Pontyfikat Karola Wojtyły

Zajmując się politycznymi aspektami pontyfikatu należy zwrócić baczną uwagę, aby ustrzec się anachronizmów. Pontyfikat Karola Wojtyły jest bardzo długi. Jest piątym w kolejności długości. W tak długim czasie bardzo się zmieniła zewnętrzna sytuacja polityczna, w której działa Papież. Należy się wystrzegać patrzenia na dokonania Ojca Świętego z początku pontyfikatu ze współczesnego punktu widzenia. Gdybyśmy zapomnieli o politycznym sytuacyjnym kontekście, to całkowicie błędnie i nieprawdziwie odczytalibyśmy wypowiedź Jana Pawła II: „[…] Wiele krajów z trudem walczy o przezwyciężenie głodu, chorób czy opóźnienia w rozwoju, podczas gdy kraje zasobne umacniają swoje pozycje, a wyścig zbrojeń nadal w sposób nierozważny pochłania środki, które mogłyby być lepiej wykorzystane. Nagromadzenie broni konwencjonalnej, chemicznej, bakteriologicznej, a zwłaszcza nuklearnej poważnie zagraża przyszłości narodów, szczególnie w Europie, i słusznie je niepokoi. […] Napięcie pomiędzy­ — używając powszechnie przyjętych określeń­ — Wschodem i Zachodem dotyczy nie tylko stosunków pomiędzy bezpośrednio zainteresowanymi narodami, ale naznacza, a nawet zaostrza wiele trudnych sytuacji w innych miejscach świata. Wobec takiego stanu rzeczy należy uświadomić sobie ogromne niebezpieczeństwo, jakie stanowi owo rosnące napięcie i polaryzacja na wielką skalę, szczególnie kiedy się pamięta o nieznanych dotąd środkach masowej i straszliwej zagłady, jakimi świat dysponuje. Tymczasem ci, którym sprawa pokoju leży na sercu, świadomi wprawdzie tego niebezpieczeństwa, natrafiają na trudności­ — by nie powiedzieć są bezsilni­ — w zatrzymaniu tego procesu, w odnalezieniu środków dla zmniejszenia napięć poprzez konkretne kroki, które zmierzałyby do « de‑eskalacji », do redukcji zbrojeń i do porozumienia, co pozwoliłoby poświęcić więcej wysiłków pierwszoplanowym zadaniom postępu gospodarczego, społecznego i kulturalnego. […]” [2] (ss. 4 i 5), „[…] Najbardziej dramatycznym i niezaprzeczalnym przykładem jest nadal widmo broni atomowej, które wzięło początek z przeciwstawienia Wschód‑Zachód. Broń atomowa ma wielką moc niszczycielską, a plany strategiczne wojny nuklearnej są tak wielostronne, że ludzką wyobraźnię ogarnia paraliżujący lęk. Ten lęk nie jest bezpodstawny. […]” [3] (ss. 5 i 6), „[…] straszliwe ryzyko związane z bronią masowego zniszczenia musi doprowadzić do procesu współdziałania i do rozbrojenia, co sprawi, że wojna stanie się praktycznie niemożliwa. […]” [2] (s. 12), „[…] Oczywiście, przedmiotem międzynarodowego dialogu na rzecz pokoju będzie także niebezpieczny wyścig zbrojeń, celem stopniowego zredukowania go[…]” [1] (s. 15), „[…] Wielu ludzi uważa, że kontrolowana i powszechna redukcja zbrojeń jest powszechną koniecznością. […] Papież kieruje ku nim słowa zachęty. […]” [2] (s. 16) i: „[…] Stolica Apostolska nie przestaje nalegać na konieczność zahamowania wyścigu zbrojeń[…]” [1] (s. 15). Pozornie mogłoby się wydawać, ot, jeszcze jeden apel pokojowy i o powszechne rozbrojenie, a obie strony konfliktu traktowane są na zasadzie symetrii zwierciadlanej. I w takim właśnie duchu swoją interpretację słów Jego Świątobliwości stara się narzucić lewica, jako rzekome poszukiwanie tzw. „trzeciej drogi” po odrzuceniu w równym stopniu obu stron konfliktu. Ale czy słusznie? Czytajmy dalej: „[…] sumienie to bywa często zniekształcone, by nie powiedzieć: podporządkowane przez różne systemy społeczno‑polityczne i ideologiczne, które także są dziełem ludzkiego ducha. Kiedy ludzie pozwalają się zwodzić systemom, które ukazują globalną, wyłączną i manichejską niemal wizję ludzkości, a warunkiem postępu czynią walkę z innymi, ich eliminację lub ujarzmienie, wówczas zamykają się w mentalności wojennej, która utrwala napięcia i czyni ich prawie niezdolnymi do dialogu. Niekiedy bezwarunkowa akceptacja tych systemów staje się swego rodzaju bałwochwalstwem wobec przemocy, siły i bogactwa, jakąś formą zniewolenia, które odbiera wolność nawet samym rządzącym. […]” [2] (ss. 6 i 7). Widać już jasno, że wbrew obłudnym intencjom lewicy o żadnym symetrycznym traktowaniu obu systemów nie może być mowy. Wyraźnie widać, że odniesienia do ustroju Moskowii Soviet’skiej przeważają zdecydowanie. Odnajdujemy je zwłaszcza w podkreśleniu porządku zadekretowanego, przejawiającego się w sztuczności i pozostawaniu w opozycji do porządku spontanicznego owe „systemy społeczno‑polityczne i ideologiczne, które są dziełem ludzkiego ducha”, „podporządkowujące” sobie i „zniekształcające sumienie” należące niewątpliwie do porządku przeciwstawnego, bo spontanicznego. A także w: „wyłącznej, globalnej, manichejskiej i zwodniczej wizji całej ludzkości”, „walce z innymi, eliminacji lub ujarzmieniu jako warunku postępu”, „wojennej umysłowości”, „bałwochwalstwie wobec atrybutów systemu”, „samo zniewalaniu się rządzących”, oraz „[…] manipulacje ideologiczne, spowodowane przez agresywne zamiary. […]” [2] (s. 7), „[…] ograniczoności i stronniczości systemów filozoficznych oraz społecznych, sprowadzających człowieka i historię na zamknięty teren sił materialnych, gdzie liczy się jedynie potęga broni […]” [2] (s. 9). Zwłaszcza w zestawieniu z wcześniejszym fragmentem: „[…] Nawet złożony sposób sprawowania władzy nie zmienia faktu, że zawsze indywidualne sumienie ponosi odpowiedzialność za przygotowanie, wywołanie czy rozszerzenie konfliktu; to, że odpowiedzialność rozłożona jest na więcej osób w niczym nie zmienia tej zasady. […]” [2] (s. 6). Wyraźnie tu widzimy odwołanie się do właściwego Moskowii Soviet’skiej kolektywnego sposobu sprawowania władzy, a jednocześnie obnażenie fałszu kolektywizmu. Dalsze fragmenty nie pozostawiają cienia wątpliwości: „[…] demokratyczne przestrzeganie wolności […]” [1] (s. 13), i „[…] chodzi o dobre korzystanie z demokracji […]” [2] (s. 7). W czasie powstawania Orędzi postawienie zarzutu nie demokratyczności jednoznacznie wskazywało na komunizm. Obecnie ten wyróżnik jest już nieaktualny. Teraz już staje się dla nas jasne, że “[…] Napięcie pomiędzy­ — używając powszechnie przyjętych określeń­ — Wschodem i Zachodem dotyczy nie tylko stosunków pomiędzy bezpośrednio zainteresowanymi narodami, ale naznacza, a nawet zaostrza wiele trudnych sytuacji w innych miejscach świata. […]”, „[…] nadawanie lokalnym konfliktom oblicza ideologicznego przez mocarstwa, które, wyzyskując sytuację ubogich i bezbronnych, dążą do zdobycia przewagi w danym regionie. […]” [3] (s. 6), odnosiło się do eksportu rewolucji. „[…] Ekonomia zamiast, ludziom, służy celom militarnym. Sprawy bezpieczeństwa wzięły górę nad rozwojem i dobrobytem. Nauka i technologia zniżyły się do roli pomocniczych dyscyplin wojny. […]” [1] (s. 15). Najbardziej „poważnie zagraża przyszłości narodów, szczególnie w Europie” „nagromadzenie broni konwencjonalnej, chemicznej, bakteriologicznej, a zwłaszcza nuklearnej” w Moskowii. I to najbardziej w Moskowii „wyścig zbrojeń nadal w sposób nierozważny pochłania środki, które mogłyby być lepiej wykorzystane”, co się sprawdziło, bo komunizm dlatego upadł, bo się zazbroił na śmierć. Także nie może być mowy o żadnym pacyfizmie: „[…] Przedmiot dialogu na rzecz pokoju nie może jednak ograniczać się do potępienia wyścigu zbrojeń[…]” [1] (s. 16), „[…] Niewątpliwie, należy brać pod uwagę ogrom przemocy obecnej w dziejach ludzkości. Wobec takiej rzeczywistości historycznej, poczucie realizmu w służbie samym podstawom sprawiedliwości stwarza konieczność utrzymania w mocy zasady słusznej obrony. […]” [2] (s. 12), „[…] choć może się to wydawać paradoksalne, ten, kto naprawdę pragnie pokoju, odrzuci wszelki pacyfizm, za którym kryje się tchórzostwo czy zwykła chęć zapewnienia sobie spokoju. […]” [2] (s. 10).


[1] Orędzie Jego Świątobliwości Papieża Jana Pawła II na XVI Światowy Dzień Pokoju, 1 stycznia 1983 r.

