliżonej do filo­zoficznego wieku, to jest w końcu XVII stulecia, inkwizycją hiszpańska zajmowała się niemniej nad­zwyczajną sprawą. Była to sprawa Troilona Diaza, biskupa z Awilli, spowiednika Karola II.

Zwykła słabowitość zdrowia tego monarchy, zrodziła podejrzenie, że nie może używać mał­żeństwa wskutek śledzenia. Kardynał Portocarrero, generalny inkwi­zytor Rocaberti i spowiednik Diaz, wierzyli w cza­ry; przekonawszy więc króla, że był urzeczony, prosili, aby pozwolił na egzorcyzmowanie go. Karol zezwolił i poddał się egzorcyzmom swojego spo­wiednika. Inni księża zabrali się także do egzorcyzmowania. Pewien dominikan w tymże czasie użył podobnego środka do uwolnienia od diabła jakiejś zakonnicy, która twierdziła, że ją napastuje. Spo­wiednik króla zgodnie z generalnym inkwizytorem, polecił temu dominikanowi, aby rozkazał diabłu opętanej zakonnicy oświadczyć, czy prawda, że Ka- • roi II jest upośledzony, i w takim razie, jaka jest natura tego czaru i czćm zniszczyć jego skutki?

Dominikan wykonał rozkaz generalnego inkwi­zytora, i mówią, że przez organ diabła opętanej, wy­krył: „że rzeczywiście rzucony był urok na króla przez wskazaną osobę.” Spowiednik zaczął wtedy robić zaklęcia, aby zniszczyć mniemany urok, i za­pewne byłby długo egzorcyzmował, gdyby tymczasem Rocaberti nie był umarł właśnie, gdy robio­no te doświadczenia z królem.

Mendoza, który nastąpił po Rocabertim, kazał wziąć spowiednika królewskiego pod sąd, jako po­dejrzanego o herezję przez zabobonność i winnego wyznawania nauki przez kościół zabronionej, udzie­lając zaufania diabłom i wzywając do wykrycia ta­jemnic; ale w owej epoce teologowie takiego byli zdania, że oświadczali, iż postępowanie spowiednika Diaza nie przedstawia żadnego czynu występnego, i nie podlega żadnemu teologicznemu zarzu­towi. Rada Najwyższa postanowiła wypuścić Diaza na wolność, z uwagi, że nie uczynił nic przeciwnego katolickiej religii. Ileż to uwag nastręcza postę­pek królewskiego spowiednika, tudzież postępowa­nie kwalifikatorów i inkwizytorów! Kończymy rozbiór tego rodzaju procesów, bo są­dzimy, że każdy z nich daje jasne pojęcie o zabo­bonnej ciemnocie hiszpańskich inkwizytorów i o wszystkich przeszkodach, jakie nieustannie stawiali postępowi cywilizacji. Chcąc pogrążyć na nowo ten piękny kraj w ciemnocie i barbarzyństwie, i popsuć na nowo obyczaje tego bohaterskiego ludu, najpew­niejszym środkiem do osiągnięcia tego będzie przy­wrócenie na Półwyspie świętego oficjum i jego familiarów.

Oceń tę pracę

Dzieje inkwizycji hiszpańskiej

Główne wypadki od śmierci Torquemady do śmierci Karola V.

ROZDZIAŁ I. Drugi inkwizytor generalny Deza.

Nadużycia niezmiernej swej władzy, jakich się dopuszczał pierwszy generalny inkwizytor Hiszpa­nii Tomasz Torquemada, jego okrucieństwa i bar­barzyńskie postępowanie prowincjonalnych inkwi­zytorów, powinny były spowodować zaniechanie naznaczenia jego następcy i przyśpieszyć obalenie krwawego trybunału, tyle przeciwnego łagodności Ewangelii; lecz Ferdynand i Izabella zbyt byli zaśle­pieni, iżby korzystali z tak sprzyjającej sposobności. Kiedy tylko utracili ją, ale raczej pośpieszyli się z za­projektowaniem papieżowi na następcę Torquemady dominikanina Diega Dezy, który kolejno miano­wany był biskupem Zamory, Salamanki i Valencyi. Papież podpisał bullę konfirmacyjną dnia 1 grudnia 1498 roku, ograniczając wszakże władzę tego dru­giego inkwizytora generalnego jedynie” do spraw królestwa Kastylii. Deza niezadowolony ścieśnie­niem, odbierającym mu wpływ na królestwo Aragonu, odmawiał przyjęcia godności aż do chwili, w któ­rej papież przyodział go prawami, jakie dawniej słu­żyły Torquemadzie.

Ten drugi inkwizytor generalny równie był su­rowy jak jego poprzednik. Zaledwie rozpoczął swoje urzędowanie, a zaraz wydał nowe rozporzą­dzenia, upoważniające trybunał inkwizycyjny do większej czynności, jakby srogość Torquemady nie­dostateczna była i jakby czegoś nie dostawało tej części systemu inkwizytoryalnego. Deza jednocze­śnie dodał kilka artykułów dotyczących konfiska­cji tego ciągłego przedmiotu uwagi króla i święte­go oficjum.

Ponieważ gorliwość jego i ambicja nie miały granic, wprędce zaprojektował królowi Ferdynan­dowi ustanowienie inkwizycji według nowego pla­nu w Sycylii, Neapolu i poddanie jej w obu tych krajach pod zwierzchnictwo generalnego inkwizy­tora Hiszpanii, zamiast pozostawienia jej w zależ­ności od dworu rzymskiego. Monarcha przyjął tę propozycję i zalecił najprzód ustanowienie święte­go oficjum w Sycylii, tak jak istniało w Hiszpanii, ale Sycylianie długo stawili mu opór; trzeba było uspakajać liczne rozruchy i przez lat trzy utrzymy­wać wojsko w ciągłej baczności, nim wielki inkwi­zytor subdelegat rozpocząć zdołał swoje urzędo­wanie. Inkwizytorowie nakoniec przemogli, i po upływie kilku lat byli równie hardzi w Sycylii jak w Hiszpanii. Tymczasem naród nie mógł się przy­zwyczaić do tego nowego systemu inkwizytorjalnego, i czekał jedynie stosownej chwili oswobodzenia się; chwila ta nadeszła w 1516 r., cała wyspa w ogó­le powstała przeciw inkwizycji, uwolniono więź­niów, zrzucono by zapewne na zawsze inkwizycyjne jarzmo, gdyby Sycylia mogła później oprzeć się znakomitej potędze Karola V; wówczas powtórnie narzucono jej inkwizycję.

Szczęśliwsze było królestwo Neapolu; miesz­kańcy tak zawzięcie oparli się, że vice-król ujrzał się zmuszonym do zaniechania zamiaru Ferdynan­da, do dania mu do zrozumienia całego niebezpie­czeństwa, na jakie go naraża tak wyraźna opozycja. Ferdynand oświadczył na koniec, że zadowo­lony będzie, skoro Neapolitanie wypędzą z miasta swego wszystkich nowych chrześcijan, którzy opuś­ciwszy Hiszpanię, tam się schronili. Lecz i na to się nie zgodzono, bo jakkolwiek Neapolitanie nie lubili marranosów, brzydzili się jednak systemem inkwizycji hiszpańskiej.

Generalny inkwizytor Deza, dla wynagrodzenia niepowodzeń doznanych w Neapolu, zaprojektował Ferdynandowi ustanowienie inkwizycji w króles­twie Grenady. Królowa, która przyobiecała ochrzczo­nym Maurom, że nic podda ich pod władzę święte­go oficjum, odrzuciła z razu ten pojekt, lecz Deza tak zręcznie wziął się do rzeczy, iż uzyskał jej ze­zwolenie na to, aby inkwizytorowie Korduby roz­ciągnęli swą władzę w dziedzinie królestwa Grena­dy; co doskonale cel ich uzupełniło. .

