Dzieje inkwizycji hiszpańskiej

Główne wypadki od śmierci Torquemady do śmierci Karola V.

ROZDZIAŁ I. Drugi inkwizytor generalny Deza.

Nadużycia niezmiernej swej władzy, jakich się dopuszczał pierwszy generalny inkwizytor Hiszpa­nii Tomasz Torquemada, jego okrucieństwa i bar­barzyńskie postępowanie prowincjonalnych inkwi­zytorów, powinny były spowodować zaniechanie naznaczenia jego następcy i przyśpieszyć obalenie krwawego trybunału, tyle przeciwnego łagodności Ewangelii; lecz Ferdynand i Izabella zbyt byli zaśle­pieni, iżby korzystali z tak sprzyjającej sposobności. Kiedy tylko utracili ją, ale raczej pośpieszyli się z za­projektowaniem papieżowi na następcę Torquemady dominikanina Diega Dezy, który kolejno miano­wany był biskupem Zamory, Salamanki i Valencyi. Papież podpisał bullę konfirmacyjną dnia 1 grudnia 1498 roku, ograniczając wszakże władzę tego dru­giego inkwizytora generalnego jedynie” do spraw królestwa Kastylii. Deza niezadowolony ścieśnie­niem, odbierającym mu wpływ na królestwo Aragonu, odmawiał przyjęcia godności aż do chwili, w któ­rej papież przyodział go prawami, jakie dawniej słu­żyły Torquemadzie.

Ten drugi inkwizytor generalny równie był su­rowy jak jego poprzednik. Zaledwie rozpoczął swoje urzędowanie, a zaraz wydał nowe rozporzą­dzenia, upoważniające trybunał inkwizycyjny do większej czynności, jakby srogość Torquemady nie­dostateczna była i jakby czegoś nie dostawało tej części systemu inkwizytoryalnego. Deza jednocze­śnie dodał kilka artykułów dotyczących konfiska­cji tego ciągłego przedmiotu uwagi króla i święte­go oficjum.

Ponieważ gorliwość jego i ambicja nie miały granic, wprędce zaprojektował królowi Ferdynan­dowi ustanowienie inkwizycji według nowego pla­nu w Sycylii, Neapolu i poddanie jej w obu tych krajach pod zwierzchnictwo generalnego inkwizy­tora Hiszpanii, zamiast pozostawienia jej w zależ­ności od dworu rzymskiego. Monarcha przyjął tę propozycję i zalecił najprzód ustanowienie święte­go oficjum w Sycylii, tak jak istniało w Hiszpanii, ale Sycylianie długo stawili mu opór; trzeba było uspakajać liczne rozruchy i przez lat trzy utrzymy­wać wojsko w ciągłej baczności, nim wielki inkwi­zytor subdelegat rozpocząć zdołał swoje urzędo­wanie. Inkwizytorowie nakoniec przemogli, i po upływie kilku lat byli równie hardzi w Sycylii jak w Hiszpanii. Tymczasem naród nie mógł się przy­zwyczaić do tego nowego systemu inkwizytorjalnego, i czekał jedynie stosownej chwili oswobodzenia się; chwila ta nadeszła w 1516 r., cała wyspa w ogó­le powstała przeciw inkwizycji, uwolniono więź­niów, zrzucono by zapewne na zawsze inkwizycyjne jarzmo, gdyby Sycylia mogła później oprzeć się znakomitej potędze Karola V; wówczas powtórnie narzucono jej inkwizycję.

Szczęśliwsze było królestwo Neapolu; miesz­kańcy tak zawzięcie oparli się, że vice-król ujrzał się zmuszonym do zaniechania zamiaru Ferdynan­da, do dania mu do zrozumienia całego niebezpie­czeństwa, na jakie go naraża tak wyraźna opozycja. Ferdynand oświadczył na koniec, że zadowo­lony będzie, skoro Neapolitanie wypędzą z miasta swego wszystkich nowych chrześcijan, którzy opuś­ciwszy Hiszpanię, tam się schronili. Lecz i na to się nie zgodzono, bo jakkolwiek Neapolitanie nie lubili marranosów, brzydzili się jednak systemem inkwizycji hiszpańskiej.

Generalny inkwizytor Deza, dla wynagrodzenia niepowodzeń doznanych w Neapolu, zaprojektował Ferdynandowi ustanowienie inkwizycji w króles­twie Grenady. Królowa, która przyobiecała ochrzczo­nym Maurom, że nic podda ich pod władzę święte­go oficjum, odrzuciła z razu ten pojekt, lecz Deza tak zręcznie wziął się do rzeczy, iż uzyskał jej ze­zwolenie na to, aby inkwizytorowie Korduby roz­ciągnęli swą władzę w dziedzinie królestwa Grena­dy; co doskonale cel ich uzupełniło. .

Głównym inkwizytorem Korduby był wówczas D. Rodriguez de Luceto, którymu nadano przydo­mek ttntbrero (ponury). Nadzwyczajna nieludzkość jego charakteru tyle wyrządziła złego Mau­rom, że zbuntowali się i mocno zaniepokoili króla i królową, których zbrojne siły, po długiej dopiero walce, zdołały przywieść do uległości ten bitny naród. Bunt ten spowodował najzgubniejsze dla Maurów następstwa; bo 12 lutego tegoż samego roku 1502, Ferdynand i Izabella zastosowali do nich te same środki, które w roku 1492 ustanowili byli przeciw żydom. Wszystkim Maurom wolnym, obojgu płci, rozkazano opuścić Hiszpanię w przeciągu trzech miesięcy. Ten drugi niepolityczny dekret Ferdy­nanda znowu wyprawił do Afryki wielką ilość niau-rytaańskich rodzin. A tak inkwizycja wszelkiemi możliwemi środkami dziesiątkowała ludność Hisz­panii, i w przeciągu lat kilku wydarła jej blizko trzy miliony mieszkańców.

Deza był równie nienawistnie usposobiony prze­ciw izraelitom, jak jego poprzednik Torquemada. Niezadowolony wywołaniem wygnania Maurów, zaprojektował królowi zastosowanie dekretu wy­gnania z r. 1492 do mnóstwa żydów, od lat kilku przybyłych do królestwa. Ten nowy środek znowu pozbawił Hiszpanię znacznej części ludzi przemy­słowych, z których niewielu tylko przyjęło chrzest i inne nałożone sobie upokarzające warunki, aby mogli mieszkać w krajach jego królewskiej anty­katolickiej mości.

W tej samej prawie epoce i zawsze na skutek porady generalnego inkwizytora Dezy, Ferdynand dozwolił inkwizytorom Arragonu, pomimo przysięgi wykonanej na dotrzymanie ustaw krajowych, do­chodzić grzechu lichwy; czego dotąd dochodziły tyl­ko świeckie sądy. Zaledwie upoważniono inkwizy­torów do tej czynności, a więzienia świętego oficjum zapełniły się ludźmi, którym zarzucano ten rodzaj zatrudnienia.

Wkrótce potem inkwizytorowie przywłaszczyli sobie prawo dochodzenia grzechu Sodomy, pod po­zorem że powinien podlegać tej samej jurysdykcji co i wszystkie sprawy dotyczące wiary. Dziesięć osób winnych tego występku figurowało w auto-da-fe, odbytym w Sewilli r. 1506 i spalono je na stosie. Potrzeba tu nadmienić, że w chwili gdy inkwizytoro­wie aragońscy zamknęli w więzieniach świętego oficjum kilku księży z Saragossy, obwinionych o so­domię, arcybiskup tego miasta otrzymał od papieża breve, odsyłające tychże samych obwinionych przed sędziów cywilnych, ale pierwej już skazano i spalo­no wielu sodomitów. Okoliczność ta tern bardziej zasługuje na uwagę, że inkwizytorowie zwalniając księży i mnichów, aresztowanych za ten występek, nie przestawali prześladować za to samo ludzi świeckich wszelkich klas, pomiędzy którymi zna­lazł się skompromitowanym vice kanclerz Arragonu, który uwolnienie swoje zawdzięczał tylko swojemu nazwisku i wziętości.