[2] Orędzie Jego Świątobliwości Papieża Jana Pawła II na XVII Światowy Dzień Pokoju, 1 stycznia 1984 roku, Liberia Editrice Vaticana, Watykan.

[3] Orędzie Jego Świątobliwości Papieża Jana Pawła II na XIX Światowy Dzień Pokoju, 1 stycznia 1986 roku, Drukarnia Watykańska « Polyglotta ».

Oceń tę pracę

Recepcja procedury rzymskiej przez Kościół

Do połowy XII wieku Kościół cały czas nie posiadał jeszcze jednolitej, stosowanej powszechnie pragmatyki w odniesieniu do heretyków. Do dyspozycji władz zarówno duchownych, jak i świeckich pozostawały rozwiązania mieszczące się w widełkach, których ramiona z jednej strony wyznaczały słowa ojców Kościoła, takich jak Wason z Liege czy Bernard z Clairvaux, który głosił, że heretyków należy chwytać przy pomocy argumentów, a nie broni. Z drugiej natomiast strony wachlarz środków contra hereticos zamykała krucjata przeciwko albigensom.

Sytuacja w tej kwestii zmieniła się od połowy XII wieku, kiedy na uniwersytecie w Bolonii dokonano odkrycia i rozpoczęto badania nad ustawodawstwem Justyniana. Pierwszym znanym mistrzem na polu wyjaśniania trudnych tekstów prawniczych był Irneriusz, a kontynuatorem niemalże mu współczesnym Gracjan. Był on autorem Concordia discodantium canonum znanym później jako kodeks Gracjana, zawierającym komentarze objaśniające ustawodawstwo Justyniana, a mianowicie: Kodeks, Instytucje, Digesta i Nowele. Wraz z nimi światło dzienne ujrzało ponownie całe wypracowane od IV do VI wieku prawo zwalczające heretyków. Zbiór ten nie miał charakteru oficjalnego dokumentu kościelnego, stanowił prywatne opracowanie bolońskiego mistrza, niemniej jednak od lat czterdziestych XII wieku był fundamentalnym tekstem dla wykładowców prawa w Bolonii i w całej Europie oraz kamieniem węgielnym rodzącego się prawa kanonicznego. Kodeks przewidywał za herezję nie tylko ekskomunikę, ale też kary kryminalne. Zostało wtedy ponownie odkryte narzędzie, którym posłuży się Kościół do zwalczania sekt i czarownictwa.

Sama instytucja Kościoła nie korzystała jeszcze z rozwiązań proponowanych przez bolońskich wykładowców prawa, niemniej jednak polityka soborowa wyraźnie się w tym okresie zaostrzyła. Świadczy o tym Sobór Laterański III w 1179 roku, który oprócz tradycyjnych wewnątrzkościelnych środków służących zwalczaniu heretyków, takich jak ekskomunika, nakazał także władcom katolickim konfiskatę majątków i zniewolenie kacerzy. Poddanych władców heretyckich, sobór zwolnił z obowiązku posłuszeństwa względem suwerenów.

Należy zaznaczyć, że rozwiązania do których wzywa Kościół, przewidywały już ingerencję władców świeckich i daleko wykraczały poza wewnątrzkościelną dyscyplinę. W celu zapewnienia sankcjonowania nowego prawa konieczna była współpraca obu tych ośrodków, co pod koniec XII wieku nie było już jednak oczywistością. Ówczesną Europą wstrząsały konflikty między cesarstwem, a papiestwem i dopiero uzyskanie przez Kościół – w osobie Aleksandra III – przewagi nad Fryderykiem Barbarossą, dzięki zwycięstwie Ligi Lombardzkiej w bitwie pod Legnano w 1176 roku, umożliwiło zaangażowanie ramienia świeckiego w celu obrony wiary.

Do sformalizowania współpracy doszło w 1184r. w Weronie, kiedy to cesarz i papież podpisali dekret Ad abolendam poświęcony walce z herezją. Jest on nazywany przez historyków

Kartą Fundacyjną Inkwizycji, ponieważ przekładał na praktyczny język procedur zasady znane z kodeksu Gracjana.

Dokument ten poza tradycyjnymi karami kościelnymi, takimi jak ekskomunika i anatema, przewidywał za grzech (przestępstwo herezji) kary świeckie. Do władzy duchownej należało zatem tylko ustalenie winy. W tym celu biskupi mieli dwukrotnie w ciągu roku wizytować podległe sobie parafie, co do których istniało podejrzenie, że przebywają w nich heretycy. Biskupi winni byli przeprowadzić śledztwo wszczęte na podstawie doniesienia wiarygodnych świadków (testes synodales), którzy odpowiadali pod przysięgą na pytania wizytatorów, wskazując osoby otoczone w społeczności złą sławą (mala fama). W razie potrzeby zaprzysiężona miała zostać cała okolica, a osoby uporczywie odmawiające przysięgi miały być przez sam ten czyn uznane za heretyków. Po przeprowadzeniu dochodzenia tzw. inkwizycji, winni mieli być przekazani w ręce sądów świeckich, które wyznaczały odpowiednią karę, zgodnie z lokalnymi zwyczajami prawnymi.

Niezwykle szeroko zakreślony został krąg podejrzanych. Poza samymi heretykami „mieczem ekskomuniki” mieli być dotknięci także podejrzani o herezję, dopóki w ciągu roku nie oczyszczą się z zarzutów. Ponadto ekskomunice podlegali wierzący, przyjmujący, broniący i wspierający heretyków. W przypadku gdy wyżej wymienieni w ciągu roku nie oczyścili się z zarzutów, zostawali pozbawieni czci, co z kolei łączyło się z niemożliwością obejmowania jakichkolwiek urzędów czy zabierania głosów w publicznych zebraniach. Nie mogli oni też sporządzać testamentu, ani dziedziczyć. Sankcje zaostrzały się w przypadku gdy podejrzany był sędzią, adwokatem, notariuszem czy duchownym.

Krąg obłożonych ekskomuniką poszerzył się dalej o osoby, które odmawiały unikania heretyków wyraźnie wskazanych przez Kościół. Duchowni nie mogli osobom „zarażonym” udzielać sakramentów, a w razie złamania zakazu zostawali pozbawieni urzędu. Na karę ekskomuniki zasługiwali kaznodzieje, którzy nauczali bez pozwolenia lokalnego biskupa czy stolicy apostolskiej.

Akt dodatkowo wymagał od każdego wstępującego na stanowisko duchowne bądź też świeckie urzędnika, z władcą na czele, publicznej przysięgi obrony wiary. Jeśli przysięgający był opieszały i zaniedbywał nałożone na niego obowiązki, a w okresie roku nie wypełnił zadośćuczynienia, zostawał obłożony anatemą przez lokalnego metropolitę, dobra jego były przyzywane władcom prawowiernym, a podlegli mu wasale zostawali zwolnieni z przysięgi wierności. Podobna sankcja czekała opieszałego w swej roli biskupa z tą różnicą, że jego beneficja były przekazane Kościołowi.

Kolejnym dokumentem papieskim, który miał znaczenie dla rodzącej się procedury inkwizycyjnej był dekretał Innocentego III Vergentis in senium z 1199 roku. Akt ten skierowany był wprawdzie do kleru, władz miejskich i ludu Viterbo, ale jego wpływ – dzięki ustawodawstwu cesarza Fryderyka II – okazał się o wiele szerszy.

O znaczeniu dokumentu dla przyszłego rozwoju procedury inkwizycyjnej przesądził fakt, iż papież postępując w duchu chrześcijańskiego ustawodawstwa Cesarstwa Zachodnio- rzymskiego stawiał znak równości między herezją, a zdradą i zbrodnią obrazy majestatu. Nowa kwalifikacja pozwalała na zastosowanie najsroższych sankcji, z karą śmierci i konfiskatą mienia na czele. Rozszerzono krąg ukaranych na dzieci skazanego, poprzez konfiskatę majątku oraz pozbawienie ich czci obywatelskiej. Było to istotnym novum w dotychczasowej praktyce, do tej pory bowiem mienie po skazanym przypadało państwu dopiero, gdy zmarły nie miał dzieci z prawego łoża, a wobec potomków heretyka nie stosowano zasady zbiorowej odpowie­dzialności.

Przemożny wpływ na kształtowanie się procesu inkwizycyjnego, jak i na jego późniejszą europejską i polską recepcję miały konstytucje cesarskie Fryderyka II. Waga i rola jaką odegrały te akty dla rozwoju europejskiej procedury wymagają poświęcenia im nieco więcej uwagi.

Pierwszym aktem Fryderyka II zawierającym przepisy dotyczące walki z heretykami była konstytucja z roku 1220, wydana z okazji koronacji cesarskiej. Powtarzała ona prawie dosło­wnie część postanowień trzeciego kanonu uchwał IV Soboru Laterańskiego z 1215 roku. Tam gdzie postanowienia ustawy odbiegały od laterańskiego poprzednika, wydają się być wzorowane na liście papieża Innocentego III skierowanego do kleru, rajców i ludu miasta Viterbo.

Kolejne ustawy cesarskie przeciw heretykom, to konstytucja dla Lombardii z 1224 roku oraz rozdział opublikowanych w 1231 roku ustaw dla Sycylii. Konstytucja z 1224 roku to pierwszy pomnik prawa cesarskiego ustanawiający dla heretyków karę śmierci przez spalenie na stosie. Taką samą karę dla kacerzy przewidywała ustawa sycylijska.