Głównym inkwizytorem Korduby był wówczas D. Rodriguez de Luceto, którymu nadano przydo­mek ttntbrero (ponury). Nadzwyczajna nieludzkość jego charakteru tyle wyrządziła złego Mau­rom, że zbuntowali się i mocno zaniepokoili króla i królową, których zbrojne siły, po długiej dopiero walce, zdołały przywieść do uległości ten bitny naród. Bunt ten spowodował najzgubniejsze dla Maurów następstwa; bo 12 lutego tegoż samego roku 1502, Ferdynand i Izabella zastosowali do nich te same środki, które w roku 1492 ustanowili byli przeciw żydom. Wszystkim Maurom wolnym, obojgu płci, rozkazano opuścić Hiszpanię w przeciągu trzech miesięcy. Ten drugi niepolityczny dekret Ferdy­nanda znowu wyprawił do Afryki wielką ilość niau-rytaańskich rodzin. A tak inkwizycja wszelkiemi możliwemi środkami dziesiątkowała ludność Hisz­panii, i w przeciągu lat kilku wydarła jej blizko trzy miliony mieszkańców.

Deza był równie nienawistnie usposobiony prze­ciw izraelitom, jak jego poprzednik Torquemada. Niezadowolony wywołaniem wygnania Maurów, zaprojektował królowi zastosowanie dekretu wy­gnania z r. 1492 do mnóstwa żydów, od lat kilku przybyłych do królestwa. Ten nowy środek znowu pozbawił Hiszpanię znacznej części ludzi przemy­słowych, z których niewielu tylko przyjęło chrzest i inne nałożone sobie upokarzające warunki, aby mogli mieszkać w krajach jego królewskiej anty­katolickiej mości.

W tej samej prawie epoce i zawsze na skutek porady generalnego inkwizytora Dezy, Ferdynand dozwolił inkwizytorom Arragonu, pomimo przysięgi wykonanej na dotrzymanie ustaw krajowych, do­chodzić grzechu lichwy; czego dotąd dochodziły tyl­ko świeckie sądy. Zaledwie upoważniono inkwizy­torów do tej czynności, a więzienia świętego oficjum zapełniły się ludźmi, którym zarzucano ten rodzaj zatrudnienia.

Wkrótce potem inkwizytorowie przywłaszczyli sobie prawo dochodzenia grzechu Sodomy, pod po­zorem że powinien podlegać tej samej jurysdykcji co i wszystkie sprawy dotyczące wiary. Dziesięć osób winnych tego występku figurowało w auto-da-fe, odbytym w Sewilli r. 1506 i spalono je na stosie. Potrzeba tu nadmienić, że w chwili gdy inkwizytoro­wie aragońscy zamknęli w więzieniach świętego oficjum kilku księży z Saragossy, obwinionych o so­domię, arcybiskup tego miasta otrzymał od papieża breve, odsyłające tychże samych obwinionych przed sędziów cywilnych, ale pierwej już skazano i spalo­no wielu sodomitów. Okoliczność ta tern bardziej zasługuje na uwagę, że inkwizytorowie zwalniając księży i mnichów, aresztowanych za ten występek, nie przestawali prześladować za to samo ludzi świeckich wszelkich klas, pomiędzy którymi zna­lazł się skompromitowanym vice kanclerz Arragonu, który uwolnienie swoje zawdzięczał tylko swojemu nazwisku i wziętości.

Wieliri inkwizytor Deza całkowicie zaufał in­kwizytorowi Korduby Lucerze, którego nieludzkość sprowadziła najważniejsze następstwa. Lucero miał zwyczaj prawie każdego obwinionego uznawać za winnego i skazywać jako fałszywego penitenta. Obrzydliwy ten system wielka liczba nieszczęśli­wych przypłaciła życiem, a większą jeszcze wtrą­cono do więzienia, w chwili gdy Filip I objął rządy państwa Kastylii. Monarcha ten uwiadomiony o okru­cieństwach generalnego inkwizytora i jego przyja­ciela Lucery, rozkazał Dezie, aby wyjechał do swo­jego arcybiskupstwa w Sewilli i oddał władzę D. Ramirezowi de Guzman, biskupowi Katany. Zawie­sił także w urzędowaniu inkwizytora Lucerę i in­nych sędziów trybunału w Kordubie, i rozkazał Radzie Aajwyższej rozpoznać wszystkie sprawy rozpoczęte przez Lucerę. Ukończonoby je szczęśli­wie, gdyby nie śmierć Filipa I zaszła 25 wrze­śnia 1506 r., we trzy miesiące po objęciu tronu.

Zaledwie Deza dowiedział się o śmierci króla, zaraz usunął delegacyę i na nowo rozpoczął pełnić obowiązki generalnego inkwizytora. Unieważnił wszystko co zrobiono podczas zawieszenia go w urzędowaniu, a więzienia napełnił znowu ofiara­mi.  Mieszkańcy Korduby, sprzykrzywszy sobie jarzmo inkwizytora Lucery, którego Deza przy­wrócił, zbuntowali się, odbili więzienia i wypuścili niezliczone mnóstwo tam osadzonych. Aresztowano prokuratora, pisarza i kilku podrzędnych urzędni­ków trybunału, Lucerę ocaliła jedynie szybka uciecz­ka.  Wypadki te, tudzież przybycie do Hiszpanii Ferdynanda V, regenta państwa, tak dalece przera­ziły generalnego inkwizytora Dezę, iż sam zrzekł się urzędu i wyjechał do swojej dyecezji, gdzie umarł znienawidzony przez wszystkich Hiszpanów.

Deza w niegodny sposób prześladował czcigod­nego arcybiskupa Grenady, Ferdynanda de Talvera, równie jak uczonego Antoniego de Lebrija, które­go denuncjowali świętemu oficjum teologowie scho­lastycy, za wykrycie i poprawę omyłek, jakie z wi­ny przepisującego wkradły się w łaciński tekst Wulgaty. Na zgromadzeniu kardynałów, zwołaniem przez papieża, jednogłośnie uniewinniono arcy­biskupa Grenady, a Lebrija wyszedł z więzienia „wkrótce po usunięciu się Dezy. Za inkwizytorskich rządów tego arcybiskupa spalono żywcem 2,592 indywidua, 829 w wyobraże­niach, a 32,952 skazano na więzienie lub galery i na konfiskatę majątków. Grozę, jaką przejmowała inkwizycja, powiększało jeszcze bardziej nieznośne postępowanie agentów tego trybunału: kradli oni, zabijali bezkarnie i bezwstydnie, gwałcili dziewice i niewiasty, które nieszczęście w ręce ich wtrąciło. Skandal ten częste wywoływał w narodzie bunty przeciwko świętemu oficjum, często mocne zniewa­gi inkwizytorów; lecz temu złemu zaradzić tylko mog­li królowie i papieże, a jedni i drudzy własny tylko interes mieli zawsze na myśli.

Oceń tę pracę

Ciekawe i nadzwyczajne sprawy sądzone przez hiszpańską inkwizycję

Ponieważ niezliczone sprawy sądzone przez święte oficjum, a wytaczane o herezję, różniły się tylko między sobą lekkimi odcieniami okrucień­stwa, lub jakością i stopniem osób prześladowanych, które padły ofiarą tego straszliwego trybunału, prze­to nie widzimy potrzeby wchodzić tu w inne szczegó­ły oprócz wymienionych. Nie przytoczymy tu tak­że innych procesów o wielożeństwo, pederastię, lichwę, przemytnictwo i wiele innych występków lub wykroczeń prawdziwych lub głoszonych za prawdziwe, które przywłaszczyła sobie inkwizycja, i co do których wydawała mniej więcej srogie, mniej więcej niedorzeczne wyroki.