Wieliri inkwizytor Deza całkowicie zaufał in­kwizytorowi Korduby Lucerze, którego nieludzkość sprowadziła najważniejsze następstwa. Lucero miał zwyczaj prawie każdego obwinionego uznawać za winnego i skazywać jako fałszywego penitenta. Obrzydliwy ten system wielka liczba nieszczęśli­wych przypłaciła życiem, a większą jeszcze wtrą­cono do więzienia, w chwili gdy Filip I objął rządy państwa Kastylii. Monarcha ten uwiadomiony o okru­cieństwach generalnego inkwizytora i jego przyja­ciela Lucery, rozkazał Dezie, aby wyjechał do swo­jego arcybiskupstwa w Sewilli i oddał władzę D. Ramirezowi de Guzman, biskupowi Katany. Zawie­sił także w urzędowaniu inkwizytora Lucerę i in­nych sędziów trybunału w Kordubie, i rozkazał Radzie Aajwyższej rozpoznać wszystkie sprawy rozpoczęte przez Lucerę. Ukończonoby je szczęśli­wie, gdyby nie śmierć Filipa I zaszła 25 wrze­śnia 1506 r., we trzy miesiące po objęciu tronu.

Zaledwie Deza dowiedział się o śmierci króla, zaraz usunął delegacyę i na nowo rozpoczął pełnić obowiązki generalnego inkwizytora. Unieważnił wszystko co zrobiono podczas zawieszenia go w urzędowaniu, a więzienia napełnił znowu ofiara­mi.  Mieszkańcy Korduby, sprzykrzywszy sobie jarzmo inkwizytora Lucery, którego Deza przy­wrócił, zbuntowali się, odbili więzienia i wypuścili niezliczone mnóstwo tam osadzonych. Aresztowano prokuratora, pisarza i kilku podrzędnych urzędni­ków trybunału, Lucerę ocaliła jedynie szybka uciecz­ka.  Wypadki te, tudzież przybycie do Hiszpanii Ferdynanda V, regenta państwa, tak dalece przera­ziły generalnego inkwizytora Dezę, iż sam zrzekł się urzędu i wyjechał do swojej dyecezji, gdzie umarł znienawidzony przez wszystkich Hiszpanów.

Deza w niegodny sposób prześladował czcigod­nego arcybiskupa Grenady, Ferdynanda de Talvera, równie jak uczonego Antoniego de Lebrija, które­go denuncjowali świętemu oficjum teologowie scho­lastycy, za wykrycie i poprawę omyłek, jakie z wi­ny przepisującego wkradły się w łaciński tekst Wulgaty. Na zgromadzeniu kardynałów, zwołaniem przez papieża, jednogłośnie uniewinniono arcy­biskupa Grenady, a Lebrija wyszedł z więzienia „wkrótce po usunięciu się Dezy. Za inkwizytorskich rządów tego arcybiskupa spalono żywcem 2,592 indywidua, 829 w wyobraże­niach, a 32,952 skazano na więzienie lub galery i na konfiskatę majątków. Grozę, jaką przejmowała inkwizycja, powiększało jeszcze bardziej nieznośne postępowanie agentów tego trybunału: kradli oni, zabijali bezkarnie i bezwstydnie, gwałcili dziewice i niewiasty, które nieszczęście w ręce ich wtrąciło. Skandal ten częste wywoływał w narodzie bunty przeciwko świętemu oficjum, często mocne zniewa­gi inkwizytorów; lecz temu złemu zaradzić tylko mog­li królowie i papieże, a jedni i drudzy własny tylko interes mieli zawsze na myśli.

Oceń tę pracę

Ciekawe i nadzwyczajne sprawy sądzone przez hiszpańską inkwizycję

Ponieważ niezliczone sprawy sądzone przez święte oficjum, a wytaczane o herezję, różniły się tylko między sobą lekkimi odcieniami okrucień­stwa, lub jakością i stopniem osób prześladowanych, które padły ofiarą tego straszliwego trybunału, prze­to nie widzimy potrzeby wchodzić tu w inne szczegó­ły oprócz wymienionych. Nie przytoczymy tu tak­że innych procesów o wielożeństwo, pederastię, lichwę, przemytnictwo i wiele innych występków lub wykroczeń prawdziwych lub głoszonych za prawdziwe, które przywłaszczyła sobie inkwizycja, i co do których wydawała mniej więcej srogie, mniej więcej niedorzeczne wyroki.

Lecz wśród tych wykroczeń znajdujemy niektó­re w procedurze swojej przedstawiające okolicz­ności, którym dzisiaj tak dalece uwierzyć trudno, że uważamy za stosowne tu je przytoczyć całkowicie. Mówić pragniemy o mniemanych czarownikach i magikach, których święte oficjum paliło w Hisz­panii w rozmaitych epokach, a szczególnej na po­czątku szesnastego i siedemnastego wieku. Proce­dury te dadzą nam sprawiedliwe pojęcie, jak dalece ci mnisi cofnęli cywilizację i zgęszczali mgłę ota­czającą całe ludy, skazując jako podejrzanych o czarnoksięstwo i magię niedołęgów i głupców, 'których oświecić byłoby daleko bardziej ludzko, tu­dzież obłudników i kuglarzy, których należało tylko demaskować, aby ich okryć wstydem.

Rzecz dosyć naturalna, że inkwizytorowie oskar­żali o magię ludzi, którzy wznieśli się daleko wyżej nad wszystkich owoczesnych teologów’ przez swą wiedzę i głęboką naukę, i nic dziwnego, że cierni mnisi uważali Pie de Mirandola i Galileusza za ludzi nadprzyrodzonych, których systemowo potę­piano w Rzymie; lecz jak można wierzyć, odnosząc się do czasów ciemnoty, aby papieże i inkwizytorowie mogli wmówić w siebie, że wiejscy prostaczkowie, bez dowcipu, bez nauki, bez żadnej znajomości na­turalnych przyczyn fizycznych lub chemicznych, byli prawdziwymi czarownikami lub straszliwymi magikami? Biedacy ci jednak byli jedynie igraszką iluzji wywołanych skutkiem jakiegoś napoju, jak o tym przekonają fakty, które później przytoczymy, wyjęte dosłownie z hiszpańskiej historii Sandovala z archiwów inkwizycji.

Już w r. 1507 inkwizycją Calahorry spaliła przeszło trzydzieści kobiet, jako czarownice i zwo­lenniczki magii. Ta sekta była wówczas nadzwy­czaj liczna, uznawała ona diabła za swojego pana i patrona, przyrzekała mu posłuszeństwo i zaszczy­cała go wyłączną czcią. Ze swojej strony, diabeł udzielał swoim czcicielom mocy zsyłania chorób na zwierzęta, szkodzenia płodom ziemnym, czytania w przyszłości, wykrywanie najtajemniejszych rze­czy itp.

We dwadzieścia lat później wykryto w Nawa­rze mnóstwo osób oddających się czarnoksięskiej praktyce; to wywołało następujący proces, który tu zamieszczamy, przypominając czytelnikowi, że to opis dokonany przez historyków hiszpańskich.

„Dwie dziewczyny, jedna lat jedenaście, druga dziewięć mająca, oskarżyły się same o czarnoksięstwo przed członkami królewskiej rady w Nawarze: wyznały że postarały się o przyjęcie ich do sekty jurguino&ów, to jest czarowników, i pod warun­kiem ułaskawienia ich, zobowiązały się wydać wszystkie należące do niej kobiety. Gdy im to sędzio­wie przyrzekli, dzieci wspomnione zeznały, że wi­dząc lewe oko osoby, mogą powiedzieć, czy ona jest czarownica czy nie; wskazały miejsce, w którym można było znaleźć wiele kobiet tego 'rodzaju, i w którym się one zgromadzały. Rada wysyłała tam komisarza, razem z obu dziewczętami i pięć­dziesięciu jazdy. Przybywając do każdego mias­teczka i wsi, mieli oni zamykać te dziewczyny w dwóch osobnych domach, wywiadywali się w urzę­dach, czy są tam osoby podejrzane o magię, i w ta­kim razie prowadzić je do tych domów, przedsta­wiać obu dziewczętom, dla wypróbowania sposobu, który one wskazały.