Następny akt prawny contra hereticos wydał Fryderyk II w roku 1232. Normował on postępowanie przeciwko kacerzom na ziemiach niemieckich i zasługuje na uwagę po pierwsze z tego względu, iż sankcjonował karę śmierci dla heretyków, którą to już od dawna zwyczajowo stosowano, a po drugie przez wzgląd na fakt, iż ściganie kacerzy oddał prawie całkowicie w ręce inkwizytorów papieskich. Dotąd w konstytucji lombardzkiej do ścigania i sądzenia kacerzy powołani byli ordynariusze miejscowi, a według ustawy sycylijskiej ściganiem zajmowali się urzędnicy królewscy, podczas gdy władzom duchownym pozostawało orzekanie o winie.

W latach 1238 i 1239 powtórnie ogłoszono konstytucję „niemiecką” rozciągając jej moc obowiązującą na obszar całego cesarstwa oraz uzupełniając ją postanowieniami dotyczącymi konfiskaty majątków heretyków, oraz wyłączania ich dzieci od dziedziczenia, zawartymi w konstytucji koronacyjnej z 1220 roku.

Ustawy cesarskie Fryderyka miały przemożny wpływ na ustawodawstwo innych państw, a zasięg oddziaływania, jak i jego znaczenie świadczą o wysokim poziomie jurystów niemieckich oraz o ogólnoeuropejskiej potrzebie kodyfikacji prawa przeciwko heretykom.

Już pierwsza z konstytucji cesarskich z 1220 roku została zaaprobowana przez Honoriusza III i włączona jako uzupełnienie regulacji przeciwko heretykom do V tytułu pierwszej księgi kodeksu Justyniańskiego. O entuzjastycznym przyjęciu jej przez wspomnianego wyżej papieża świadczy dodatkowo fakt, że już w 1220 roku przesłał on ustawę do słynnego wówczas uniwersytetu prawniczego w Bolonii, gdzie miała być czytana i komentowana w czasie wykładów prawa. Król Ludwik X nadał tej konstytucji moc obowiązującą na terenie całej Francji w roku 1315, choć już wcześniej korzystano tam z ustawodawstwa cesarskiego zapośredniczonego przez bulle papieskie, które wyraźnie się na nie powoływały. Rozdziały konstytucji sycylijskiej zostały umieszczone również w kodyfikacji prawa czeskiego Maiestas Carolina Karola IV z 1346 roku, która choć nigdy nie weszła w życie, to jednak zwyczajowo była stosowana.

Znaczenie jakie zdobyły ustawy cesarskie w świecie chrześcijańskim zawdzięczały przychylnemu stanowisku Kościoła, który w konstytucjach znajdował oparcie w walce z herezją. Oprócz bowiem aprobaty wspomnianego wyżej Honoriusza III, Innocenty IV opublikował w bulli Cum adversus haereticam pravitatem z 1252, powtórzonej w 1254 roku tekst ustaw cesarskich z 1239 roku i nakazał miastom włoskim włączyć go do statutów miejskich i stosować w praktyce.

Bullę Cum adversus haereticam pravitatem ponawiali także następni papieże, Aleksander IV, Klemens IV i Bonifacy VIII, który w piśmie Ut inąuisitionis negotium wyraźnie aprobował konstytucje Fryderyka II przeciw heretykom, nadając im moc obowiązującą we wszystkich państwach chrześcijańskich.

Do recepcji konstytucji cesarskich przyczynili się walnie ci urzędnicy, w rękach których spoczywały kompetencje do walki z heretykami; byli to inkwizytorzy papiescy. Rozpowszechniali oni konstytucje w krajach nie należących do cesarstwa, poprzez rozciąganie mocy obowiązującej bulli papieskich na państwa ościenne. Przykładem takiego inkwizytora był Bernard Gui, autor jednego z najbardziej rozpowszechnionych podręczników: Practica inąuisitionis haereticae pravitatis. Radził on inkwizytorom, aby zawsze mieli oni przy sobie wyżej wspomnianą bullę Cum adversus haereticam pravitatem, a także by w razie wątpliwości odwoływali się do ustaw cesarskich.

Z momentem połączenia herezji z przestępstwem obrazy majestatu stała się ona zbrodnią „przeciwko dobru powszechnemu”. Status ten skutkował zmianą polityki karnej idącą w kieru­nku usprawnienia i skrócenia procedury. Tak zwany proces sumaryczny był w porównaniu z pro­cedurą tradycyjną postępowaniem przyśpieszonym w tym względzie, że uproszczone było wszczęcie sprawy oraz ograniczone możliwości odwoławcze oskarżonego. Zmiany te motywo­wane były zapobieganiem praktykom prowadzącym do przewlekania procesu. Proces sumaryczny stosowano głównie w postępowaniu dyscyplinarnym prowadzonym przeciwko oskarżonym o herezje duchownym.

Na początku XIV wieku ukazały się dekretały papieskie: Saepe i Dispendiosam. Papież Klemens ustalił przebieg takiego procesu odnośnie do heretyków, mimo że już wcześniej był on stosowany przez inkwizytorów. Postępowanie można było wszcząć tylko na podstawie samego podejrzenia czy denuncjacji, a jako świadek mógł wystąpić każdy, z wyłączeniem śmiertelnych wrogów oskarżonego. Wolno było przesłuchiwać w sposób bolesny, to znaczy stosować tortury.

Instytucja świadków synodalnych (testes synodales) sięga początku XIII wieku. Podczas krucjaty przeciwko katarom we Francji polecano biskupom ustanowienie takich właśnie świadków, którzy mieli w gminach śledzić spotkania osób podejrzanych o herezję i donosić o tym władzom kościelnym. Świadkami tymi byli prawowierni, powszechnie szanowani mężczyźni, którzy przeważnie pełnili funkcje w niższych, świeckich instancjach sądowniczych i cieszyli się na danym terenie autorytetem. Do nich też wpływały skargi na niepożądane zjawiska. Zadaniem świadków synodalnych była ocena tego, które z nich należało potraktować poważnie, a które uznać za bezpodstawne. Uzasadnione przypadki przedstawiali oni sądom synodalnym.

W 1227 roku synod w Narbonne potwierdził uchwały awiniońskie i poszerzył je o posta­nowienie, iż ma być to instytucja stała i podporządkowana miejscowemu proboszczowi. Tak więc w każdej gminie istniało gremium złożone z 3 lub 4 mężczyzn, które śledziło tryb życia mieszkańców i było zobowiązane przekazywać informacje dotyczące herezji wyższym szczeblom sądownictwa kościelnego. W momencie zastąpienia inkwizycji biskupiej – papieską, pod jej jurysdykcje przeszli także świadkowie synodalni.

Postanowienia Soboru Laterańskiego IV przez Innocentego III w 1215 r. składały ciężar obrony Kościoła przed nieprawościami na barki biskupów. Należy przy tym pamiętać, że powołania na stolce biskupie w tamtych czasach częściej opierały się na koneksjach rodzinnych, czy po prostu wkupywaniu się na stanowiska, niż na kryteriach wykształcenia czy w szcze­gólności na znajomości zasad wiary i prawa kanonicznego. Nie do rzadkości należały więc przypadki dochodzeń inkwizycyjnych rozstrzyganych przez biskupów, czy nawet arcybiskupów, które wobec zawiłości niuansów prawniczych i teologicznych odsyłane były na dwór papieski.

Wobec niewydolności sądów biskupich papiestwo musiało zastosować inne środki. Rozwiązanie przyjęte przez papieża Grzegorza IX było znane już z wcześniejszych, bo pochodzących z XI wieku kolekcji prawnych Anzelma z Lukki i kardynała Deusdedita. Zaproponowanym wyjściem z impasu była instytucja sędziów delegowanych. Byli to urzędnicy, którym papież powierzył część swojej władzy sądowej, aby go reprezentowali w przypadku rozstrzygania konkretnej sprawy lub przez konkretny okres na danym obszarze.

Oceń tę pracę

Chrześcijaństwo w Brytanii

znaleźliśmy jeszcze jeden fragment pracy magisterskiej o dziejach Wysp Brytyjskich


Opisanie początków chrześcijaństwa i jego wczesnego rozwoju w Brytanii jest niezbędne dla pełnego obrazu wyspy, poprzedzającego przybycie na nią plemion anglosaskich. Najeźdźcy  bowiem wkroczyli w świat odmiennie zorganizowany, a różnice religijne z jakimi mieli tam do czynienia wywarły ogromny wpływ na ich późniejszą historię. Istotnym jest twierdzenie, że w Brytanii miał miejsce taki sam proces jaki rozegrał się w innych częściach świata rzymskiego. To co straciło Imperium, odzyskiwał Kościół rzymski[1]. Dopóki panowanie rzymskie na wyspie było niezachwiane, nowa religia rzymska nie odegrała istotnej roli w historii wyspy. Później, gdy chrześcijaństwo stało się religią państwową, hierarchia kościelna na wyspie broniła w czasie walk z arianizmem wiary ortodoksyjnej. Potem, w wyniku łupieżczych najazdów barbarzyńskich plemion, a ostatecznie ich osiedlenia się na wyspie, organizacja kościelna właściwie upadła. Przetrwała tam, gdzie przetrwali Celtowie, przede wszystkim w Walii.