Lecz wśród tych wykroczeń znajdujemy niektó­re w procedurze swojej przedstawiające okolicz­ności, którym dzisiaj tak dalece uwierzyć trudno, że uważamy za stosowne tu je przytoczyć całkowicie. Mówić pragniemy o mniemanych czarownikach i magikach, których święte oficjum paliło w Hisz­panii w rozmaitych epokach, a szczególnej na po­czątku szesnastego i siedemnastego wieku. Proce­dury te dadzą nam sprawiedliwe pojęcie, jak dalece ci mnisi cofnęli cywilizację i zgęszczali mgłę ota­czającą całe ludy, skazując jako podejrzanych o czarnoksięstwo i magię niedołęgów i głupców, 'których oświecić byłoby daleko bardziej ludzko, tu­dzież obłudników i kuglarzy, których należało tylko demaskować, aby ich okryć wstydem.

Rzecz dosyć naturalna, że inkwizytorowie oskar­żali o magię ludzi, którzy wznieśli się daleko wyżej nad wszystkich owoczesnych teologów’ przez swą wiedzę i głęboką naukę, i nic dziwnego, że cierni mnisi uważali Pie de Mirandola i Galileusza za ludzi nadprzyrodzonych, których systemowo potę­piano w Rzymie; lecz jak można wierzyć, odnosząc się do czasów ciemnoty, aby papieże i inkwizytorowie mogli wmówić w siebie, że wiejscy prostaczkowie, bez dowcipu, bez nauki, bez żadnej znajomości na­turalnych przyczyn fizycznych lub chemicznych, byli prawdziwymi czarownikami lub straszliwymi magikami? Biedacy ci jednak byli jedynie igraszką iluzji wywołanych skutkiem jakiegoś napoju, jak o tym przekonają fakty, które później przytoczymy, wyjęte dosłownie z hiszpańskiej historii Sandovala z archiwów inkwizycji.

Już w r. 1507 inkwizycją Calahorry spaliła przeszło trzydzieści kobiet, jako czarownice i zwo­lenniczki magii. Ta sekta była wówczas nadzwy­czaj liczna, uznawała ona diabła za swojego pana i patrona, przyrzekała mu posłuszeństwo i zaszczy­cała go wyłączną czcią. Ze swojej strony, diabeł udzielał swoim czcicielom mocy zsyłania chorób na zwierzęta, szkodzenia płodom ziemnym, czytania w przyszłości, wykrywanie najtajemniejszych rze­czy itp.

We dwadzieścia lat później wykryto w Nawa­rze mnóstwo osób oddających się czarnoksięskiej praktyce; to wywołało następujący proces, który tu zamieszczamy, przypominając czytelnikowi, że to opis dokonany przez historyków hiszpańskich.

„Dwie dziewczyny, jedna lat jedenaście, druga dziewięć mająca, oskarżyły się same o czarnoksięstwo przed członkami królewskiej rady w Nawarze: wyznały że postarały się o przyjęcie ich do sekty jurguino&ów, to jest czarowników, i pod warun­kiem ułaskawienia ich, zobowiązały się wydać wszystkie należące do niej kobiety. Gdy im to sędzio­wie przyrzekli, dzieci wspomnione zeznały, że wi­dząc lewe oko osoby, mogą powiedzieć, czy ona jest czarownica czy nie; wskazały miejsce, w którym można było znaleźć wiele kobiet tego 'rodzaju, i w którym się one zgromadzały. Rada wysyłała tam komisarza, razem z obu dziewczętami i pięć­dziesięciu jazdy. Przybywając do każdego mias­teczka i wsi, mieli oni zamykać te dziewczyny w dwóch osobnych domach, wywiadywali się w urzę­dach, czy są tam osoby podejrzane o magię, i w ta­kim razie prowadzić je do tych domów, przedsta­wiać obu dziewczętom, dla wypróbowania sposobu, który one wskazały.

Z doświadczenia tego wyni­kło, że kobiety wskazane przez obie dziewczyny jako czarownice, były niemi rzeczywiście; zamknię­te w więzieniu wyznały, że ich jest przeszło sto pięćdziesiąt, że skoro jaka kobieta przybywała z żądaniem przyjęcia jej do ich towarzystwa, dawano jej, jeżeli była zdolna do małżeństwa, dobrze zbudowanego, silnego młodzieńca, z którym miewa­ła cielesne stosunki. Kazano jej wypierać się Jezusa Chrystusa i Jego religii. W dniu, w którym odbywał się ten obrzęd, w kole ukazywał się czarny kozieł, który kilka razy koło to obchodził; zaledwie do­słyszano jego głosu, wszystkie czarownice przy­biegały, i przy odgłosie podobnym do trąby, zaczy­nały tańczyć, wszystkie całowały kozła w tył, po czym jadły chleb i ser i piły wino. Po ukończeniu tej uczty, każda czarownica jeździła na swoim są­siedzie przemienionym w kozła, a po wytarciu so­bie ciała ekskrementami ulatywały w powietrze, udając się na miejsce, w którym złe wyrządzać chciały. Odbywały ogólne zgromadzenia w nocy przed Wielkanocą i innymi wielkimi uroczysto­ściami dorocznymi. Gdy się znajdowały na mszy świętej, hostia wydawała im się czarną, a jeżeli miały ochotę wyrzec się swoich szatańskich prak­tyk, widziały ją w naturalnym kolorze.

„Komisarz pragnąc naocznie przekonać się o prawdzie tego, kazał sprowadzić starą czarowni­cę, przyobiecał jej ułaskawienie, pod warunkiem, że w jego obecności wykona wszystkie swoje czarnoksięskie sztuki, i pozwolił, aby w czasie tej pracy uciekła jeżeli zdoła. Stara przyjęła tę propozycję, zażądała pudełka z maścią, którą przy niej znale­ziono, i weszła z komisarzem w koło, gdzie stanęła razem z nim przy oknie; w obecności wielu osób, za­częła nacierać sobie maścią dłoń lewej ręki, pięść, zgięcie łokcia, pod pachą, pod ramieniem i lewy bok, potem silnym głosem zawołała: „Czy jesteś tu? Wszyscy widzowie usłyszeli w powietrzu głos odpowiadający: „Tak oto jestem.” Kobieta zaczęła chodzić wzdłuż koła, ze spuszczoną głową, używając rąk i nóg na sposób jaszczurki; a przybyw­szy do środka wysokości, wzniosła się w powietrze wobec przytomnych, którzy ciągle ją widzieli, aż przebyła horyzont.

„Ponieważ widowisko to wszystkich zdziwiło, komisarz kazał ogłosić, że wypłaci znaczną summę pieniężną temu, kto mu sprowadzi tę czarowni­cę. „W przeciągu dwóch dni przytrzymali ją paste­rze i sprowadzili. Komisarz zapytał jej dlaczego nie uleciała tak daleko, aby umknęła tym, którzy jej szukali; odpowiedziała że pan jej nie chciał nieść dalej jak na odległość trzech mil, i że ją zo­stawił w polu, gdzie ją spotkali pasterze.

„Gdy doświadczenie to przekonało komisarza, że ta nieszczęśliwa jest rzeczywistą czarownicą, kazał dostawić inkwizycji przeszło sto pięćdziesiąt innych kobiet tejże sekty, które święte oficjum skazało jako przekonane o magię. Skazano je na dwieście razów chłosty, i na długo zamknięto w wię­zieniu.”