Z doświadczenia tego wyni­kło, że kobiety wskazane przez obie dziewczyny jako czarownice, były niemi rzeczywiście; zamknię­te w więzieniu wyznały, że ich jest przeszło sto pięćdziesiąt, że skoro jaka kobieta przybywała z żądaniem przyjęcia jej do ich towarzystwa, dawano jej, jeżeli była zdolna do małżeństwa, dobrze zbudowanego, silnego młodzieńca, z którym miewa­ła cielesne stosunki. Kazano jej wypierać się Jezusa Chrystusa i Jego religii. W dniu, w którym odbywał się ten obrzęd, w kole ukazywał się czarny kozieł, który kilka razy koło to obchodził; zaledwie do­słyszano jego głosu, wszystkie czarownice przy­biegały, i przy odgłosie podobnym do trąby, zaczy­nały tańczyć, wszystkie całowały kozła w tył, po czym jadły chleb i ser i piły wino. Po ukończeniu tej uczty, każda czarownica jeździła na swoim są­siedzie przemienionym w kozła, a po wytarciu so­bie ciała ekskrementami ulatywały w powietrze, udając się na miejsce, w którym złe wyrządzać chciały. Odbywały ogólne zgromadzenia w nocy przed Wielkanocą i innymi wielkimi uroczysto­ściami dorocznymi. Gdy się znajdowały na mszy świętej, hostia wydawała im się czarną, a jeżeli miały ochotę wyrzec się swoich szatańskich prak­tyk, widziały ją w naturalnym kolorze.

„Komisarz pragnąc naocznie przekonać się o prawdzie tego, kazał sprowadzić starą czarowni­cę, przyobiecał jej ułaskawienie, pod warunkiem, że w jego obecności wykona wszystkie swoje czarnoksięskie sztuki, i pozwolił, aby w czasie tej pracy uciekła jeżeli zdoła. Stara przyjęła tę propozycję, zażądała pudełka z maścią, którą przy niej znale­ziono, i weszła z komisarzem w koło, gdzie stanęła razem z nim przy oknie; w obecności wielu osób, za­częła nacierać sobie maścią dłoń lewej ręki, pięść, zgięcie łokcia, pod pachą, pod ramieniem i lewy bok, potem silnym głosem zawołała: „Czy jesteś tu? Wszyscy widzowie usłyszeli w powietrzu głos odpowiadający: „Tak oto jestem.” Kobieta zaczęła chodzić wzdłuż koła, ze spuszczoną głową, używając rąk i nóg na sposób jaszczurki; a przybyw­szy do środka wysokości, wzniosła się w powietrze wobec przytomnych, którzy ciągle ją widzieli, aż przebyła horyzont.

„Ponieważ widowisko to wszystkich zdziwiło, komisarz kazał ogłosić, że wypłaci znaczną summę pieniężną temu, kto mu sprowadzi tę czarowni­cę. „W przeciągu dwóch dni przytrzymali ją paste­rze i sprowadzili. Komisarz zapytał jej dlaczego nie uleciała tak daleko, aby umknęła tym, którzy jej szukali; odpowiedziała że pan jej nie chciał nieść dalej jak na odległość trzech mil, i że ją zo­stawił w polu, gdzie ją spotkali pasterze.

„Gdy doświadczenie to przekonało komisarza, że ta nieszczęśliwa jest rzeczywistą czarownicą, kazał dostawić inkwizycji przeszło sto pięćdziesiąt innych kobiet tejże sekty, które święte oficjum skazało jako przekonane o magię. Skazano je na dwieście razów chłosty, i na długo zamknięto w wię­zieniu.”

Inkwizycją w Saragossie osądziła także kilka czarownic, należących do stowarzyszenia w Nawa­rze, które przysłano do Arragonii, dla pociągania tam zwolenników. Przekonane o czarodziejstwo i ma­gię na proste podejrzenie i na zasadzie twierdzeń świadków, którzy nie widzieli czarownic, ale tylko słyszeli mówiących o ich operacjach, te nieszczęśli­we niechcące przyznać się do zbrodni, o które je obwiniano, zginęły w płomieniach jako zatwardziałe czarownice i jako mające zmowę z szatanem.

Inkwizytorowie z Logrona wzięli również pod sąd proboszcza wsi Bargota w dyecezyi Calahorry. Pomiędzy nadzwyczajnościami jego procesu czyta­my: „Gdy się oddawał największym operacjom czarnoksięskim w kraju Rioja i Nawarry, zachciało mu się odbywać w przeciągu kilku minut dalekie podróże; widział sławne wojny Ferdynanda V we Włoszech, oraz kilka bitw Karola Piątego i nie zaniedbywał nigdy ogłaszać w Logronie i Vianie zwycięstw odniesionych tego samego dnia lub w przeddzień, które potwierdzały się zawsze w ra­portach przywożonych przez gońców.” Dodają, że jednego dnia oszukał swojego szatana, aby ocalić życie papieża Aleksandra VI, czy też Juliusza II. Według jego własnych pamiętników papież miewał skandaliczne stosunki z damą, której małżonek sprawował przy nim znakomity urząd i dla tego nie śmiał użalać się otwarcie; lecz mimo to pragnął pomścić swój honor i uknuł spisek na życie papieża. Diabeł uwiadomił proboszcza, że papież umrze jeszcze tej samej nocy śmiercią gwałtowną.

Ksiądz z Bargoty postanawia przeszkodzić temu zamacho­wi, i nie wspominając nic o tern swemu poufałemu duchowi, projektuje mu, aby go przeniósł do Rzymu, iżby tam mógł słyszeć zawiadomienie o tej śmierci i być świadkiem tego co powiedzą o spisku. Przy­bywa więc ze swoim szatanem do stolicy chrześcijańskiego świata i idzie sam do papieskiego pała­cu, gdzie opowiada papieżowi wszystko co zaszło między nim a diabłem, a w nagrodę swojego dobre­go czynu, otrzymuje absolucję z czynionych mu zarzutów. Proboszcza z Bargoty wydano w ręce inkwizytorów z Logrona, którzy na mocy papieskiej absolucji uwolnili go, wymógłszy na nim przy­rzeczenie, że na zawsze zerwie wszelkie stosunki z diabłem.

Jakkolwiek szczególny jest proces proboszcza z Bargoty, zawsze jednak mniej niż proces doktora Eugeniusza Torralby, o którym Cervantes wzmian­kował w drugiej części przygód don Kiszota. Oto historia, jak ją nam opowiadają hiszpańscy autorowie:

„Torralba urodził się wmieście Cuenca. W pięt­nastym roku życia udał się do Rzymu, gdzie w cha­rakterze pazia pozostawał przy don Franciszku Soderinim, biskupie z Volterre, mianowanym kardyna­łem w r. 1503.  Uczył się filozofii i medycyny. Po uzyskaniu stopnia doktora, niejednokrotnie toczył z uczonymi spory o nieśmiertelności duszy, o boskości Jezusa Chrystusa, przeciw którym występo­wali oni tak silnie, że chociaż nie mógł stłumić w duszy swojej zasad religii, wpojonych weń od dzieciństwa, mimo to jednak wpadł w pyrrhonizm, i zaczął wątpić o wszystkim, nie wiedząc po której stronie prawda.