Nie jest do końca pewne w jaki sposób chrześcijaństwo dotarło na Wyspy Brytyjskie. Wzmianki źródłowe o początkach chrześcijaństwa w Brytanii pochodzą z początków III wieku. Wspominali o tym w swych pismach Orygenes i Tertulian, ale jednocześnie zwracali uwagę, że szerzy się ono tylko w obrębie panowania rzymskiego. Najdawniejsze znane i wiarygodne fakty związane z chrześcijaństwem brytyjskim dotyczą dwóch męczenników za wiarę. Pierwszym był biskup Londynu, Augulus, w ogóle pierwszy znany z imienia duchowny Brytanii. Jego imię związane jest bezpośrednio z miastem, ponieważ Londyn przejściowo nosił nazwę Augusta ( tytuł używany w dokumentach do 410 roku). Nieco więcej wiarygodnych informacji istnieje o bardziej znanym męczenniku, świętym Albanie. Wspomniany jest po raz pierwszy przez Gildasa, a później przez wszystkich kronikarzy Brytanii średniowiecznej, tak celtyckich, jak i anglosaskich. Część dzieł tych pisarzy będzie szerzej omówiona niżej, ze szczególnym uwzględnieniem informacji jakie niosą one o momencie przybycia plemion anglosaskich na wyspę.

Święty Alban miał być żołnierzem rzymskim, który zginął w ostatniej fali prześladowań chrześcijan. Nie był on jedynym męczennikiem, w źródłach pojawiają się jeszcze Aaron i Juliusz. Do 314 roku Kościół brytyjski rozrósł się znacznie, a w synodzie w Arles wzięło udział trzech biskupów brytyjskich : Eboriusz z Yorku, Restitut z Londynu, i Adelfiusz. Także później, w roku 359, na synod w Ariminium udało się znów trzech biskupów. Jednak chrześcijaństwo nie zdominowało całkowicie wierzeń mieszkańców wyspy. Wciąż jeszcze pojawiały się nowe świątynie pogańskie, a wpływy chrześcijaństwa w wyższych, bogatszych sferach nie były duże[2].

Na wyspę docierały także nauki uznawane przez synody za herezję. Mnich Pelagiusz, pochodzący z Brytanii, nauczał w Rzymie i Kartaginie, głosząc tezę, że człowiek może się uwolnić od zła dzięki własnej woli. Mimo potępienia znalazł zwolenników na Wschodzie, a w złagodzonej formie wśród mnichów galijskich. Z Galii herezja pelagiańska trafiła do Brytanii[3]. Papież Celestyn wysłał w 429 roku z misją biskupa Germanusa z Auxerre dla wzmocnienia tam wiary. Kościół rzymski interweniował więc w Brytanii, gdy cesarstwo w tym samym czasie nie było w stanie pomóc zagrożonej najazdami prowincji[4].

Celtyccy chrześcijanie z Walii zachowywali związki z kontynentem przez swoich pobratymców- uciekinierów z wyspy, którzy osiedlali się na Półwyspie Armoryka ( od przybyszów –Brytonów– zyskał on nazwę Bretańskiego). Przez nich jako pośredników docierały na Wyspy Brytyjskie wpływy z Akwitanii, Hiszpanii, a nawet dalekiego Orientu. Prawdopodobnie tym sposobem dotarły do Walii i Irlandii nowe formy życia religijnego i kościelnego. Charakteryzowały się one ascezą i łączyły monastycyzm z uczonością. Powodowało to, że Kościół walijski, a także irlandzki stał się kościołem monastycznym. Powstawały liczne klasztory, a wraz z nimi szkoły[5].

Niezbędnym jest wspomnieć o działalności misjonarskiej świętego Niniana w Brytanii, ale także świętego Patryka, mimo, że działał on w Irlandii. Zakładali oni klasztory w Irlandii i Szkocji i odegrali ważną rolę w rozwoju kulturalnym obszaru celtyckiego Wysp Brytyjskich. Chrześcijaństwo, które wytrwale tam krzewili miało oparcie w miejscowych tradycjach klanowych, co spowodowało wykształcenie się wielu odrębnych cech i właściwości, odmiennych od wzorców rzymskich. Kościołowi rzymskiemu niełatwo będzie je przełamać, szczególnie gdy chrześcijaństwo irlandzkie przenikać będzie na teren Anglii, głównie za sprawą założonego w VI wieku przez świętego Kolumbę klasztoru na wyspie Iona. Intensywna działalność mnichów irlandzkich sprawiła, że powstawały nowe klasztory, nie tylko w samej Irlandii, ale także w Brytanii. Kościół rzymski wysyłał misje z zadaniem nawracania nie tylko coraz liczniejszych, pogańskich Sasów, ale także dla wyjaśnienia różnic w liturgii, szczególnie w sprawie ustalania daty Wielkanocy[6].

Mimo, iż najazd plemion anglosaskich załamał ciągłość organizacji kościelnej w Brytanii, nie doprowadził do całkowitego jej upadku. Przeciwnie, Anglosasi szybko ulegli chrystianizacji, z jednej strony dzięki gorliwej działalności misjonarskiej mnichów irlandzkich, z drugiej, poprzez misje wysyłane z Rzymu, jak ta z 596 roku- misja mnicha benedyktyńskiego Augustyna- wysłana przez papieża Grzegorza[7]. Dlatego nie można jednoznacznie twierdzić, że Brytania po najeździe barbarzyńców utraciła łączność z cywilizowaną Europą. Wprost przeciwnie, zrodziły się tam nowe siły religijne i kulturalne, które zaczęły w poważnym stopniu oddziaływać na kontynent. Wynikało to z łączenia w kościele monastycznym ascezy ze studiami. Zachowana została kultura słowa pisanego, a doprowadziło do przyjęcia kultury antycznej i języka łacińskiego w jego klasycznej formie. Aby więc prowadzić działalność misyjną, mnisi musieli posługiwać się łaciną, stali się dobrze przygotowani do tego, by uczyć innych, także Anglosasów, którzy używali języka germańskiego. Iryjczycy i Anglosasi przez długi czas zachowali więc dziedzictwo wiedzy i kultury antycznej, a co najważniejsze krzewili je w całej Europie[8].

Zanim jednak doszło do tego, że Anglosasi zaczęli odgrywać tak istotną rolę dla kulturalnego rozwoju Europy, pozostawali plemieniem tak samo barbarzyńskim, jak te, których działania były jedną z przyczyn upadku Imperium Rzymskiego. Aby mówić o anglosaskiej historii wyspy, należy rozpatrzyć, w którym momencie skończyło się rzymskie panowanie w Brytanii.

[1] Ibidem, s.281.

[2] W. L i p o ń s k i, op. cit., s.141.; J. Z. K ę d z i e r s k i, op. cit., s.35.; R.G C o l l i n g w o o d, J.N.L. M y r e s, op. cit., s.270-272

[3] Ibidem, s.308-309

[4]J.Z. K ę d z i e r s k i, op. cit., s.35; J. V o g t, op. cit., s.281-282., R. C o l l i n s, op. cit.,s.82.

[5] B. Z i e n t a r a, Świt narodów europejskich, Warszawa 1985, s.107.,  J. V o g t, op. cit., s.282.

[6] J. Z. K ę d z i e r s k i, op. cit.,, s.35-36, 45-47 ; H.  Z i n s, op. cit., s.19.

[7] B. Z i e n t a r a, op. cit., s. 345.; F.M. S t e n t o n, Anglo-Saxon England, Oxford 1998, s.102-113

[8] J. V o g t, op. cit., s.283-284; R. C o l l i n s, op. cit., s.253-262.

Oceń tę pracę

Narodziny inkwizycji

Papież postanowił powierzyć sprawy poszukiwania i osądzania heretyków odpowiednio przygotowanym do tego ludziom, wyposażonym w pełnomocnictwa papieskich sędziów delegowanych. Pierwszym mianowanym w ten sposób sędzią – inkwizytorem był przeor klasztoru dominikanów w Ratyzbonie oddelegowany do tego zadania w 1231 roku. Grzegorz IX zezwolił przeorowi w razie potrzeby dobrać sobie kilku braci do pomocy. W następnych latach mianował papież kolejnych sędziów delegowanych dla ziem Langwedocji. W ten sposób doszło do utworzenia najsławniejszej chyba instytucji Kościoła katolickiego – inkwizycji papieskiej.

W tym miejscu należy zwrócić uwagę na dwoistość terminu „inkwizycja”, którym przez długi czas nazywano antyheretyckie działania, podejmowane przez inkwizytorów papieskich. Od XIII wieku oznaczał on zaś nowy typ postępowania sądowego, stosowany do ścigania z urzędu osób podejrzanych o herezje.

Zakonnicy – w największej mierze dominikanie, lecz później także franciszkanie – byli niejako predestynowani do funkcji inkwizytorów. Opinia o dominikanach jako, zgodnie z ich nazwą domini cannes – psach pańskich, zdawała się ustawicznie to potwierdzać. Byli ludźmi wykształconymi i absolutnie podporządkowanymi Stolicy Apostolskiej. Ponadto jako zakonnicy, nie byli związani z lokalnymi społecznościami, do których ich wysyłano. Na koniec warto dodać, że zakonnicy cieszyli się powszechnym autorytetem jako kaznodzieje i spowiednicy, przez co darzeni byli szacunkiem oraz poważaniem. Papież mianując inkwizytorów szukał ludzi, którzy najlepiej spełnialiby rolę zarówno zawodowych sędziów, jak i opiekunów – pasterzy społeczności.