Inkwizycją w Saragossie osądziła także kilka czarownic, należących do stowarzyszenia w Nawa­rze, które przysłano do Arragonii, dla pociągania tam zwolenników. Przekonane o czarodziejstwo i ma­gię na proste podejrzenie i na zasadzie twierdzeń świadków, którzy nie widzieli czarownic, ale tylko słyszeli mówiących o ich operacjach, te nieszczęśli­we niechcące przyznać się do zbrodni, o które je obwiniano, zginęły w płomieniach jako zatwardziałe czarownice i jako mające zmowę z szatanem.

Inkwizytorowie z Logrona wzięli również pod sąd proboszcza wsi Bargota w dyecezyi Calahorry. Pomiędzy nadzwyczajnościami jego procesu czyta­my: „Gdy się oddawał największym operacjom czarnoksięskim w kraju Rioja i Nawarry, zachciało mu się odbywać w przeciągu kilku minut dalekie podróże; widział sławne wojny Ferdynanda V we Włoszech, oraz kilka bitw Karola Piątego i nie zaniedbywał nigdy ogłaszać w Logronie i Vianie zwycięstw odniesionych tego samego dnia lub w przeddzień, które potwierdzały się zawsze w ra­portach przywożonych przez gońców.” Dodają, że jednego dnia oszukał swojego szatana, aby ocalić życie papieża Aleksandra VI, czy też Juliusza II. Według jego własnych pamiętników papież miewał skandaliczne stosunki z damą, której małżonek sprawował przy nim znakomity urząd i dla tego nie śmiał użalać się otwarcie; lecz mimo to pragnął pomścić swój honor i uknuł spisek na życie papieża. Diabeł uwiadomił proboszcza, że papież umrze jeszcze tej samej nocy śmiercią gwałtowną.

Ksiądz z Bargoty postanawia przeszkodzić temu zamacho­wi, i nie wspominając nic o tern swemu poufałemu duchowi, projektuje mu, aby go przeniósł do Rzymu, iżby tam mógł słyszeć zawiadomienie o tej śmierci i być świadkiem tego co powiedzą o spisku. Przy­bywa więc ze swoim szatanem do stolicy chrześcijańskiego świata i idzie sam do papieskiego pała­cu, gdzie opowiada papieżowi wszystko co zaszło między nim a diabłem, a w nagrodę swojego dobre­go czynu, otrzymuje absolucję z czynionych mu zarzutów. Proboszcza z Bargoty wydano w ręce inkwizytorów z Logrona, którzy na mocy papieskiej absolucji uwolnili go, wymógłszy na nim przy­rzeczenie, że na zawsze zerwie wszelkie stosunki z diabłem.

Jakkolwiek szczególny jest proces proboszcza z Bargoty, zawsze jednak mniej niż proces doktora Eugeniusza Torralby, o którym Cervantes wzmian­kował w drugiej części przygód don Kiszota. Oto historia, jak ją nam opowiadają hiszpańscy autorowie:

„Torralba urodził się wmieście Cuenca. W pięt­nastym roku życia udał się do Rzymu, gdzie w cha­rakterze pazia pozostawał przy don Franciszku Soderinim, biskupie z Volterre, mianowanym kardyna­łem w r. 1503.  Uczył się filozofii i medycyny. Po uzyskaniu stopnia doktora, niejednokrotnie toczył z uczonymi spory o nieśmiertelności duszy, o boskości Jezusa Chrystusa, przeciw którym występo­wali oni tak silnie, że chociaż nie mógł stłumić w duszy swojej zasad religii, wpojonych weń od dzieciństwa, mimo to jednak wpadł w pyrrhonizm, i zaczął wątpić o wszystkim, nie wiedząc po której stronie prawda.

„Pomiędzy przyjaciółmi, jakich miał w Ptzymie, znajdował się pewny mnich dominikanin, zwany brat Piotr.  Ten mu raz powiedział, że ma na swo­je usługi anioła z rzędu duchów, któremu imię Ezechiel, tak doskonałego .w znajomości rzeczy przyszłych i skrytych, że żaden drugi mu nie wy­równa, ale tak szczególnej natury, że zamiast zmu­szać ludzi do umowy, przed udzieleniem im swoich wiadomości, bo tym środkiem zawsze się brzydzi, pragnie zawsze pozostać wolnym i z przyjaźni tyl­ko służyć temu kto mu ufa; że mu pozwala nawet wyjawiać innym swoje sekreta, ale że wszelki przy­mus, użyty dla. otrzymania od niego odpowiedzi, oddali go na zawsze od towarzystwa człowieka, do którego się przywiąże.   Brat Piotr zapytał potem Torralby, czyby rad był mieć za przyjaciela i sługę Ezechiela, dodając, że mu może wyjednać tę przy­jemność z powodu wzajemnej ich z sobą przyjaźni.

Torrałba z jak największym pośpiechem objawił chęć zaznajomienia się z duchem brata Piotra.

„Ezechiel zjawił się wkrótce pod postacią mło­dzieńca odzianego w suknię niebieskiego koloru i w czarnym okryciu; rzekł on Torralbie: Będę two­im przez cały ciąg życia twojego, i pójdę za tobą, gdziekolwiek sam pójść będziesz musiał. Po takiej obietnicy Ezechiel ukazywał się Torralbie podczas rozmaitych zmian księżyca, i ilekroć miał przenieść się z jednego miejsca na drugie, już to pod postacią podróżującego, już pod postacią pustelnika. Eze­chiel nie mówił nigdy nic przeciw chrześcijańskiej religii, nigdy nie wpajał w Torralbę żadnych zasad, ani doradzał żadnego występnego czynu; owszem, robił mu wyrzuty, skoro zdarzyło mu się popełnić jakikolwiek błąd i bywał z nim w kościołach na na­bożeństwach. Z powodu tych wszystkich okoliczno­ści Torralba sądził, że Ezechiel jest dobrym anio­łem, bo w przeciwnym razie inaczejby postępował.

„Torralba przybył do Hiszpanii około roku 1502. Wkrótce potem zwiedził całe Włochy, i gdy osiadł w Rzymie, pod protekcją kardynała de Volterre, nabył sławy biegłego lekarza, i cieszył się wzglę­dami kilku kardynałów. Ezechiel po większej części objawiał mu rzeczy dotyczące spraw politycznych. To też za powrotem Torralby do Hiszpanii w r. 1510, gdy się znajdował na dworze Ferdynanda Katolic­kiego, Ezechiel oświadczył mu, że monarcha ten otrzyma wkrótce nieprzyjemną wiadomość. Torralba czym prędzej uwiadomił o tern arcybiskupa Toleda Ximenesa Cisnerosa (później kardynała i generalnego inkwizytora) i wielkiego kapitana Gonzalesa Fernandeza z Korduby, a tego samego dnia goniec przyniósł listy z Afryki donoszące o nie­powodzeniu wyprawy przeciw Maurom i o śmierci don Garcii z Toleda, syna księcia Alby, który nią dowodził.

„Ximenes de Cisneros dowiedziawszy się, że kardynał Volterre widział, Ezechiela, zapragnął widzieć go także i poznać naturę i przymioty tego ducha. Torralba dla przypodobania się arcybisku­powi, błagał anioła, aby mu się ukazał pod postacią ludzką, jaką uzna za najprzyzwoitszą, ale Ezechiel nie znalazł za stosowne ukazywać się arcybiskupo­wi, lecz dla osłodzenia ostrości swojej odmowy zlecił Torralbie oświadczyć Ximenesowi de Cisne­ros, że z czasem zostanie królem, co się sprawdziło, mianowicie faktycznie, bo rządził samowładnie ca­łą Hiszpanią i Indiami.

Innym razem gdy Torralba był w Rzymie, anioł powiedział mu, że Piotr Margano postrada życie, jeżeli wyjdzie z miasta; lecz Torralba nie miał czasu zawiadomić przyjaciela w swoim czasie, ten wyszedł z Rzymu i został zabity.