„Pomiędzy przyjaciółmi, jakich miał w Ptzymie, znajdował się pewny mnich dominikanin, zwany brat Piotr.  Ten mu raz powiedział, że ma na swo­je usługi anioła z rzędu duchów, któremu imię Ezechiel, tak doskonałego .w znajomości rzeczy przyszłych i skrytych, że żaden drugi mu nie wy­równa, ale tak szczególnej natury, że zamiast zmu­szać ludzi do umowy, przed udzieleniem im swoich wiadomości, bo tym środkiem zawsze się brzydzi, pragnie zawsze pozostać wolnym i z przyjaźni tyl­ko służyć temu kto mu ufa; że mu pozwala nawet wyjawiać innym swoje sekreta, ale że wszelki przy­mus, użyty dla. otrzymania od niego odpowiedzi, oddali go na zawsze od towarzystwa człowieka, do którego się przywiąże.   Brat Piotr zapytał potem Torralby, czyby rad był mieć za przyjaciela i sługę Ezechiela, dodając, że mu może wyjednać tę przy­jemność z powodu wzajemnej ich z sobą przyjaźni.

Torrałba z jak największym pośpiechem objawił chęć zaznajomienia się z duchem brata Piotra.

„Ezechiel zjawił się wkrótce pod postacią mło­dzieńca odzianego w suknię niebieskiego koloru i w czarnym okryciu; rzekł on Torralbie: Będę two­im przez cały ciąg życia twojego, i pójdę za tobą, gdziekolwiek sam pójść będziesz musiał. Po takiej obietnicy Ezechiel ukazywał się Torralbie podczas rozmaitych zmian księżyca, i ilekroć miał przenieść się z jednego miejsca na drugie, już to pod postacią podróżującego, już pod postacią pustelnika. Eze­chiel nie mówił nigdy nic przeciw chrześcijańskiej religii, nigdy nie wpajał w Torralbę żadnych zasad, ani doradzał żadnego występnego czynu; owszem, robił mu wyrzuty, skoro zdarzyło mu się popełnić jakikolwiek błąd i bywał z nim w kościołach na na­bożeństwach. Z powodu tych wszystkich okoliczno­ści Torralba sądził, że Ezechiel jest dobrym anio­łem, bo w przeciwnym razie inaczejby postępował.

„Torralba przybył do Hiszpanii około roku 1502. Wkrótce potem zwiedził całe Włochy, i gdy osiadł w Rzymie, pod protekcją kardynała de Volterre, nabył sławy biegłego lekarza, i cieszył się wzglę­dami kilku kardynałów. Ezechiel po większej części objawiał mu rzeczy dotyczące spraw politycznych. To też za powrotem Torralby do Hiszpanii w r. 1510, gdy się znajdował na dworze Ferdynanda Katolic­kiego, Ezechiel oświadczył mu, że monarcha ten otrzyma wkrótce nieprzyjemną wiadomość. Torralba czym prędzej uwiadomił o tern arcybiskupa Toleda Ximenesa Cisnerosa (później kardynała i generalnego inkwizytora) i wielkiego kapitana Gonzalesa Fernandeza z Korduby, a tego samego dnia goniec przyniósł listy z Afryki donoszące o nie­powodzeniu wyprawy przeciw Maurom i o śmierci don Garcii z Toleda, syna księcia Alby, który nią dowodził.

„Ximenes de Cisneros dowiedziawszy się, że kardynał Volterre widział, Ezechiela, zapragnął widzieć go także i poznać naturę i przymioty tego ducha. Torralba dla przypodobania się arcybisku­powi, błagał anioła, aby mu się ukazał pod postacią ludzką, jaką uzna za najprzyzwoitszą, ale Ezechiel nie znalazł za stosowne ukazywać się arcybiskupo­wi, lecz dla osłodzenia ostrości swojej odmowy zlecił Torralbie oświadczyć Ximenesowi de Cisne­ros, że z czasem zostanie królem, co się sprawdziło, mianowicie faktycznie, bo rządził samowładnie ca­łą Hiszpanią i Indiami.

Innym razem gdy Torralba był w Rzymie, anioł powiedział mu, że Piotr Margano postrada życie, jeżeli wyjdzie z miasta; lecz Torralba nie miał czasu zawiadomić przyjaciela w swoim czasie, ten wyszedł z Rzymu i został zabity.

[będziemy kontynuować prezentację tej pracy]

Oceń tę pracę

Mikołaj II w polskiej literaturze c.d.

kolejna odsłona prezentowanej już pracy magisterskiej

Mikołaj II pragnął żyć jeszcze, pragnął żyć w ciszy, w zapomnieniu, tego jedynie podobno pragnął. To życie mogli zachować Mikołajowi II i jego rodzinie jego najbliżsi krewni, więc Wilhelm II, cesarz wówczas jeszcze niemiecki, więc cesarz austriacki Karol. Ale ci panowie nie usiłowali wywrzeć nacisku, woleli zamilczeć, woleli tego niewdzięcznego krewniaka oddać na pastwę czerezwyczajki”[1].

Kilka ciekawych opinii o ostatnim Romanowie znajdujemy w przełożonej przez Józefa Waczkowa książce autorstwa Henri Troyata Rasputin”. Pisze on m.in. o początkowym stosunku Rasputina do monarchy, zanim jeszcze się poznali: „Dla niego Mikołaj II był swego rodzaju istotą najwyższą, otoczoną nimbem tajemnicy i dysponującą nieograniczoną potęgą”[2]. Stopniowo jednak dzięki wieścią z salonów Sankt Petersburga i ulicy, wyrobił sobie całkiem inny obraz cara: „Mikołaj II jest tylko poczciwym, w gruncie rzeczy bezwolnym, zdominowanym przez żonę i nad przepych i obowiązki władzy przenoszącym spokojne i dyskretne życie rodzinne. Słuchać poszeptywania, że nad jego głową pojawiają się złe znaki już od przedednia koronacji” . Na przykład śmierć ojca, krótko po zaręczynach Mikołaja, później tragedia na polach Chodynki itd.[3]

Dalej spotykamy się z jeszcze surowszą opinią: „Czy to z winy złośliwego losu, czy też z powodu błędnych decyzji, w każdym razie wydaje się, że Mikołaj II nie mógł niczego przedsięwziąć, co nie prowadziłoby do porażki. A mimo to odmawia z uporem ludzi słabych, uelastycznienia swojej linii postępowania. Jego obsesją jest za wszelką cenę utrzymać podstawy dynastii i nie oddać ani krzty władzy, która mu została[4] przekazana przez przodków. Rasputin, szczery monarchista, ani myśli go za to potępiać. Zastanawia się tylko, czy władca jest wystarczająco wspierany przez małżonkę”[5] [6] [7] [8].

Ciekawa jest wiadomość o tym, że gdy zorientowano się, iż mały Aleksy cierpi na hemofilię: „Według poleceń samego cara stan zdrowia rodziny monarszej ma być otoczony pełną tajemnicą. Ale jak zabronić służbie gadania” . Ten zwyczaj obowiązuje z resztą w Rosji do dziś. Czego najlepszym dowodem były jeszcze do niedawna doniesienia o stanie zdrowia Borysa Jelcyna.

Co jeszcze bardziej zdumiewające car: „Nie podzielając mistycznych uniesień żony, jako człowiek szczerze religijny wierzył, iż to Bóg dyktuje Rasputinowi kazania i proroctwa. Poza tym, po szybkim wyleczeniu Aleksieja, nie wątpił już w wyjątkowy talent uzdrowicielski świątobliwego starca”. Pomimo to na wieść o krążących o nim plotkach, zleca komendantowi pałacowemu gen. Diedulinowi i jego adiutantowi płk. Drentelnowi przeprowadzenie śledztwa w tej sprawie. Choć potwierdzają oni wysuwane zarzuty, to jednak ani te doniesienia, ani późniejsze oskarżenia wysuwane np. przez samego Stołypina nie doprowadziły do oddalenia Rasputina .