Niestety, szeroki zakres kompetencji jakim obdarzeni byli inkwizytorzy okazał się zbyt wielkim ciężarem, nawet dla specjalnie dobieranych wysłanników papieskich. Tajemnica, którą objęte były postępowania, dawała prowadzącym proces szerokie uprawnienia do aresztowania czy uwięzienia (dzięki nadaniu mocy dowodowej zwykłej famie – sławie). Nie mieli oni też jakiegokolwiek obowiązku poinformowania oskarżonego o postawionych mu zarzutach i mogli zatajać przed nim imiona świadków. Oskarżonemu brak było możliwości korzystania z obrońców, odwołania się od wyroków, dopuszczalne i powszechne zaś stało się stosowanie tortur do wymuszenia spontanicznego przyznania. Wszystkie te czynniki sprawiły, że sprawiedliwy przebieg całego postępowania zależał od uczciwości prowadzącego całą sprawę, co stwarzało możliwości do zaspokojenia chciwości, politycznych ambicji, załatwienia sąsiedzkich porachunków czy wręcz sadyzmu.

Już w pierwszych latach działania inkwizytorów dochodziło do licznych nadużyć, bowiem od pokus władzy nie byli wolni nawet najroztropniejsi bracia. Przykładem takich inkwizytorów byli: Robert Le Bourge, mianowany w 1233 roku, w następnym roku odwołany, a w końcu osądzony i skazany. Działający w tych czasach w dolinie Renu Konrad z Marburga, za swoje nadużycia został zamordowany. W następnych latach ofiarą niedoszłych skazanych padł w warowni Montsegur Wilhelm Arnaud. W 1252 roku zamordowany został Piotr z Werony – późniejszy święty – pełniący obowiązki inkwizytora Lombardii.

Nie możemy jednak popadać w przesadę, ku której niewątpliwie kieruje nas literatura promująca czarną legendę inkwizycji, ukazująca sędziów inkwizycji jako wyuzdanych sadystów. Rozdarcie jakie było niewątpliwym udziałem każdego inkwizytora, wynikało z tego, iż z jednej strony musieli oni wykazać zawodową nieufność jako prokuratorzy, a z drugiej strony zawodowe zaufanie jako spowiednicy. Wszystko to zaś było dodatkowo obciążone odpowiedzialnością przed zwierzchnikami za efekty oraz przed społecznością wiernych, której ochrona była także jednym z zadań tych duchownych.

Schizofreniczne napięcie potęgował także swoisty etos zawodowy urzędników, których niejednokrotnie sława kary „biczów” i „młotów” na heretyków musiała być podtrzymywana, by działać prewencyjnie na niestałych w wierze oraz skłaniać świadków do zeznań i tym skuteczniej prowadzić do wykrywania niewygodnych Kościołowi organizacji i osób.

Początek walk z nadużyciami przyniósł rok 1242, kiedy to doświadczenia pierwszej dekady inkwizycji papieskiej zostały zebrane w postanowieniach synodu w Terragonie. Zdefiniowano wtedy pojęcie heretyka, którym od teraz był nie tylko ten, kto trwał uparcie w błędzie, ale także ten, kto akceptował poglądy innych heretyków, uczestniczył w ich nabożeństwach, nie informował o znanych sobie kacerzach, ukrywał, wspierał ich lub bronił. Synod zestawił katalog wszelkich możliwych kar, zarówno o charakterze pokutnym jak i krymi­nalnym oraz dokonał kompilacji ustawodawstwa Grzegorza IX i ustalił schemat procedury inkwizycyjnej.

Procedurę tą można odczytać z powstających w tym czasie podręczników inkwizytorskich. Zostanie ona przedstawiona w następnym rozdziale, jako procedura służąca zwalczaniu herezji i czarownictwa, obowiązująca na ziemiach polskich.

Następne korekty procedury inkwizycyjnej miały miejsce podczas soboru w Vienne w 1312 roku. Stanowisko w sprawie nadużyć inkwizytorów wyraził Kościół w dwóch dekretach, co świadczyło o szerokiej ogólnokościelnej skali tego zjawiska. Sobór zakazywał powierzania zakonnikom poniżej 40 roku życia funkcji inkwizytorskich. Ponadto zobowiązywał inkwizytorów do ścisłej współpracy z miejscowym biskupem. Poddanie kogoś torturom wymagało zgody tegoż biskupa, jeśli prowadził je inkwizytor oraz zgody inkwizytora, jeśli prowadził je biskup. Od podobnej zgody obu zależało zamknięcie kogoś w areszcie, przy czym w wypadku aresztu ścisłego (murus strictus) aresztowany miał pozostawać pod podwójną strażą, z jednej strony biskupią, a z drugiej inkwizycyjną. Inkwizytorom zakazano noszenia broni czy nadmiernego powiększania swojego orszaku ponad grono koniecznych urzędników.

Sobór w Vienne był ostatnim soborem, na którym znalazły się postanowienia dotyczące inkwizycji. Od XIV wieku głównym problemem Kościoła stało się nie zwalczanie kacerzy, a walka o jego wewnętrzną reformę.

To czy te same schematy prawne stosowane wobec heretyków, były również używane w celu zwalczania magii i czarów było w średniowieczu kwestią zmienną, zależną w dużej mierze od indywidualnego nastawienia każdego papieża. Tak zwany Canon Episkopi z roku 906 głosił, że właśnie wiara w czary jest herezją. Jeszcze papież Grzegorz VII panujący w latach 1073 – 1085, ostrzegał:

„Raczej uchrońcie się przed zemstą Boga stosowną pokutą, niż byście mieli daremnie, niczym drapieżne zwierzęta atakować owe niewiasty bez winy i tym właśnie sprowadzić na siebie gniew Boży”.

Na doniesienie wspomnianego wyżej Konrada z Marburga o wielu wykrytych przez siebie przypadkach oddawania czci szatanowi, odpowiedział Grzegorz IX ponagleniem, by z gorliwością przeciwstawił się szerzeniu zła. Jednak już papież Aleksander IV dwukrotnie, bo w latach 1258 i 1260 w odpowiedzi na podobne informacje zabronił inkwizytorom przepro­wadzania procesów osób podejrzanych o uprawianie czarów, chyba że jednocześnie były oskarżane o herezję.

Kolejne rozporządzenia przeciw czarownictwu wydał Jan XXII panujący w latach 1316­1334. Dnia 22 sierpnia 1320 roku, w Awinionie nakazał kardynałowi Williamowi Goudinie, by polecił trybunałowi inkwizycyjnemu w Carcassonne podjęcie działań przeciwko magom, czarownikom oraz tym, którzy zaklinają demony, sporządzają figurki z wosku bądź bezczeszczą święte sakramenty, jako heretykom i zarządził konfiskatę ich majątków.

Tym samym, chociaż jego poprzednicy również wydawali bulle skierowane przeciwko osobom uprawiającym praktyki magiczne, Jan XXII stał się pierwszym papieżem, który oficjalnie opowiedział się za koncepcją herezji czarnoksięstwa

„[…] pragnąc gorąco, by wszyscy złoczyńcy, którzy szkodzą owczarni Chrystusowej, zostali wygnani z domu Bożego, życzymy sobie, nakazujemy i polecamy ci, na mocy naszej władzy, byś wyszukiwał i aresztował, a także na inne sposoby działał przeciwko tym, którzy składają ofiary diabłom i oddają im cześć albo oddają się im w poddaństwo wręczając im dokument lub coś innego podpisanego ich własnym imieniem; tym, którzy zawierają otwarcie przymierze z diabłami, tym, którzy sporządzają lub każą sporządzać innym figurki z wosku lub z czegoś innego, aby w ten sposób, a także za pomocą przywoływania diabłów, zmusić je do popełniania wszelkiego rodzaju maleficiów, tym, którzy, nadużywając sakramentu chrztu, chrzczą albo powodują, by ochrzczone zostały figurki sporządzone z wosku lub z innych substancji, albo uciekając się do zaklinania złych duchów czynią lub powodują, że uczynione zostaje coś podobnego […], a także guślarzom i czarownikom, którzy posługują się sakramentem mszy świętej lub hostią, a także innymi sakramentami Kościoła lub jakimkolwiek z nich, czy to w jego formie, czy treści, dla praktyk magicznych i czarnoksięskich”.

Kilkakrotnie jeszcze w czasie swojego pontyfikatu Jan XXII potwierdził swoją politykę wobec czarownictwa. Bulla którą wydał w roku 1318, zezwalała na wytaczanie procesów zmarłym heretykom – „należy zatrzeć pamięć nawet o tych, którzy zmarli”. W napisanym w roku 1330 liście do inkwizytorów w Narbonne i Tuluzie traktował on magię i herezję jako równorzędne zbrodnie przeciwko Bogu. W bulli z roku 1326 (lub 1327) opisał szczegółowo zbrodnie popełniane przez czarownice, zapewniając za świętym Augustynem, że przestępstwa te były faktem rzeczywistym.

„Niektórzy ludzie, chrześcijanie z imienia jedynie, porzucili światło pierwszej prawdy na rzecz przymierza ze śmiercią i frymarku z piekłem. Składają ofiary diabłom i oddają im cześć; sporządzają sobie lub w inny sposób wchodzą w posiadanie figurek, pierścieni, zwierciadeł, flaszek i innych przedmiotów poprzez które – dzięki swej sztuce magicznej – rozkazują demonom, otrzymują od nich odpowiedzi na zadane pytania, proszą je o pomoc w realizacji swych potępieńczych celów, oddając się w jak najhaniebniejsze wobec nich poddaństwo, by cele te osiągnąć”.

Polityka łączenia przestępstwa herezji z czarownictwem, a w zasadzie traktowanie czarownictwa jako następnej sekty, potwierdzone zostało orzeczeniem Paryskiego Wydziału Teologii z roku 1398. Wyrok ten uznał wszelki rodzaj magii za heretycki, gdyż zakładający pakt z diabłem.