[będziemy kontynuować prezentację tej pracy]

Oceń tę pracę

Mikołaj II w polskiej literaturze c.d.

kolejna odsłona prezentowanej już pracy magisterskiej

Mikołaj II pragnął żyć jeszcze, pragnął żyć w ciszy, w zapomnieniu, tego jedynie podobno pragnął. To życie mogli zachować Mikołajowi II i jego rodzinie jego najbliżsi krewni, więc Wilhelm II, cesarz wówczas jeszcze niemiecki, więc cesarz austriacki Karol. Ale ci panowie nie usiłowali wywrzeć nacisku, woleli zamilczeć, woleli tego niewdzięcznego krewniaka oddać na pastwę czerezwyczajki”[1].

Kilka ciekawych opinii o ostatnim Romanowie znajdujemy w przełożonej przez Józefa Waczkowa książce autorstwa Henri Troyata Rasputin”. Pisze on m.in. o początkowym stosunku Rasputina do monarchy, zanim jeszcze się poznali: „Dla niego Mikołaj II był swego rodzaju istotą najwyższą, otoczoną nimbem tajemnicy i dysponującą nieograniczoną potęgą”[2]. Stopniowo jednak dzięki wieścią z salonów Sankt Petersburga i ulicy, wyrobił sobie całkiem inny obraz cara: „Mikołaj II jest tylko poczciwym, w gruncie rzeczy bezwolnym, zdominowanym przez żonę i nad przepych i obowiązki władzy przenoszącym spokojne i dyskretne życie rodzinne. Słuchać poszeptywania, że nad jego głową pojawiają się złe znaki już od przedednia koronacji” . Na przykład śmierć ojca, krótko po zaręczynach Mikołaja, później tragedia na polach Chodynki itd.[3]

Dalej spotykamy się z jeszcze surowszą opinią: „Czy to z winy złośliwego losu, czy też z powodu błędnych decyzji, w każdym razie wydaje się, że Mikołaj II nie mógł niczego przedsięwziąć, co nie prowadziłoby do porażki. A mimo to odmawia z uporem ludzi słabych, uelastycznienia swojej linii postępowania. Jego obsesją jest za wszelką cenę utrzymać podstawy dynastii i nie oddać ani krzty władzy, która mu została[4] przekazana przez przodków. Rasputin, szczery monarchista, ani myśli go za to potępiać. Zastanawia się tylko, czy władca jest wystarczająco wspierany przez małżonkę”[5] [6] [7] [8].

Ciekawa jest wiadomość o tym, że gdy zorientowano się, iż mały Aleksy cierpi na hemofilię: „Według poleceń samego cara stan zdrowia rodziny monarszej ma być otoczony pełną tajemnicą. Ale jak zabronić służbie gadania” . Ten zwyczaj obowiązuje z resztą w Rosji do dziś. Czego najlepszym dowodem były jeszcze do niedawna doniesienia o stanie zdrowia Borysa Jelcyna.

Co jeszcze bardziej zdumiewające car: „Nie podzielając mistycznych uniesień żony, jako człowiek szczerze religijny wierzył, iż to Bóg dyktuje Rasputinowi kazania i proroctwa. Poza tym, po szybkim wyleczeniu Aleksieja, nie wątpił już w wyjątkowy talent uzdrowicielski świątobliwego starca”. Pomimo to na wieść o krążących o nim plotkach, zleca komendantowi pałacowemu gen. Diedulinowi i jego adiutantowi płk. Drentelnowi przeprowadzenie śledztwa w tej sprawie. Choć potwierdzają oni wysuwane zarzuty, to jednak ani te doniesienia, ani późniejsze oskarżenia wysuwane np. przez samego Stołypina nie doprowadziły do oddalenia Rasputina .

W dalszej części publikacji znajdujemy opis kolejnych „wybryków” ojca Grzegorza, jego proroctw, wygnań i powrotów. Wśród tego potoku sensacyjnych historii, można znaleźć również takie rodzynki, jak chociażby wiadomość o zamiłowaniu cara do polowań i to w dodatku w naszym kraju. „Po długim pobycie na Krymie rodzina monarsza 1 września 1912 roku jedzie do Polski (Królestwa Polskiego – przyp. aut.) na polowanie w puszczy białowieskiej. Zapalony myśliwy, Mikołaj II liczy na powalenie kilku ostatnich w Europie żubrów, które są tu trzymane dla jego rozrywki. Car nie gardził jednakże i drobniejszą zwierzyną, w swoim dzienniku odnotowuje nawet mnóstwo kaczek zastrzelonych w ciągu dnia” .

Autor zaprzecza także, krążącym plotkom o podejmowanych przez parę cesarską próbach zawarcia separatystycznego pokoju z Niemcami, za namową Rasputina: „Tak naprawdę car ani przez sekundę nie myśli o złożeniu broni. I ani Rasputin, ani Aleksandra Fiodorowna tego mu nie radzą. Ale w oczach ogółu nie przestają stanowić nierozerwalnego fatalnego tria”[9].

Zupełnie natomiast zaskakuje reakcja cara na śmierć „świątobliwego starca”: „Wydaje się, że tak naprawdę ówczesne doznanie cara to mieszanie zimnego gniewu wobec morderców i utajnionej ulgi, że wreszcie pozbył się „naszego Przyjaciela”. On zbyt kochający żonę, żeby sprzeciwiać się jej woli, może oto dziękować losowi, że uwolnił ją od tajemniczej potęgi, której ona od dawna się podporządkowała. Zdaniem komendanta Wojejkowa monarcha, dowiedziawszy się o śmierci Rasputina, zerwał się z miejsca i robiąc parę kroków, żeby rozchodzić ścierpłe nogi, nie mógł się powstrzymać od pogwizdywania. Również Wielki Książę Paweł potwierdza, że nazajutrz Mikołaj II wydał mu się zadziwiająco pogodny. Czytano w jego twarzy nawet niejaką wesołość”[10] [11].

Ta radość nie trwała długo: „Proroctwo Rasputina spełniło się co do joty: jego śmierć oddzwoniła koniec caratu. Romanowowie żyją półtora roku dłużej od tego, kogo wybrali za swojego duchowego przewodnika, który sądząc, że ich ochrania, w rzeczywistości pomógł Leninowi” .

W zupełnie innym stylu została napisana książka „Mikołaj II – tchórzostwo, kłamstwo i zdrada. Życie i upadek ostatniego cara Rosji”, autorstwa Elisabeth Heresch, przetłumaczona przez Elżbietę Ptaszyńską – Sadowską. Najlepiej intencje, którymi kierowała się badaczka podczas pisania tej publikacji, oddają następujące fragmenty słowa wstępnego napisanego przez nią samą. „Czy upadek Rosji był nieunikniony? Kim był człowiek nią władający i w jakiej mierze ponosi winę?

Zarówno obraz tego mężczyzny, jak i wydarzenia z 1917 r., określane mianem rewolucji październikowej, przedstawione były dotychczas w sposób mający uzasadniać powstawanie reżimu sowieckiego. Dlatego też Mikołaja II można było ukazać tylko w mrocznych barwach: jako człowieka słabego duch i charakteru, jako bezlitosnego despotę, brutalnie obchodzącego się z przeciwnikami, jako niedołężnego władcę przegniłego, niezdolnego do istnienia imperium, wybawionego od rządów Mikołaja dopiero przez rewolucjonistów.