W dalszej części publikacji znajdujemy opis kolejnych „wybryków” ojca Grzegorza, jego proroctw, wygnań i powrotów. Wśród tego potoku sensacyjnych historii, można znaleźć również takie rodzynki, jak chociażby wiadomość o zamiłowaniu cara do polowań i to w dodatku w naszym kraju. „Po długim pobycie na Krymie rodzina monarsza 1 września 1912 roku jedzie do Polski (Królestwa Polskiego – przyp. aut.) na polowanie w puszczy białowieskiej. Zapalony myśliwy, Mikołaj II liczy na powalenie kilku ostatnich w Europie żubrów, które są tu trzymane dla jego rozrywki. Car nie gardził jednakże i drobniejszą zwierzyną, w swoim dzienniku odnotowuje nawet mnóstwo kaczek zastrzelonych w ciągu dnia” .

Autor zaprzecza także, krążącym plotkom o podejmowanych przez parę cesarską próbach zawarcia separatystycznego pokoju z Niemcami, za namową Rasputina: „Tak naprawdę car ani przez sekundę nie myśli o złożeniu broni. I ani Rasputin, ani Aleksandra Fiodorowna tego mu nie radzą. Ale w oczach ogółu nie przestają stanowić nierozerwalnego fatalnego tria”[9].

Zupełnie natomiast zaskakuje reakcja cara na śmierć „świątobliwego starca”: „Wydaje się, że tak naprawdę ówczesne doznanie cara to mieszanie zimnego gniewu wobec morderców i utajnionej ulgi, że wreszcie pozbył się „naszego Przyjaciela”. On zbyt kochający żonę, żeby sprzeciwiać się jej woli, może oto dziękować losowi, że uwolnił ją od tajemniczej potęgi, której ona od dawna się podporządkowała. Zdaniem komendanta Wojejkowa monarcha, dowiedziawszy się o śmierci Rasputina, zerwał się z miejsca i robiąc parę kroków, żeby rozchodzić ścierpłe nogi, nie mógł się powstrzymać od pogwizdywania. Również Wielki Książę Paweł potwierdza, że nazajutrz Mikołaj II wydał mu się zadziwiająco pogodny. Czytano w jego twarzy nawet niejaką wesołość”[10] [11].

Ta radość nie trwała długo: „Proroctwo Rasputina spełniło się co do joty: jego śmierć oddzwoniła koniec caratu. Romanowowie żyją półtora roku dłużej od tego, kogo wybrali za swojego duchowego przewodnika, który sądząc, że ich ochrania, w rzeczywistości pomógł Leninowi” .

W zupełnie innym stylu została napisana książka „Mikołaj II – tchórzostwo, kłamstwo i zdrada. Życie i upadek ostatniego cara Rosji”, autorstwa Elisabeth Heresch, przetłumaczona przez Elżbietę Ptaszyńską – Sadowską. Najlepiej intencje, którymi kierowała się badaczka podczas pisania tej publikacji, oddają następujące fragmenty słowa wstępnego napisanego przez nią samą. „Czy upadek Rosji był nieunikniony? Kim był człowiek nią władający i w jakiej mierze ponosi winę?

Zarówno obraz tego mężczyzny, jak i wydarzenia z 1917 r., określane mianem rewolucji październikowej, przedstawione były dotychczas w sposób mający uzasadniać powstawanie reżimu sowieckiego. Dlatego też Mikołaja II można było ukazać tylko w mrocznych barwach: jako człowieka słabego duch i charakteru, jako bezlitosnego despotę, brutalnie obchodzącego się z przeciwnikami, jako niedołężnego władcę przegniłego, niezdolnego do istnienia imperium, wybawionego od rządów Mikołaja dopiero przez rewolucjonistów.

Tu nie było miejsca naprawdę. Nikt nie miał odwagi przyznać, że Rosja pod panowaniem ostatniego cara przeżyła niespotykany rozkwit, a obserwatorzy zagraniczni przepowiadali, iż wkrótce może prześcignąć inne, zachodnie mocarstwa. Któż by odważył się wspomnieć, że to właśnie car Mikołaj II, w 1898 r. podjął inicjatywę zwołania konferencji pokojowej w celu załagodzenia międzynarodowych konfliktów i zapobieżenia wojnom, konferencję, która doprowadziła do utworzenia stałego Trybunału Rozjemczego. Należało też przemilczeć, że rewolucjoniści nie doszli do władzy ani w sposób demokratyczny, ani wskutek „prawdziwej” rewolucji, lecz w wyniku perfekcyjnie przeprowadzonego zamachu stanu, wieńczącego długoletnie przygotowania i finansowe zaangażowanie cesarskiego rządu niemieckiego”[12].

W dziele tym, które „… nie jest konwencjonalną biografią czy pełnym protokołem życia ostatniego cara Rosji”, autorka skupia się „… przede wszystkim na wydarzeniach pozostających w ścisłym związku z mechanizmem, który przyspieszał wyślizgiwanie się władzy z rąk cara, a sprzyjał rewolucjonistom. Nie tylko przyczynili się oni do położenia kresu dynastii, lecz także sprawili, że bogata i dumna cywilizacja rosyjska stała się ruiną Europy”[13]. A jak podkreśla sama Heresch imperium rosyjskie: „… za panowania ostatniego cara, osiągnęło stan gospodarczego i kulturalnego
rozkwitu…”.

I na koniec opinia samej autorki o ostatnim Romanowie na tronie Rosji: „Wizerunek ostatniego cara ukazuje mężczyznę stworzonego raczej na wzorowego ojca rodziny i pełnego rycerskości kawalera niż na władcę wszystkich poddanych Rusi. Mikołaj II był patriotą i człowiekiem wierzącym i z tych wartości czerpał właściwy mu zawsze spokój. Wiedział, czego chce, i działał rozważnie, lecz za mało ofensywnie, by móc wyjść naprzeciw naporowi wydarzeń tamtego czasu. Nie dane mu było przezwyciężyć próżni informacyjnej, jaka go otaczała; mechanizm zrodzony z „tchórzostwa, kłamstwa i zdrady – jak sam to określił – doprowadziły go do upadku.

Splot wydarzeń politycznych i rodzinnych wyznaczył zgubny los ostatniemu carowi wielkiego imperium. Lecz ów układ okoliczności był istotnie tak druzgocący, że należy zadać sobie pytanie: czy ktokolwiek zdołałby stawić mu czoło?”.

Aby lepiej przybliżyć stosunek Heresch do opisywanej postaci, pozwolę sobie przytoczyć kilka fragmentów jej książki. Wspomina ona np. jak kazał wychować swoje dzieci ojciec Mikołaja II car Aleksander III: „Chcę mieć mieć zupełnie normalne rosyjskie dzieci, a nie cieplarniane roślinki”, oświadcza zdecydowanie. „Muszą dobrze się uczyć, znać przykazania boskie i umieć się modlić, z umiarem bawić się, baraszkować. Proszę być surowym i nie cofać się przed stosowaniem kary !”, wpaja wychowawcom” .

Opisała także stosunek przyszłego monarchy do czekających go obowiązków: „Mikołajowi tymczasem wcale się nie spieszy, by dźwigać wcześniej, niż jest to konieczne, odpowiedzialność cara, której brzemię potrafi doskonale ocenić. Czyż nie mówił już nieraz jako dziecko, że nie czuje się właściwą osobą, by zasiąść na carskim tronie?” i dalej „Być może onieśmielają go nie tyle sama funkcja i urząd, ile ich ucieleśnienie w postaci ojca, osobowości pod każdym względem tak silnej, że do tego stopnia odmienny od niego młody człowiek, jak Mikołaj może przed nim jedynie skapitulować. Zresztą on nigdy nie będzie choćby w przybliżeniu taki jak Aleksander” . Może jeszcze przytoczę wnioski jaki nasunęły się autorce po przeczytaniu dziennika Mikołaja z okresu gdy był on jeszcze następcą tronu: „Jego notatki w dzienniku ukazują wizerunek człowieka nie tylko lubującego się w przyjemnościach miejskiego życia czy w polowaniu na wsi, lecz także mężczyzny miękkiego, wrażliwego, łatwo dającego się zranić, zwłaszcza gdy czuje się dotknięty nieszlachetnym lub niesprawiedliwym postępowaniem. W każdym takim wypadku – i to prawdopodobnie odróżnia go od młodych ludzi z krajów zachodnich o podobnej do jego pozycji – wyraźnie dochodzi do głosu jego religijność, nadająca postawie Mikołaja wobec przygnębiających wydarzeń rys fatalizmu (odbierany później jako apatia)”[14].