Sykstus IV był kolejnym papieżem, który w swoich trzech bullach, z lat 1473, 1478 i 1483, postawił wróżbiarstwo i czarną magię na jednej płaszczyźnie z herezją, utrwalając tym samym fundamenty pod nowożytne polowanie na czarownice.

Oceń tę pracę

Mit czarnoleski

[dzisiaj praca magisterska z historii literatury]

Mit czarnoleski uległ zdecydowanemu przewartościowaniu w okresie mistycznym przede wszystkim w twórczości Słowackiego. Idylla życia ziemiańskiego, do której ten poeta tęsknił najbardziej, była już nie do przyjęcia w nowym okresie silnych tęsknot irracjonalnych, kształtowania swojej osobowości w duchu wewnętrznej przemiany. Słowacki rozumiał, że wielki mit Czarnolasu ma znaczenie nie tylko patriotyczne, lecz również terapeutyczne – ratował bowiem ludzi przed rozbiciem wewnętrznym.

W latach wielkiej transfiguracji mistycznej Słowackiemu niepotrzebny był już mit Czarnolasu, ale poeta rozumiał, że potrzebny jest on zwykłym ludziom, którzy w kraju żałoby i zesłań muszą mieć w końcu jakieś swoje normalne szczęście. Odzwierciedleniem tego przekonania jest

poemat „Poeta i Natchnienie” (1843) gdzie czytamy:

„Mój Ukraińcu! nie wołaj tam Jana,

Niech śpi pod swoją lipą czarnoleską,

Cóż jego biedna lutnia – siostra dzbana,

Pod kopułą złotą … pod niebieską,

[ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ]

Innego trzeba w Rzymie przewodnika,

I ten już idzie … duch prawdy i wiary …”[1].

„Tradycja – powiada Słowacki – należy do przeszłości, zwłaszcza tradycja ziemiańska, daleka od rycerskich uniesień i bohaterskich czynów.[2]

Stanowisko to, mimo, że Słowacki nie opublikował tekstu, musimy uznać za ważne, ponieważ koresponduje z zasadniczymi elementami światopoglądu poetyckiego poety. Zrozumiał, że w oczach romantyków lutnia Kochanowskiego, zbyt ściśle przynależna do sielsko-swojskiego krajobrazu, zbyt przyziemna i ludyczna (jako „siostra dzbana”) nie mogła pasować go na poetę – wieszcza.

Czarnoleska poezja wraz z jej głębszymi treściami filozoficznymi i z problemami samowiedzy poetyckiej odkryta została przez Cypriana Kamila Norwida w genialnej metaforze: Rzecz Czarnoleska. Pochodzi ona z wiersza „Moja Piosnka I” powstałej w roku 1844, ogłoszonej w „Bibliotece Warszawskiej” w rok później:

„Lecz nie kwiląc jak dziecię

Raz wywalczę się przecie;

Złotostrunna nie opuść mię lutni!

Czarnoleskiej ja rzeczy

Chcę – ta serce uleczy

I zagrałem i jeszcze mi smutniej”[3].

Norwid od najwcześniejszych lat swego życia rozczytywał się w literaturze staropolskiej. Wacław Potocki świadczył w roku 1841 „cały oddany dawnym autorom Kochanowskiego i Opalińskiego na pamięć umie”[4].

To rozczytanie się i głębokie przeżycie dorobku czarnoleskiego widoczne jest u Norwida na każdym miejscu w twórczości poetyckiej. Także wówczas, gdy natchnienie do szeregu utworów czerpie z poezji mistrza Jana, kładąc motta z „Fraszek”, „Trenów”.

„Moja Piosnka I” została napisana pod wpływem zawodu miłosnego, jest doskonałym przykładem ujawniającym proces transpozycji uczuć i wrażeń na płaszczyznę ogólniejszej zobiektywizowanej refleksji. Lekarstwa na smutek szuka poeta kolejno w zabawie, w sferze własnej uczuciowości, a wreszcie w prawdziwej wielkiej poezji. Znakiem tej właśnie wielkiej poezji jest „rzecz czarnoleska”. Doskonała poprzez swoją uniwersalność ideową i estetyczną, terapeutyczna siłą nieprzemijającej ekspresji.

„Rzecz” jest w leksyce Norwida pojęciem wieloznacznym i stosowanym elastycznie. Jak pisze Mieczysław Jastrun: „owe rzeczy u Norwida są kształtem prawdy, wyrażanie prawdy jest obowiązkiem i posłannictwem artysty”[5].

W „Mojej piosnce I” Norwida spotykamy się z intymnym wyznaniem; o uczuciach mówi się tu językiem stereotypów i poetyckich banałów: zawód miłosny jest nicią, depresja psychiczna przybiera kształt czarnej pętli, próby wyzwolenia ze stanu frustracji dokonują się przy pomocy wieńca i pucharu. Ale także przy pomocy złotostrunnej lutni i znamiennej z nią – czarnoleskiej rzeczy. Anna Niewolak-Krzywda pisze: „to właśnie rzecz czarnoleska przenosi sens tego wiersza na płaszczyznę doświadczeń poetyckich i artystycznych. W pojęciu rzeczy czarnoleskiej mieści się humanistyczna koncepcja losu ludzkiego. Przede wszystkim rzecz czarnoleska to „rzecz poetycka”, świadomość własnej sztuki i artystycznego rzemiosła, manifest wolności poety i program jego społecznej służby”[6].

Po raz drugi odwołał się poeta do autorytetu Kochanowskiego w poemacie „Tęcza” (pierwodruk „Kłosy” 1884, nr 995), gdzie w partii wstępnej tłumaczy prawo do odmienności własnej twórczości, do odejścia od romantycznej kreacji poety „w pielgrzymiej tunice”, powołując na arbitrów nie tylko trójcę wieszczów romantycznych, ale na pierwszym miejscu Jana Kochanowskiego:

„Co nam kołyskę

Dawidowymi psalmy odśpiewał (…)”[7].

Sięgnięcie po świadectwo Kochanowskiego to przede wszystkim odwołanie się w sprawie tak ważnej, jak wykładnia własnego światopoglądu poetyckiego, do autorytetu twórcy języka polskiej poezji i pisarza przyswajającego polszczyźnie arcydzieło literatury światowej. Dopowiedzieć także wypada, że koncept poetycki – polegający na użyciu autorytetu klasyka w obronie istotnych racji (patriotycznych, estetycznych, ideowych) – jest mocno związany z tradycją czarnoleską.

W podobnym ujęciu pojawia się Kochanowski w „Rzeczy o wolności słowa”; w partii poematu, traktującej o kulturotwórczej, społecznej i moralnej sile języka narodowego, znajdziemy:

„Gminny, sielski, uczony, kmiecy i królewski –

Ten kasztelański Jana język Czarnoleski (…)”[8].

Z misternego łańcucha określeń łatwo odczytujemy intencję autora: język czarnoleski, czyli język Jana Kochanowskiego, to najczystsza postać języka narodowego. Swym dwuwierszem wpisał się Norwid na długą listę admiratorów autora „Fraszek”, jako twórcy literackiej polszczyzny.

Słynną lipę czarnoleską wspomina Norwid w wierszu adresowanym do znanego skrzypka i kompozytora Nikodema Biernackiego. Autor zapytuje go:

„A ty skąd wziąłeś na te skrzypce deski,

Jeśli nie z lipy bogdaj czarnoleskiej –

I smyk Twój jestże czarodziejstwem żywy

Z białego konia arabskiego grzywy?…

I struny Twoje – czy Ty ręką lewą

Spod serce wysnułeś na skrzypców Twych drzewo”[9].

Lipa jawi się w tym utworze jako materiał do wyrobu skrzypiec, a nie jako najsłynniejsze drzewo poezji polskiej.

Wśród dziewiętnastowiecznych pisarzy zainteresowanych spuścizną Jana z Czarnolasu na osobną uwagę zasługuje Teofil Lenartowicz. Powody tego zainteresowania były dwojakiej natury. Po pierwsze; bibliograficznej. Badacze twórczości „lirnika mazowieckiego” Wojciech Grochowski, Czesław Zgorzelski, a przede wszystkim Jan Nowakowski, ze spuścizny poety i materiałów źródłowych Jego dotyczących – wydobyli i zestawili wszystkie fakty potwierdzające szczególne zainteresowanie autora „Kaliny” Janem Kochanowskim. Są to: zwłaszcza wycieczki do Czarnolasu, inspiracje intelektualne Wójcickiego, a później także Kraszewskiego i wreszcie wykłady o literaturze polskiej w latach 1879-1885.

Jak pisze Jan Nowakowski: „Niełatwo orzec, czy zbliżenie Teofila Lenartowicza do Kochanowskiego nastąpiła pod urokiem jego utworów i skierowało go na drogę do Czarnolasu, czy też przeciwnie – postawienie stopy na ziemi czarnoleskiej, wejście w atmosferę nasyconą tradycją Kochanowskiego poruszyło głęboko jego wyobraźnię, wzbudzając emocje – także twórcze, a przybliżając dzieła”[10].

Andrzej Martyniak zbadał, że symbolicznym znaczeniem lipy zainteresował się Lenartowicz podczas wędrówki po Łużycach około roku 1849.[11]

Na podobieństwo Jana z Czarnolasu drzewu temu wystawił Lenartowicz piękny liryczny pomnik w apostroficznym wierszu „Na lipę słowiańską”, co wymownie świadczy o uczuciu, jakim je darzył:

„Lipo zielona! Drzewo ojczyste,

co na mnie kwiaty strząsasz złociste

I cień daleki rzucasz dokoła

Drzewo rodzinne, ozdobo sioła:

Twoich gałęzi mnogie ramiona

Jako słowiańskie nasze plemiona

W jednym pniu silnym w ziemi się łączą,

Jeden kwiat sypią i miody sączą.