Tu nie było miejsca naprawdę. Nikt nie miał odwagi przyznać, że Rosja pod panowaniem ostatniego cara przeżyła niespotykany rozkwit, a obserwatorzy zagraniczni przepowiadali, iż wkrótce może prześcignąć inne, zachodnie mocarstwa. Któż by odważył się wspomnieć, że to właśnie car Mikołaj II, w 1898 r. podjął inicjatywę zwołania konferencji pokojowej w celu załagodzenia międzynarodowych konfliktów i zapobieżenia wojnom, konferencję, która doprowadziła do utworzenia stałego Trybunału Rozjemczego. Należało też przemilczeć, że rewolucjoniści nie doszli do władzy ani w sposób demokratyczny, ani wskutek „prawdziwej” rewolucji, lecz w wyniku perfekcyjnie przeprowadzonego zamachu stanu, wieńczącego długoletnie przygotowania i finansowe zaangażowanie cesarskiego rządu niemieckiego”[12].

W dziele tym, które „… nie jest konwencjonalną biografią czy pełnym protokołem życia ostatniego cara Rosji”, autorka skupia się „… przede wszystkim na wydarzeniach pozostających w ścisłym związku z mechanizmem, który przyspieszał wyślizgiwanie się władzy z rąk cara, a sprzyjał rewolucjonistom. Nie tylko przyczynili się oni do położenia kresu dynastii, lecz także sprawili, że bogata i dumna cywilizacja rosyjska stała się ruiną Europy”[13]. A jak podkreśla sama Heresch imperium rosyjskie: „… za panowania ostatniego cara, osiągnęło stan gospodarczego i kulturalnego
rozkwitu…”.

I na koniec opinia samej autorki o ostatnim Romanowie na tronie Rosji: „Wizerunek ostatniego cara ukazuje mężczyznę stworzonego raczej na wzorowego ojca rodziny i pełnego rycerskości kawalera niż na władcę wszystkich poddanych Rusi. Mikołaj II był patriotą i człowiekiem wierzącym i z tych wartości czerpał właściwy mu zawsze spokój. Wiedział, czego chce, i działał rozważnie, lecz za mało ofensywnie, by móc wyjść naprzeciw naporowi wydarzeń tamtego czasu. Nie dane mu było przezwyciężyć próżni informacyjnej, jaka go otaczała; mechanizm zrodzony z „tchórzostwa, kłamstwa i zdrady – jak sam to określił – doprowadziły go do upadku.

Splot wydarzeń politycznych i rodzinnych wyznaczył zgubny los ostatniemu carowi wielkiego imperium. Lecz ów układ okoliczności był istotnie tak druzgocący, że należy zadać sobie pytanie: czy ktokolwiek zdołałby stawić mu czoło?”.

Aby lepiej przybliżyć stosunek Heresch do opisywanej postaci, pozwolę sobie przytoczyć kilka fragmentów jej książki. Wspomina ona np. jak kazał wychować swoje dzieci ojciec Mikołaja II car Aleksander III: „Chcę mieć mieć zupełnie normalne rosyjskie dzieci, a nie cieplarniane roślinki”, oświadcza zdecydowanie. „Muszą dobrze się uczyć, znać przykazania boskie i umieć się modlić, z umiarem bawić się, baraszkować. Proszę być surowym i nie cofać się przed stosowaniem kary !”, wpaja wychowawcom” .

Opisała także stosunek przyszłego monarchy do czekających go obowiązków: „Mikołajowi tymczasem wcale się nie spieszy, by dźwigać wcześniej, niż jest to konieczne, odpowiedzialność cara, której brzemię potrafi doskonale ocenić. Czyż nie mówił już nieraz jako dziecko, że nie czuje się właściwą osobą, by zasiąść na carskim tronie?” i dalej „Być może onieśmielają go nie tyle sama funkcja i urząd, ile ich ucieleśnienie w postaci ojca, osobowości pod każdym względem tak silnej, że do tego stopnia odmienny od niego młody człowiek, jak Mikołaj może przed nim jedynie skapitulować. Zresztą on nigdy nie będzie choćby w przybliżeniu taki jak Aleksander” . Może jeszcze przytoczę wnioski jaki nasunęły się autorce po przeczytaniu dziennika Mikołaja z okresu gdy był on jeszcze następcą tronu: „Jego notatki w dzienniku ukazują wizerunek człowieka nie tylko lubującego się w przyjemnościach miejskiego życia czy w polowaniu na wsi, lecz także mężczyzny miękkiego, wrażliwego, łatwo dającego się zranić, zwłaszcza gdy czuje się dotknięty nieszlachetnym lub niesprawiedliwym postępowaniem. W każdym takim wypadku – i to prawdopodobnie odróżnia go od młodych ludzi z krajów zachodnich o podobnej do jego pozycji – wyraźnie dochodzi do głosu jego religijność, nadająca postawie Mikołaja wobec przygnębiających wydarzeń rys fatalizmu (odbierany później jako apatia)”[14].

Warto również przytoczyć niezwykle celną uwagę pisarki, odnoszącą się do samego sposobu pisania pamiętnika przez cara, było to bowiem powodem stawianych mu później niesłusznych zarzutów. „Warto zauważyć, że obaj kuzyni (chodzi o Mikołaja i późniejszego króla Anglii Jerzego V – przyp. aut.) niemal w identyczny sposób prowadzą także swoje dzienniki (byli jaki już wcześniej wspominałem bliźniaczo do siebie podobni, w związku z czym często ich mylono, gdy razem pojawiali się w towarzystwie – przyp. aut.). Sprowadzają się one do zwykłego wyliczenia terminów i odnotowywania pozbawionych związku stwierdzeń, którym towarzyszy wyczerpujący opis pogody. Podczas gdy zwięzła precyzja Jerzego wzbudzała u jego potomnych podziw, w wypadku Mikołaja miała stać się przedmiotem krytyki: uważano ją za przejaw apatii, uczuciowego ubóstwa, braku temperamentu i w ogóle ludzkich odruchów”[15].

Niezwykle cenną dla każdego badacza jest zawsze relacja osoby, która bezpośrednio zetknęła się lub nawet brała udział w interesujących go wydarzeniach. Taką publikacją jest niewątpliwie, przełożona przez J. P. Zajączkowskiego książka Pierre Gillarda „Tragiczny los cara Mikołaja II i jego rodziny”. Był on wychowawcą „… następcy tronu, carewicza Aleksego…, który spędził trzynaście lat na dworze petersburskim, dzieląc los rodziny carskiej tak podczas uwięzienia w Carskim Siole, jak i w Tobolsku i Jekaterynburgu. Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że Gilliard uniknął śmierci”[16].

Brał on później udział w pracach Komisji Śledczej, która zajmowała się wyjaśnieniem „… okoliczności tragicznej śmierci rodziny carskiej”. Pozwoliło mu to na udzielenie nie tylko „…najbardziej wiarygodnych informacji na temat życia prywatnego rodziny carskiej i jej losów po abdykacji Mikołaja II…”[17], ale także tragicznego finału w domu Ipatiewa.

Gilliard pisze o carze przychylnie, jednak nie bezkrytycznie, ale oddajmy mu głos: „Dlaczego los tak sprawił, by car Mikołaj panował na początku dwudziestego wieku, w tych najcięższych czasach jakie zna historia?

Car, który był uosobieniem natury rosyjskiej z całą jej szlachetnością i rycerskością, człowiekiem o wielkich zaletach charakteru, był jednocześnie słaby i chwiejny.

Jego nieskalana uczciwość sprawiała, że był niewolnikiem danego słowa. wierność sojusznikom stała się przyczyną jego śmierci. Nie lubił dyplomatycznych niuansów, nie był też stworzony do walki, zawsze ulegając okolicznościom. Był skromny i nieśmiały, brak mu było wiary w siebie. Jego pierwotne decyzje były najczęściej słuszne, nieszczęście polegało na tym, że z powodu braku pewności siebie rzadko obstawał przy swoim. Szukał rady u osób, które uważał za bardziej kompetentne i od tego momentu sprawy wymykały mu się z rąk. Wahał się pomiędzy dwiema sprzecznymi opiniami i najczęściej przychylał się do tej, która była sprzeczna z jego poprzednią decyzją”[18].