Warto również przytoczyć niezwykle celną uwagę pisarki, odnoszącą się do samego sposobu pisania pamiętnika przez cara, było to bowiem powodem stawianych mu później niesłusznych zarzutów. „Warto zauważyć, że obaj kuzyni (chodzi o Mikołaja i późniejszego króla Anglii Jerzego V – przyp. aut.) niemal w identyczny sposób prowadzą także swoje dzienniki (byli jaki już wcześniej wspominałem bliźniaczo do siebie podobni, w związku z czym często ich mylono, gdy razem pojawiali się w towarzystwie – przyp. aut.). Sprowadzają się one do zwykłego wyliczenia terminów i odnotowywania pozbawionych związku stwierdzeń, którym towarzyszy wyczerpujący opis pogody. Podczas gdy zwięzła precyzja Jerzego wzbudzała u jego potomnych podziw, w wypadku Mikołaja miała stać się przedmiotem krytyki: uważano ją za przejaw apatii, uczuciowego ubóstwa, braku temperamentu i w ogóle ludzkich odruchów”[15].

Niezwykle cenną dla każdego badacza jest zawsze relacja osoby, która bezpośrednio zetknęła się lub nawet brała udział w interesujących go wydarzeniach. Taką publikacją jest niewątpliwie, przełożona przez J. P. Zajączkowskiego książka Pierre Gillarda „Tragiczny los cara Mikołaja II i jego rodziny”. Był on wychowawcą „… następcy tronu, carewicza Aleksego…, który spędził trzynaście lat na dworze petersburskim, dzieląc los rodziny carskiej tak podczas uwięzienia w Carskim Siole, jak i w Tobolsku i Jekaterynburgu. Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że Gilliard uniknął śmierci”[16].

Brał on później udział w pracach Komisji Śledczej, która zajmowała się wyjaśnieniem „… okoliczności tragicznej śmierci rodziny carskiej”. Pozwoliło mu to na udzielenie nie tylko „…najbardziej wiarygodnych informacji na temat życia prywatnego rodziny carskiej i jej losów po abdykacji Mikołaja II…”[17], ale także tragicznego finału w domu Ipatiewa.

Gilliard pisze o carze przychylnie, jednak nie bezkrytycznie, ale oddajmy mu głos: „Dlaczego los tak sprawił, by car Mikołaj panował na początku dwudziestego wieku, w tych najcięższych czasach jakie zna historia?

Car, który był uosobieniem natury rosyjskiej z całą jej szlachetnością i rycerskością, człowiekiem o wielkich zaletach charakteru, był jednocześnie słaby i chwiejny.

Jego nieskalana uczciwość sprawiała, że był niewolnikiem danego słowa. wierność sojusznikom stała się przyczyną jego śmierci. Nie lubił dyplomatycznych niuansów, nie był też stworzony do walki, zawsze ulegając okolicznościom. Był skromny i nieśmiały, brak mu było wiary w siebie. Jego pierwotne decyzje były najczęściej słuszne, nieszczęście polegało na tym, że z powodu braku pewności siebie rzadko obstawał przy swoim. Szukał rady u osób, które uważał za bardziej kompetentne i od tego momentu sprawy wymykały mu się z rąk. Wahał się pomiędzy dwiema sprzecznymi opiniami i najczęściej przychylał się do tej, która była sprzeczna z jego poprzednią decyzją”[18].

Autor pisze także o wpływie małżonki na monarchę: „Jej wpływ na cesarza był ogromny, lecz niemal zawsze niewłaściwy. Caryca wnosiła do polityki zbyt wiele emocji…

I dalej o samym Mikołaju II: „Imperatora cechowała sprawiedliwość; jego celem było czynienie dobra, a jeśli nie zawsze mu się udawało, winni byli ci, którzy ukrywali przed nim prawdę i bronili go przed kontaktami z narodem. Szlachetne porywy cesarza rozbijały się o pasywny opór wszechwładnej arystokracji, która uważała, że inicjatywa osobista jest mało istotna w porównaniu w wyższymi dążeniami, kierującymi biegiem wydarzeń.

Będąc człowiekiem wrażliwym, cesarz czułby się najszczęśliwszy gdyby mógł żyć jak zwykły śmiertelnik, podporządkowany losowi, przyjmując z radością i pokorą wszystkie ciężary jakie Bóg nań zsyła.

Okrutny los spotkał władcę, który przez cały okres swego panowania pragnął przybliżyć się do swych poddanych, lecz nie potrafił znaleźć do nich drogi” . Ciekawym uzupełnieniem wiadomości podanych przez Gilliarda jest zamieszczony w aneksie wywiad z Gelijem Riabowem, który także badał sprawę tragicznego losu ostatniego Romanowa i podaje swoje własne ustalenia[19].

Wbrew pozorom prawie żadnych faktów z życia ostatniego monarchy rosyjskiego nie znajdujemy w pamiętniku napisanym przez syna Piotra Stołypina – Arkadiusza, przy współpracy jego syna Dymitra. Udostępnione one zostały polskim czytelnikom dzięki przekładowi Pawła Hertza. Autor wspomina tylko o prostych upodobaniach cesarza, a dotyczących spożywanych posiłków. „W latach 1906-1907, gdy z jednej strony należało położyć kres terrorowi, a z drugiej ogłosić reformy, car i premier ( Piotr Stołypin – przyp. aut. ) pracowali niekiedy całymi nocami. Około czwartej nad ranem car mówił do któregoś ze służby: „Proszę kazać przynieść dla Piotra Arkadjewicza i dla mnie dwie tartinki z szynką i dwie z serem, a także piwo”. Skromny posiłek, który można porównać z tym, co jedzą pilni studenci pracujący do późna” . W dodatku znajduje się też „List Mikołaja II do Piotra Stołypina” napisany przez monarchę, gdy pierwszy raz spotkał się z Grzegorzem Rasputinem w 1906 roku[20].

Natomiast zdecydowanie negatywny obraz cara Mikołaja II, znajdujemy w tłumaczonej przez Tadeusza Szafara, monografii Richarda Pipesa „Rewolucja rosyjska”. Pozycja ta, co prawda bardziej przydatna jest przy pisaniu o rewolucji bolszewickiej. Autor książki nie mógł nie zająć stanowiska wobec osoby, która swymi działaniami doprowadziła do jej wybuchu, a później zginęła w czasie jej trwania. W wypowiedziach Pipesa uderza zdecydowanie niechętny i krytyczny stosunek do monarchy rosyjskiego. A oto przykłady: „Car Mikołaj II opowiadał się za absolutyzmem, po części dla tego, że wierzył, iż przysięga koronacyjna nakłada na niego święty obowiązek podtrzymywania ustroju, po części zaś z powodu przeświadczenia, że inteligenci nie są zdolni rządzić cesarstwem. Choć nie całkiem przeciwny pewnym następstwom, pod warunkiem, że pozwoliłyby przywrócić porządek, cierpliwością nie grzeszył: jeśli następstwa nie doprowadzały natychmiast do pożądanych rezultatów, porzucał je i uciekał się do środków policyjnych”[21].

Albo w innym miejscu: „Jego osobiste skłonności popychały go zawsze ku represjom”[22].

Jeszcze bardziej dosadne i jednoznaczne są następujące cytaty: „Jednak jak gdyby wskutek przypadku genetycznego, Rosję u progu XX wieku poraziło podwójne zło: car, któremu nie dostawało inteligencji i charakteru do rządzenia, upierał się mimo to przy zabawie w samowładcę”[23].