Gdy Niemiec z ciebie skórę obdziera,

Gdy cię waragska rąbie siekiera,

Ty jednak silna, w następnym lecie

Znowu też same rozrzucasz kwiecie.

Ludy Słowiańskie! Toż my podobnie

Jak nasza lipa rostąc nadobnie

Przetrwali długie dziejowe burze,

Pioruny, grady i wichry duże.

Z gałęzi naszych cóż nie zrobiono!

Spójrzcie na Polskę na grób schyloną

[ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ]

Lipo słowiańska! Gdzie twoje chwała?

Czyś ty już, nasza lipo, spróchniała?

Nicże już więcej z ciebie nie będzie,

Jak krzyż i warsztat na naszej grzędzie?

Oj cicho, pisklę! Ucisz swe płacze!

Z mojego drzewa skrzypki prostacze

Nastrój na nutę wielką, podniosłą,

Żeby w tym ludu serce urosło,

Żeby zagrały wszystkie krwi krople,

Żeby ta chwała co leży w Gople,

Buchnęła w niebo z swojej mogiły,

Żeby się słońca dwa rozświeciły:

Jedno – to jasne na modrej fali,

Drugie – słowiańskie z słowa i stali!”[12].

Jest to jedna z pierwszych wypowiedzi Lenartowicza w duchu słowianofilskim. Dla poety lipa jest symbolem Polski, a nawet całej słowiańszczyzny.

Słowiańszczyzna jest jak ścięte drzewo, jak lipa, której korę Niemiec obdziera, rąbie Wareg, a która jednak jest silna i każdego lata okrywa się kwiatem. Złota barwa przypomina o świętości tego drzewa. Słowianie przetrwali długie burze dziejowe. Polska stoi schylona nad grobem, mogiły sterczą na polu Kosowym, w Czechach Światosławnych w Wielkiej Morawie, popłynęła krew obfita. Pomorze Niemiec zmienił w swe warsztaty – i czyżby już nic nie miało stać się z tej lipy jak tylko krzyż.

Lipa uosabia ideę zjednoczenia się narodów słowiańskich w walce przeciw najeźdźcy. Drzewo odpowiada, że koniec jeszcze nie nadszedł. Należy z lipowego drewna wykonać skrzypce, które poruszą serce ludu, a ten przywróci dni chwały drzewu-słowiańszczyźnie. Lipa jest wyznacznikiem rodzinnego krajobrazu, poeta czyni z niej symbol Polski, a nawet całej słowiańszczyzny.

Duże znaczenie dla Lenartowicza ma także motyw czarnoleskiego drzewa, w którego cieniu tworzył Kochanowski. W tym kontekście przywołuje staropolskie obyczaje oraz pochwałę twórczości renesansowego mistrza jako wartości, które chciałby zamknąć w swojej poezji.

W twórczości Teofila Lenartowicza pierwszym literackim śladem zainteresowania poetą czarnoleskim jest wiersz zatytułowany „Jan Kochanowski”. Jan Nowakowski uważa, że utwór ten powstał po odwiedzinach Czarnolasu w roku 1844. Wiersz ten dokładnie objaśnia stosunek Lenartowicza do wartości czarnoleskiej poezji. Parafrazując najpopularniejsze utwory mistrza Jana i wykorzystując cytaty z fraszek i pieśni, wkłada poeta w usta swego podmiotu mówiącego wykład renesansowej filozofii życia godziwego; pochwałę mierności, stoickiej zgody na los i patriotyzmu. W tych wartościach upatruje Lenartowicz wielkości czarnoleskiej poezji, żywotności tradycji szlacheckiej:

”Pójdź gościu, w moje progi, otwarte ci wrota,

Wita cię stara prawość i stara prostota

Zrzuć zbroję i rumaka pachołkowi oddaj,

A zwyczajom się naszym staropolskim poddaj.”28

Utwór to znamienny dla recepcji poezji Kochanowskiego ze strony Lirnika mazowieckiego. Można stwierdzić, że ustala się pewien motyw persewerujący odtąd w utworach Lenartowicza, ilekroć przywołuje twórczość Jana z Czarnolasu. Motywem tym jest obraz imaginacyjny samego gospodarza dworu, jak stojąc przy nim, zwraca się w stronę gościa – by go powitać, gdy nadchodzi, albo pożegnać, gdy znów wybiera się w dalszą drogę.

Motyw lipy w twórczości romantyków staje się przykładem toposu, który może oznaczać zarówno walory sztuki poetyckiej, jak też uroki tradycyjnego dworku ziemiańskiego, wsi arkadyjskiej, gdzie lipa rozłożysta jest znakiem gościnności, radosnego nastroju, przyjaźni:

„Pod cienie lipy mojej, gościu pożądany,

Śpiesz się, tu cię pokrzepi mój dzban polewany,

Złota przywita lutnia i ubogie progi (…)”29.

Lenartowicz był jedną z wielu osób odwiedzających Czarnolas. Dzięki Czesławowi Zgorzelskiemu30 wiadomo, że odbył taką podróż w 1845 roku, czego dowodem jest stwierdzony przez badacza wpis do księgi pamiątkowej Czarnolasu z dnia 30 lipca tego roku, wpis wiersza od słów:

„Gdzież ta lipa ukochana,

Kędyż Jana dom ubogi?

[ . . . . . . . . . . . . . . . . ]

Gdzież ta lutnia złotodźwięczna

I pieśni polska taka wdzięczna?

[ . . . . . . . . . . . . . . . . ]

Twoja lipa obalona

Ale sława ciebie strzeże

Śród wieczności skamieniona

Po wiek wieki cześć swą bierze.”31

Wiersz jest wyrazem uwielbienia dla twórczości Kochanowskiego oraz świadectwem na to, że topos czarnoleskiej lipy, uosabiającej ideę twórczych sił poezji, był ważny dla Lenartowicza i działał inspirująco na jego wyobraźnię.

Obraz czarnoleskiego dworu – stwierdza Jan Nowakowski – wśród zieleni drzew, motyw spokojnego trwania z dala od zgiełku i krzątanin królewskiego czy pańskiego dworu, świadomej izolacji, z którą niesprzeczna uciecha w szczupłym gronie przyjaciół – oto charakterystyczne składniki wizji czarnoleskiego „Tusculum”, która na trwałe wpisuje się w pamięć i twórczość Lenartowicza. Pozostanie też w długie lata tułaczki motywem nostalgii (…) konstruując idealny obraz kraju, motyw towarzyszący wyrazom tęsknoty za oddaloną ojczyzną.32

Z podobnego wpisu poetyckiego z roku 1848 pochodzi poświadczenie ponownych odwiedzin Czarnolasu, jak i następny utwór Lenartowicza poświęcony pamięci Kochanowskiego:

Oj, daleka moja drogo!

[ . . . . . . . . . . . . . . . . . ]

Zda mi się, że widzę oto

Czarnoleski dworzec dawny

A pod lipą śpiewak sławny

Stoi z lutnią szczerozłotą

J krzyż na powietrzu kryśli,

I pierzchają smutne myśli.

[ . . . . . . . . . . . . . . . . . . ]

Z dala spod tej lipy swojej

Błogosławi drodze mojej.33

Szczególną postać przyjmuje arkadyjski mit szczęśliwego bytowania na ojczystej ziemi w „Małym Światku”, wierszu powstałym w 1851 roku, kiedy poeta przemykał się między sieciami zastawionymi na niego przez władze pruskie w Wielkopolsce.

Wiersz ten jest rekonstrukcją pożegnalnej Arkadii, utworzonej z wizerunków Polski, gdzie „modrzewiowy dwór ojcowy” ozdobiony rozłożystą lipą, wtopiony w obraz Polski chłopskiej, gdzie „po drodze stare stoją chałupy”:

„Jak to ja sobie

Domek ozdobię

Ten modrzewiowy

Dworzec ojcowy!

Naprzód przed dzwiami

Lipę zasadzę (…)”34.

Drzewo rosnące przy domostwie budzi skojarzenie z twórczością czarnoleskiego poety, który dokonał nobilitacji zacisznego lipowego ustronia.

Motyw czarnoleskich odwiedzin wraz z wyobrażeniem gospodarza domu – poety, powróci jeszcze parokrotnie, nawet w latach znacznie późniejszych, w perspektywie „kraju utraconego”, więc w „Dzwonie Zygmuntowskim” z 1869 roku, w wierszu „Torkwatowi Tasso” z 1870 roku i jeszcze znacznie później, w wierszu na 300-lecie zgonu Kochanowskiego: „O Satyrze albo leśnym mężu, Jana Kochanowskiego powierniku.” W pierwszym z tych utworów – „Dzwon Zygmuntowski” – dany jest wyraz daremnemu marzeniu:

O! Janie, ojcze polskiej pieśni,

[ . . . . . . . . . . . . . . . . . ]

W tej czarnoleskiej lip ustroni

Może cień ujrzę skroni twojej,

Jak tam opiera się na dłoni.35

Teofil Lenartowicz był piewcą dawnej wsi, harmonii jej krajobrazu, moralnego ładu bytowania normowanego prawami natury. Korzeni poetyckiego światopoglądu doszukiwał się w tradycji czarnoleskiej. Kilkakrotnie powraca w spuściźnie Lenartowicza motyw odwiedzin domu Kochanowskiego, scena spotkania z poetą. Dla dziewiętnastowiecznego autora jest to swoisty powrót do Arkadii – do krainy prostych praw moralnych i prostych wzruszeń estetycznych.36

Oceniając rangę Kochanowskiego w kulturze narodowej Lenartowicz stwierdzał, że:

Natychmiastowa popularność poezji Jana bardziej jest wymowna niż wszystkie pochwały, jakimi można by ją obdarzyć. Wiersze jego, tak jak wielkich klasyków, stały się przysłowiami – a popularność nie przychodzi nigdy bez racji.”37

W światopoglądzie poetyckim Teofila Lenartowicza zwrot ku poezji czarnoleskiej stanowił odwołanie do wyidealizowanej wizji utraconej ojczyzny. Wierna pamięć o poetyckim mistrzu owocowała konkretnymi walorami popularyzatorskimi wśród bardzo licznego grona polskich czytelników jednego z najpopularniejszych twórców drugiej połowy XIX wieku. Sposób widzenia tradycji czarnoleskiej przez Lenartowicza odcisnął swe piętno na utworach innych poetów ubiegłego stulecia.