Autor pisze także o wpływie małżonki na monarchę: „Jej wpływ na cesarza był ogromny, lecz niemal zawsze niewłaściwy. Caryca wnosiła do polityki zbyt wiele emocji…

I dalej o samym Mikołaju II: „Imperatora cechowała sprawiedliwość; jego celem było czynienie dobra, a jeśli nie zawsze mu się udawało, winni byli ci, którzy ukrywali przed nim prawdę i bronili go przed kontaktami z narodem. Szlachetne porywy cesarza rozbijały się o pasywny opór wszechwładnej arystokracji, która uważała, że inicjatywa osobista jest mało istotna w porównaniu w wyższymi dążeniami, kierującymi biegiem wydarzeń.

Będąc człowiekiem wrażliwym, cesarz czułby się najszczęśliwszy gdyby mógł żyć jak zwykły śmiertelnik, podporządkowany losowi, przyjmując z radością i pokorą wszystkie ciężary jakie Bóg nań zsyła.

Okrutny los spotkał władcę, który przez cały okres swego panowania pragnął przybliżyć się do swych poddanych, lecz nie potrafił znaleźć do nich drogi” . Ciekawym uzupełnieniem wiadomości podanych przez Gilliarda jest zamieszczony w aneksie wywiad z Gelijem Riabowem, który także badał sprawę tragicznego losu ostatniego Romanowa i podaje swoje własne ustalenia[19].

Wbrew pozorom prawie żadnych faktów z życia ostatniego monarchy rosyjskiego nie znajdujemy w pamiętniku napisanym przez syna Piotra Stołypina – Arkadiusza, przy współpracy jego syna Dymitra. Udostępnione one zostały polskim czytelnikom dzięki przekładowi Pawła Hertza. Autor wspomina tylko o prostych upodobaniach cesarza, a dotyczących spożywanych posiłków. „W latach 1906-1907, gdy z jednej strony należało położyć kres terrorowi, a z drugiej ogłosić reformy, car i premier ( Piotr Stołypin – przyp. aut. ) pracowali niekiedy całymi nocami. Około czwartej nad ranem car mówił do któregoś ze służby: „Proszę kazać przynieść dla Piotra Arkadjewicza i dla mnie dwie tartinki z szynką i dwie z serem, a także piwo”. Skromny posiłek, który można porównać z tym, co jedzą pilni studenci pracujący do późna” . W dodatku znajduje się też „List Mikołaja II do Piotra Stołypina” napisany przez monarchę, gdy pierwszy raz spotkał się z Grzegorzem Rasputinem w 1906 roku[20].

Natomiast zdecydowanie negatywny obraz cara Mikołaja II, znajdujemy w tłumaczonej przez Tadeusza Szafara, monografii Richarda Pipesa „Rewolucja rosyjska”. Pozycja ta, co prawda bardziej przydatna jest przy pisaniu o rewolucji bolszewickiej. Autor książki nie mógł nie zająć stanowiska wobec osoby, która swymi działaniami doprowadziła do jej wybuchu, a później zginęła w czasie jej trwania. W wypowiedziach Pipesa uderza zdecydowanie niechętny i krytyczny stosunek do monarchy rosyjskiego. A oto przykłady: „Car Mikołaj II opowiadał się za absolutyzmem, po części dla tego, że wierzył, iż przysięga koronacyjna nakłada na niego święty obowiązek podtrzymywania ustroju, po części zaś z powodu przeświadczenia, że inteligenci nie są zdolni rządzić cesarstwem. Choć nie całkiem przeciwny pewnym następstwom, pod warunkiem, że pozwoliłyby przywrócić porządek, cierpliwością nie grzeszył: jeśli następstwa nie doprowadzały natychmiast do pożądanych rezultatów, porzucał je i uciekał się do środków policyjnych”[21].

Albo w innym miejscu: „Jego osobiste skłonności popychały go zawsze ku represjom”[22].

Jeszcze bardziej dosadne i jednoznaczne są następujące cytaty: „Jednak jak gdyby wskutek przypadku genetycznego, Rosję u progu XX wieku poraziło podwójne zło: car, któremu nie dostawało inteligencji i charakteru do rządzenia, upierał się mimo to przy zabawie w samowładcę”[23].

W innym miejscu autor pisze: „… przyszły Mikołaj II od dzieciństwa przejawiał wszystkie cechy cara – „mięczaka”. Nie okazywał żądzy władzy i nie lubował się w ceremoniale; większą przyjemność sprawiały mu godziny spędzane w towarzystwie żony i dzieci oraz uprawianie sportu na wolnym powietrzu. Choć przeznaczona mu była rola samowładcy, w rzeczywistości najbardziej nadawał się na monarchę ceremonialnego. Odznaczał się wykwintnymi manierami i ogromnym wdziękiem; Witte uważał Mikołaja za najlepiej wychowanego człowieka, jakiego dane mu było spotkać. Jednak pod względem umysłowym miał w sobie coś z prostaka.

Samowładztwo traktował jako świętą powinność, uważając się za kuratora ojcowizny odziedziczonej po ojcu, poczuwał się więc do obowiązku przekazania jej swemu następcy. Żaden z rekwizytów władzy nie sprawiał mu przyjemności. W rzeczy samej nigdy nie sprawiał wrażenia tak uszczęśliwionego, jak wtedy, kiedy w marcu 1917 roku został zmuszony do abdykacji. Wcześnie nauczył się skrywać uczucia pod kamienną maską. Choć podejrzliwy, a czasami nawet mściwy, w istocie był człowiekiem poczciwym, o prostych upodobaniach, cichym i skromnym, zdegustowanym ambicjami polityków, intrygami urzędników i współczesnymi obyczajami w ogóle. Nie lubił silnych osobowości, trzymając je na dystans, a wcześniej czy później wyzbywał się najzdolniejszych ministrów na rzecz dających się lubić i nadskakujących mu zer”.

Wychowany w bardzo sztywnej atmosferze dworskiej, nie miał okazji dojrzeć ani uczuciowo, ani intelektualnie” . Co gorsza: „… nawet po ukończeniu przez Mikołaja 23 roku Aleksander III onieśmielał go, traktując go jak dziecko”.

W wyniku takiego wychowania przyszły car Mikołaj II nie był przygotowany do samodzielnych rządów. Po zgonie ojca wyznał jednemu z ministrów, że nie ma pojęcia, czego od niego oczekują: „Nie umiem nic. Zmarły monarcha nie przewidywał śmierci i w nic mnie nie wtajemniczył”. Instynkt podpowiadał mu, aby we wszystkich sprawach wiernie kroczyć śladami ojca, zwłaszcza gdy szło o podtrzymanie ideologii i instytucji absolutyzmu patrymonialnego, tak więc też postępował, dopóki okoliczności na to pozwalały.

Co gorsza, Mikołaja ścigał pech od dnia urodzin, które przypadały w imieniny Hioba. Czego się tknął, zamieniało się w proch, niebawem też zyskał przydomek cara – „pechowca”. On sam zaczął podzielać to powszechne przekonanie. Bardzo to zaważyło na jego zaufaniu we własne siły, rodząc w nim nastrój rezygnacji, od czasu do czasu przerywany wybuchami uporu”[24].