W innym miejscu autor pisze: „… przyszły Mikołaj II od dzieciństwa przejawiał wszystkie cechy cara – „mięczaka”. Nie okazywał żądzy władzy i nie lubował się w ceremoniale; większą przyjemność sprawiały mu godziny spędzane w towarzystwie żony i dzieci oraz uprawianie sportu na wolnym powietrzu. Choć przeznaczona mu była rola samowładcy, w rzeczywistości najbardziej nadawał się na monarchę ceremonialnego. Odznaczał się wykwintnymi manierami i ogromnym wdziękiem; Witte uważał Mikołaja za najlepiej wychowanego człowieka, jakiego dane mu było spotkać. Jednak pod względem umysłowym miał w sobie coś z prostaka.

Samowładztwo traktował jako świętą powinność, uważając się za kuratora ojcowizny odziedziczonej po ojcu, poczuwał się więc do obowiązku przekazania jej swemu następcy. Żaden z rekwizytów władzy nie sprawiał mu przyjemności. W rzeczy samej nigdy nie sprawiał wrażenia tak uszczęśliwionego, jak wtedy, kiedy w marcu 1917 roku został zmuszony do abdykacji. Wcześnie nauczył się skrywać uczucia pod kamienną maską. Choć podejrzliwy, a czasami nawet mściwy, w istocie był człowiekiem poczciwym, o prostych upodobaniach, cichym i skromnym, zdegustowanym ambicjami polityków, intrygami urzędników i współczesnymi obyczajami w ogóle. Nie lubił silnych osobowości, trzymając je na dystans, a wcześniej czy później wyzbywał się najzdolniejszych ministrów na rzecz dających się lubić i nadskakujących mu zer”.

Wychowany w bardzo sztywnej atmosferze dworskiej, nie miał okazji dojrzeć ani uczuciowo, ani intelektualnie” . Co gorsza: „… nawet po ukończeniu przez Mikołaja 23 roku Aleksander III onieśmielał go, traktując go jak dziecko”.

W wyniku takiego wychowania przyszły car Mikołaj II nie był przygotowany do samodzielnych rządów. Po zgonie ojca wyznał jednemu z ministrów, że nie ma pojęcia, czego od niego oczekują: „Nie umiem nic. Zmarły monarcha nie przewidywał śmierci i w nic mnie nie wtajemniczył”. Instynkt podpowiadał mu, aby we wszystkich sprawach wiernie kroczyć śladami ojca, zwłaszcza gdy szło o podtrzymanie ideologii i instytucji absolutyzmu patrymonialnego, tak więc też postępował, dopóki okoliczności na to pozwalały.

Co gorsza, Mikołaja ścigał pech od dnia urodzin, które przypadały w imieniny Hioba. Czego się tknął, zamieniało się w proch, niebawem też zyskał przydomek cara – „pechowca”. On sam zaczął podzielać to powszechne przekonanie. Bardzo to zaważyło na jego zaufaniu we własne siły, rodząc w nim nastrój rezygnacji, od czasu do czasu przerywany wybuchami uporu”[24].

Pisząc o masakrze w domu Ipatiewa autor przyznaje jednak, „… że była najzupełniej niepotrzebna. Romanowowie dobrowolnie, wręcz ochoczo, wycofali się z aktywnej polityki i podporządkowali się wszystkim żądaniom ich bolszewickich stróżów więziennych. Nie mieli wprawdzie nic przeciwko temu, aby dać się porwać i wywieźć na wolność, ale nadziei na ucieczkę z więzienia, zwłaszcza więzienia, w jakim ich osadzono (…), nie można chyba zakwalifikować jako „zbrodniczego planu”, jak ją nazywali jekaterynburscy bolszewicy dla usprawiedliwienia egzekucji”[25] [26] [27] [28]. Poza tym mieli dość czasu, aby przewieźć ich do Moskwy. Przy czym podjęcia decyzji szukać należy „… w politycznych potrzebach rządu bolszewickiego”. W tym czasie, tj. w lipcu 1918 roku, atakowany ze wszystkich stron, osiągnął on dno swego upadku, a: „Do scementowania rozsypujących się szeregów trzeba było krwi” . Wybór padł na Mikołaja II i jego rodzinę, dając początek największemu ludobójstwu w dotychczasowej historii ludzkości.

Diametralnie inny obraz ostatniego cara Wszechrosji wyłania się po lekturze innej książki cytowanego już na łamach tej pracy, Roberta K. Massiego pt. „Mikołaj i Aleksandra”, udostępnionej polskiemu czytelnikowi dzięki tłumaczeniu Krzysztofa Kwiatkowskiego. Jak przyznaje sam autor, publikacja ta jest opisem zmagań rodziny carskiej z chorobą jedynego syna i następcy tronu (mowa o hemofilii – przyp. aut.), które to zmagania „… zaważyły na losach całego świata” . Nie ogranicza się on jednak tylko do tej sprawy, a zakres jego „… dociekań objął całą bogatą panoramę lat panowania Mikołaja II, jego rolę jako cara, jego miejsce w historii oraz wspaniałą epokę, w której sprawował rządy” .

W następujący sposób Massie przedstawia dotychczasowy stan badań dotyczący osoby Mikołaja II. „Najczęściej przedstawia się go jako płytkiego, słabego i głupiego – jako człowieka małego formatu stojącego niepewnie na czele skorumpowanego i załamującego się systemu w końcowej fazie jego istnienia. Taki z pewnością jest powszechny wizerunek ostatniego cara Rosji.

Historycy przyznają, że Mikołaj był „porządnym człowiekiem” – historyczne świadectwo tego, iż ostatni car był pełnym uroku człowiekiem, delikatnym, kochającym rodzinę, głęboko religijnym oraz żarliwym patriotą jest nazbyt przekonujące, by można je było podważyć. Argumentują jednak, że osobiste cechy w historycznej ocenie władcy są nieistotne, a najważniejsze jest to, iż Mikołaj był złym carem”. Ich zdaniem: „Miarą wielkości cara, czy w ogóle człowieka sprawującego władzę, nie jest jego prywatne życie lub dobre intencje, lecz działanie publiczne.

Z tego punktu widzenia Mikołaj II rzeczywiście nie był wielkim carem” (s.6 ). Dotychczas bowiem, wielcy politycy rosyjscy „… zawsze siłą i terrorem pchali do przodu zacofany naród”. „Mikołaja, który miał rękę lżejszą niż którykolwiek z jego poprzedników, nazwano „Krwawym”. To ironia tym bardziej gorzka i dramatyczna, że on wiedział o tym przydomku” (s.6).

Niezwykle trafna wydaje się następująca ocena cara, pióra Massiego: „Tragedią Mikołaja był fakt, że pojawił się on w złym miejscu w historii. Wykształcony do rządów w XIX wieku, z temperamentu nadający się bardziej do systemu politycznego Anglii, żył i panował w Rosji w wieku XX, gdzie wokół niego rozpadał się świat, który znał i rozumiał. Wydarzenia toczyły się zbyt szybko, przekonania zmieniały się zbyt radykalnie. Gigantyczna burza, jaka rozpętała się nad Rosją, porwała jego i wszystkich, których kochał. Mikołaj do końca robił co mógł, i dla jego żony i rodziny znaczyło to bardzo wiele. Dla Rosji było to za mało.