Kreacja Jana Kochanowskiego jako poety – wieszcza – i to wieszcza szczęśliwego, ponieważ żyjącego w wolnej ojczyźnie i tworzącego na pożytek i chwałę wolnego narodu – utrwala się również na kartkach twórczości Wincentego Pola w utworach poświęconych czarnoleskiemu poecie: „Do Jana Kochanowskiego”, oraz we fragmentach poematów „Szajne – katarynka” i „Pieśni Janusza”.

Pol uważał Kochanowskiego za „poetę natchnionego”, a jego spuściznę za „perłę narodową” dla potomnych, przy czym dobitnie podkreśla polski charakter tej twórczości, ponieważ Kochanowski „śpiewał chwałę polskiej wioski.”38

Ludowość zatem jako postulat ideowy i estetyczny pokolenia romantyków krajowych, znalazła oparcie w tradycji poezji ziemiańskiej, podpartej autorytetem moralnym i artystycznym staropolskiego wieszcza. W doborze tej tradycji dokonała się uniwersalizacja pojęcia wiejskości; społeczny aspekt poezji ziemiańskiej, czy szerzej – szlacheckiej, dostrzegali jeszcze radykalni krytycy z pierwszego pokolenia romantyków.39

Zasadniczym motywem wierszy Pola poświęconych Kochanowskiemu jest zestawienie sytuacji dawnego poety, tzn. żyjącego w czasach świetności Rzeczpospolitej z warunkami historyczno-społecznymi, w jakich przyszło żyć autorowi. W wierszu „Do Jana Kochanowskiego” czytamy:

Ale serce ci zazdrości

Żeś na piękne trafił żniwo,

Żeś ojczyznę znał szczęśliwą

W czasach sławy i wielkości!

Żeś znał Polskę jeszcze wolną

I pobożną i orężną –

I poczciwą, prostą, rolną,

Światłą w Bogu i potężną .40

Po klęskach romantycznych zrywów, w warunkach narastających represji zaborców, utrwaliła się – zaszczepiona przez wielkich romantyków – szczególna rola społeczna poetów i poezji. W odniesieniu do twórców krajowych należy mówić tu nie tyle o rolach przywódców duchowych narodu, co o pozycji autorytetu moralno-społecznego i funkcji nauczyciela.

Jak pisze Stanisław Pigoń: „istotną sprawą była możliwość odwołania się do takich wartości, które stanowić by mogły skuteczną przeciwwagę dla zagrożenia bytu narodu. Te wartości odnajdywano w historii, a zwłaszcza w epoce ostatnich Jagiellonów.41

Wiersze Pola poświęcone Kochanowskiemu są przykładem postępującej mitologizacji polskiego złotego wieku. Zasadniczym elementem kształtowania takiej tradycji musiała zostać poezja czarnoleska:

Cała Polska rozkochana

Uwielbiała swego czasu

Wieszcza Jana z Czarnolasu,

Co tak rosiał po dąbrowie

Skarby ducha w ojców mowie.

Dziś już pewno ani szczypy

Z czarnoleskiej owej lipy (…)42.

Świadomość dawnej świetności stwarzała szansę optymistycznej wykładni współczesności:

Ale naród mówi sobie:

„Żywe duchem, żywe w grobie

I nie zginie wśród zapasu!43

Również istotnym, powodem kreowania Kochanowskiego do roli wieszcza narodowego były dwie przesłanki. Pierwsza – zasługi poety dla polszczyzny, bowiem on „najpierwszy w polskiej mowie”:

„Większe skarby nam odpisał

Wieszcz natchniony z Czarnolasu

Co też słodycz z masy wyssał

Nie złożyli u przystani

Wielcy króle i hetmani!”44

Druga przesłanka – to wzgląd na „poczciwą sławę” mistrza u współczesnych i potomnych, na powszechną znajomość jego twórczości i – co więcej – powszechną akceptację treści w niej zawartych:

„Boć twa sława i twe słowo

dziś już perłą narodową

Boć twym czarem my czarujem,

Boć twym sercem my dziś czujem (…)”45.

W twórczości Wincentego Pola otwiera się nowy nurt czarnoleskiej tradycji. Jego wiersze rozpoczynają cykl okolicznościowych utworów pochwalnych, pisanych z okazji rocznic czy uroczystości związanych z kultem poety i kult ten pomnażających.

Strofy Pola poświęcone Kochanowskiemu uznać należy za poważny wkład w dzieło popularyzacji spuścizny czarnoleskiej, a w konsekwencji kultury staropolskiej. Poezja czarnoleska jako nosicielka uniwersalnych idei, ładu, harmonii jednoczących cały naród jest pomostem pomiędzy przeszłością a współczesnością.

[1] J. Słowacki, „Poeta i Natchnienie” [w:], W kręgu rzeczy czarnoleskiej, A. Niewolak-Krzywda, Rzeszów 1987, s. 35

[2] ibidem

[3] C. K. Norwid, Moja Piosnka I, [w:] C. K. Norwid, Pisma wszystkie, Zebrał i wstępem opatrzył W. Gomulicki. Warszawa 1971-1976; tom. I, s. 66

[4] C. K. Norwid, Pisma wszystkie, op. cit., s. 37

[5] M. Jastrun – Norwid – poeta nieznany [w:] M. Jastrun Wizerunki, Warszawa 1956, s. 26

[6] A. Niewolak-Krzywda, W kręgu rzeczy czarnoleskiej, Rzeszów 1987, s. 102

[7] C. K. Norwid, Pisma wszystkie, zebrał, tekst ustalił, wstępem i uwagami krytycznymi opatrzył W. Gomulicki, Warszawa 1971-1976; t. I, s. 66

[8] ibidem

[9] C. K. Norwid, Do Nikodema Biernackiego [w:] J. C. Norwid Pisma wszystkie, zebrał, tekst wstępem i uwagami opatrzył J. W. Gomulicki, Warszawa 1971-1976; tom. I, s. 89

[10] Jan Nowakowski, Pod urokiem Czarnolasu. Jan Kochanowski – Teofila Lenartowicza [w:] Rocznik

Świętokrzyski Kieleckiego Towarzystwa Naukowego, Kraków 1981, s. 241

[11] A. S. Martyniak – Fakty i domysły na temat związków Marii Konopnickiej i T. Lenartowicza z

Łużyczanami [w:] Liryka Teofila Lenartowicza wobec pieśni ludowej, Warszawa 1983, s. 15

[12] T. Lenartowicz „Na lipę słowiańska” [w:] T. Lenartowicz, Wybór poezji, Wrocław 1972, seria B.N.,

  1. 34

28 T. Lenartowicz, Jan Kochanowski [w:] Wybór poezji, oprac. Jan Nowakowski, Kraków 1972, BN I

nr 5, s. 21

29 ibidem

30 Cz. Zgorzelski, Sycyna, Czarnolas i Zwoleń w opisach wędrówek po kraju. [w:] „Alma Mater Vilnensis” Wilno 1930; z. 9; według przedruku: Kochanowski, z dziejów badań i recepcji twórczości, oprac. M. Korolko, Warszawa 1980, s. 142

31 ibidem

32 J. Nowakowski, Pod urokiem Czarnolasu. Jan Kochanowski – Teofila Lenartowicza [w:] Janowi Kochanowskiemu ziemia rodzina, Rocznik Świętokrzyski, Kraków 1981, s. 243-244

33 Cz. Zgorzelski, op. cit. s. 143.

34 T. Lenartowicz „Mały światek” Poezje, wybór i oprac. J. Nowakowski, Warszawa 1968, s. 21

35 T. Lenartowicz – Dzwon Zygmuntowski, [w:] Poezje, wybór, wybrał i oprac. J. Nowakowski, Warszawa 1968, Biblioteka Poezji i Prozy, s. 666

36 A. Niewolak-Krzywda, W kręgu rzeczy czarnoleskiej, Rzeszów 1987, s. 47

37 T. Lenartowicz, O charakterze poezji polsko-słowiańskiej, Warszawa 1978, s. 107

38 W. Pol, Do Jana Kochanowskiego, cyt za: Poeci polscy o Kochanowskim, Kielce 1931, s. 14

39 A. Niewolak-Krzywda, op. cit., s. 48

40 W. Pol, op. cit., s. 14

41 St. Pigoń, Jan Kochanowski w sądach romantyków, [w:] Pamiętnik Zjazdu Naukowego im. Jana

Kochanowskiego, opr. W. Walecki, Warszawa 1976, s. 301

42 W. Pol, Szajne –Katarynka op. cit. s. 36

43 ibidem

44 ibidem

45 W. Pol, op. cit., s. 36

Oceń tę pracę