Pisząc o masakrze w domu Ipatiewa autor przyznaje jednak, „… że była najzupełniej niepotrzebna. Romanowowie dobrowolnie, wręcz ochoczo, wycofali się z aktywnej polityki i podporządkowali się wszystkim żądaniom ich bolszewickich stróżów więziennych. Nie mieli wprawdzie nic przeciwko temu, aby dać się porwać i wywieźć na wolność, ale nadziei na ucieczkę z więzienia, zwłaszcza więzienia, w jakim ich osadzono (…), nie można chyba zakwalifikować jako „zbrodniczego planu”, jak ją nazywali jekaterynburscy bolszewicy dla usprawiedliwienia egzekucji”[25] [26] [27] [28]. Poza tym mieli dość czasu, aby przewieźć ich do Moskwy. Przy czym podjęcia decyzji szukać należy „… w politycznych potrzebach rządu bolszewickiego”. W tym czasie, tj. w lipcu 1918 roku, atakowany ze wszystkich stron, osiągnął on dno swego upadku, a: „Do scementowania rozsypujących się szeregów trzeba było krwi” . Wybór padł na Mikołaja II i jego rodzinę, dając początek największemu ludobójstwu w dotychczasowej historii ludzkości.

Diametralnie inny obraz ostatniego cara Wszechrosji wyłania się po lekturze innej książki cytowanego już na łamach tej pracy, Roberta K. Massiego pt. „Mikołaj i Aleksandra”, udostępnionej polskiemu czytelnikowi dzięki tłumaczeniu Krzysztofa Kwiatkowskiego. Jak przyznaje sam autor, publikacja ta jest opisem zmagań rodziny carskiej z chorobą jedynego syna i następcy tronu (mowa o hemofilii – przyp. aut.), które to zmagania „… zaważyły na losach całego świata” . Nie ogranicza się on jednak tylko do tej sprawy, a zakres jego „… dociekań objął całą bogatą panoramę lat panowania Mikołaja II, jego rolę jako cara, jego miejsce w historii oraz wspaniałą epokę, w której sprawował rządy” .

W następujący sposób Massie przedstawia dotychczasowy stan badań dotyczący osoby Mikołaja II. „Najczęściej przedstawia się go jako płytkiego, słabego i głupiego – jako człowieka małego formatu stojącego niepewnie na czele skorumpowanego i załamującego się systemu w końcowej fazie jego istnienia. Taki z pewnością jest powszechny wizerunek ostatniego cara Rosji.

Historycy przyznają, że Mikołaj był „porządnym człowiekiem” – historyczne świadectwo tego, iż ostatni car był pełnym uroku człowiekiem, delikatnym, kochającym rodzinę, głęboko religijnym oraz żarliwym patriotą jest nazbyt przekonujące, by można je było podważyć. Argumentują jednak, że osobiste cechy w historycznej ocenie władcy są nieistotne, a najważniejsze jest to, iż Mikołaj był złym carem”. Ich zdaniem: „Miarą wielkości cara, czy w ogóle człowieka sprawującego władzę, nie jest jego prywatne życie lub dobre intencje, lecz działanie publiczne.

Z tego punktu widzenia Mikołaj II rzeczywiście nie był wielkim carem” (s.6 ). Dotychczas bowiem, wielcy politycy rosyjscy „… zawsze siłą i terrorem pchali do przodu zacofany naród”. „Mikołaja, który miał rękę lżejszą niż którykolwiek z jego poprzedników, nazwano „Krwawym”. To ironia tym bardziej gorzka i dramatyczna, że on wiedział o tym przydomku” (s.6).

Niezwykle trafna wydaje się następująca ocena cara, pióra Massiego: „Tragedią Mikołaja był fakt, że pojawił się on w złym miejscu w historii. Wykształcony do rządów w XIX wieku, z temperamentu nadający się bardziej do systemu politycznego Anglii, żył i panował w Rosji w wieku XX, gdzie wokół niego rozpadał się świat, który znał i rozumiał. Wydarzenia toczyły się zbyt szybko, przekonania zmieniały się zbyt radykalnie. Gigantyczna burza, jaka rozpętała się nad Rosją, porwała jego i wszystkich, których kochał. Mikołaj do końca robił co mógł, i dla jego żony i rodziny znaczyło to bardzo wiele. Dla Rosji było to za mało.

Człowiek ten, który dość mgliście zdawał sobie sprawę z potęgi zbliżającej się zawieruchy i mimo wszystko starał się dzielnie spełniać swe powinności, jest postacią szczególnie charakterystyczną dla naszego stulecia. Dlatego zapewne dziś lepiej potrafimy ocenić zalety Mikołaja II i zrozumieć jego tragedię” . Zdajemy sobie bowiem sprawę, że istnieją siły, których nie może opanować nie tylko pojedynczy człowiek, ale i grupy ludzi. Zmieniły się także kryteria oceny osiągnięć ludzkich. Dlatego zdaniem autora, „Mikołaja i Aleksandry” : „Zaplątany w sieć, z której nie potrafił się wyrwać, Mikołaj zapłacił za swe błędy – zginął śmiercią męczeńską wraz z żoną i pięciorgiem dzieci. Ale los nie pozbawił ich wszystkiego. Dawny system wartości, któremu hołdowali, wiara, za którą ich wyszydzano, dodały im odwagi i godności, które z upływem lat zrekompensowały wszystkie inne. Te ludzkie wartości mają wymiar ponadczasowy i przetrwają rozwój i upadek każdego imperium. Właśnie z racji tych wartości Mikołaja II należy uznać za człowieka wyjątkowego. I w rezultacie to on zwyciężył”.[29]

Dla jeszcze lepszego zobrazowania stosunku Massiego do cara, przytoczę fragment książki, gdzie ocenia on proces edukacji, któremu przyszły monarcha został poddany. „Jego edukacja była ze wszech miar doskonała. Posiadał niezwykłą pamięć i świetnie znał historię: mówił po francusku i niemiecku, a swą angielszczyzną mógłby zwieść profesora z Oxfordu . wspaniale jeździł konno, czarująco tańczył i był doskonałym strzelcem. Nauczono go prowadzić dziennik i, podobnie jak wielu książąt i dżentelmenów tamtej epoki, dzień po dniu skrupulatnie notował stan pogody, liczbę upolowanego ptactwa oraz nazwiska ludzi, z którymi spacerował i jadał obiady”[30][31].


[1]    Tamże, s. 206-207.

[2]    Tamże, s. 207.

[3]    Tamże, s. 216-217.

[4]     H. Troyat, Rasputin, Warszawa 1998, s. 23.

[5]    Tamże, s. 24.

[6]    Tamże, s. 29.

[7]    Tamże, s. 35-37.

[8]    Tamże, s. 57.

[9]    Tamże, s. 111.

[10]   Tamże, s. 139.

[11]   Tamże, s. 156.

[12]   E. Heresch, Mikołaj II – tchórzostwo, kłamstwo i zdrada. Życie i upadek ostatniego cara Rosji, Gdynia 1995, s. 9.

[13]   Tamże, s. 10.

Tamże, s. 20-21.

[15]   Tamże, s. 21.

[16]   Tamże, s. 21-22.

[17]   Tamże, s. 105-110.

[18]   A. Stołypin, D. Stołypin, Cesarstwo i wygnanie. Przed i po roku 1917. Pamiętniki, Warszawa 1998, s. 44.

[19]   Tamże, s. 328.

  1. Pipes, Rewolucja rosyjska, Warszawa 1994, s.7.

Tamże, s. 12.

Tamże, s. 44.

Tamże, s. 44-45.

[24]   Tamże, s. 45.

[25]   Tamże, s. 622.

[26]   Tamże, s. 622.

[27]   R. K. Massie, Mikołaj I Aleksandra, Warszawa 1995, s. 6.

[28]   Tamże, s. 6.

[29] Tamże, s. 7

[30] Tamże, s. 21-22.

[31] Tamże, s. 117.

[32] Radzinski, Jak naprawdę zginął car Mikołaj II, Warszawa 1994, s. 19

[33] Tamże, s. 27.

5/5 - (1 vote)