Człowiek ten, który dość mgliście zdawał sobie sprawę z potęgi zbliżającej się zawieruchy i mimo wszystko starał się dzielnie spełniać swe powinności, jest postacią szczególnie charakterystyczną dla naszego stulecia. Dlatego zapewne dziś lepiej potrafimy ocenić zalety Mikołaja II i zrozumieć jego tragedię” . Zdajemy sobie bowiem sprawę, że istnieją siły, których nie może opanować nie tylko pojedynczy człowiek, ale i grupy ludzi. Zmieniły się także kryteria oceny osiągnięć ludzkich. Dlatego zdaniem autora, „Mikołaja i Aleksandry” : „Zaplątany w sieć, z której nie potrafił się wyrwać, Mikołaj zapłacił za swe błędy – zginął śmiercią męczeńską wraz z żoną i pięciorgiem dzieci. Ale los nie pozbawił ich wszystkiego. Dawny system wartości, któremu hołdowali, wiara, za którą ich wyszydzano, dodały im odwagi i godności, które z upływem lat zrekompensowały wszystkie inne. Te ludzkie wartości mają wymiar ponadczasowy i przetrwają rozwój i upadek każdego imperium. Właśnie z racji tych wartości Mikołaja II należy uznać za człowieka wyjątkowego. I w rezultacie to on zwyciężył”.[29]

Dla jeszcze lepszego zobrazowania stosunku Massiego do cara, przytoczę fragment książki, gdzie ocenia on proces edukacji, któremu przyszły monarcha został poddany. „Jego edukacja była ze wszech miar doskonała. Posiadał niezwykłą pamięć i świetnie znał historię: mówił po francusku i niemiecku, a swą angielszczyzną mógłby zwieść profesora z Oxfordu . wspaniale jeździł konno, czarująco tańczył i był doskonałym strzelcem. Nauczono go prowadzić dziennik i, podobnie jak wielu książąt i dżentelmenów tamtej epoki, dzień po dniu skrupulatnie notował stan pogody, liczbę upolowanego ptactwa oraz nazwiska ludzi, z którymi spacerował i jadał obiady”[30][31].


[1]    Tamże, s. 206-207.

[2]    Tamże, s. 207.

[3]    Tamże, s. 216-217.

[4]     H. Troyat, Rasputin, Warszawa 1998, s. 23.

[5]    Tamże, s. 24.

[6]    Tamże, s. 29.

[7]    Tamże, s. 35-37.

[8]    Tamże, s. 57.

[9]    Tamże, s. 111.

[10]   Tamże, s. 139.

[11]   Tamże, s. 156.

[12]   E. Heresch, Mikołaj II – tchórzostwo, kłamstwo i zdrada. Życie i upadek ostatniego cara Rosji, Gdynia 1995, s. 9.

[13]   Tamże, s. 10.

Tamże, s. 20-21.

[15]   Tamże, s. 21.

[16]   Tamże, s. 21-22.

[17]   Tamże, s. 105-110.

[18]   A. Stołypin, D. Stołypin, Cesarstwo i wygnanie. Przed i po roku 1917. Pamiętniki, Warszawa 1998, s. 44.

[19]   Tamże, s. 328.

  1. Pipes, Rewolucja rosyjska, Warszawa 1994, s.7.

Tamże, s. 12.

Tamże, s. 44.

Tamże, s. 44-45.

[24]   Tamże, s. 45.

[25]   Tamże, s. 622.

[26]   Tamże, s. 622.

[27]   R. K. Massie, Mikołaj I Aleksandra, Warszawa 1995, s. 6.

[28]   Tamże, s. 6.

[29] Tamże, s. 7

[30] Tamże, s. 21-22.

[31] Tamże, s. 117.

[32] Radzinski, Jak naprawdę zginął car Mikołaj II, Warszawa 1994, s. 19

[33] Tamże, s. 27.

5/5 - (1 vote)

Sprawa polska na Śląsku cieszyńskim

W prasie galicyjskiej i warszawskiej można się spotkać, zwłaszcza w ostatnich czasach, z wyrazami szczerych uniesień dla patriotyzmu ludności polskiej na Śląsku cieszyńskim.

Trudne i przykre warunki bytu narodowego polskiej lud­ności, echa walk o polską szkołę, na kresach, sprawiają, iż społeczeństwo polskie spogląda na Śląsk, jako na kraj, którego ludność goreje ofiarną walką w obronie praw narodowych. Niestety, opinia społeczeństwa naszego nie odpowiada rzeczy­wistości. Dlatego wszelki optymizm w tym kierunku, choćby z szczerych płynący pobudek, przynosi szkodą Śląskowi.

Śląsk Cieszyński jest klasycznym krajem, gdzie indyferentyzm narodowy paraliżuje akcje, odrodzeniową i ułatwia germanizację i czechizację młodszych pokoleń. Po rozpatrzeniu i zanalizowaniu warunków społecznych i politycznych kraju, należy zbadać psychologię samej ludności polskiej i jej sto­sunek do sprawy polskiej. Odmienne stosunki polityczne, inne niż w reszcie ziem Polski, sprawiają, iż kwestia polska na Śląsku inaczej kształtować się musi.

Śląsk, oderwany przed wiekami od Polski, nie brał udziału w świetnych chwilach potęgi państwowej niepodległej Rzeczy­pospolitej. Obcymi pozostały dla niego krwawe, pełne ofiar i po­święceń walki o niepodległość narodową, obcymi były dla niego dzieje narodu polskiego. Ludność, wychowywana stulecia całe w poddaństwie książąt niemieckich i czeskich królów, nie zdo­łała wytworzyć w sobie poczucia przynależności narodowej. Nie przestała jednak być polską. Przetrwała liczne dynastie i państwa, ustroje społeczne i systemy polityczne, zniosła brzemię przeróżnych „stanów posiadania”, „praw historycz­nych” i „języków urzędowych” i nie zatraciła w sobie nic z tych cech charakterystycznych, które czynią ją polską. Pod­czas gdy górne warstwy polskie na Śląsku przyjmowały obcy język, obyczaje i narodowość, lud pozostał polskim.

Wynarodowiły się owe górne warstwy, o których dziś tylko nazwiska i herby rodowe świadczą, że właściciele ich niegdyś polską władali mową. Inna rzecz, że ludność śląska nie zdaje sobie sprawy z tego, nie umie często znaleźć nazwy swojego własnego narodu, w przeciwstawieniu do ludności z innych dzielnic Polski powiada o sobie: my „tutejsi”, po „naszemu” mówimy, my nie są „Polacy” itd. — mimo to wszystko lud­ność śląska polskim mówi językiem, jest szczerze i gorąco przywiązana do wszystkiego, co swojskie, w zetknięciu z obcymi obyczajami — namiętnie trwa przy swoim. Brak jej świado­mości, że jest polską, że ludność w Poznańskim, na Mazowszu i Kujawach takim samym włada językiem. Rozwój stosunków społecznych zepchnął ją na stanowisko drobnorolnego chłop­stwa i proletariatu przemysłowego i oddał w zależność eko­nomiczną i społeczną od obconarodowych warstw posiadają­cych. W tej zależności pozostaje dotychczas. Odsunięta od udziału w rządach i stanowienia o sobie, pozbawiona praw politycz­nych, zatrzymała to, co stanowiło istotną treść jej duszy, tj. polski język i obyczaje. Nie umiała — bo nie mogła — zna­leźć dla nich nazwy. Ale czy zna ją polski chłop w Galicji? Emi­gracja z Galicji na Śląsk wskazuje najdowodniej, że chłop galicyjski po przybyciu na Śląsk nie wie, jaką jest jego na­rodowość. I nie jego to wina, podobnie jak nie można winić ludności śląskiej, iż nie garnie się sama do polskiej kultury, nie staje do walki w obronie praw narodowych.

Jest jednak pewna różnica między ludnością śląską a np. nieuświadomioną narodowo ludnością galicyjską. Ta ostatnia nie zna swej narodowości, pierwsza zaś zastrzega się wy­raźnie, jakoby była polską. W tym leży jej separatyzm naro­dowy, który prowadzi do tego, że ludność na Śląsku nie uważa się ani za niemiecką, ani za czeską, ale za „śląską”. „My są Ślązacy” — powiada o sobie. Obojętną dla niej pozostaje walka czesko-niemiecka na Śląsku, nie zupełnie zajmuje się i nie ma jasnego zrozumienia dla walki części uświadomionej ludności polskiej o polską szkołę, język polski w urzędach i sądach, o odpowiednią reprezentację w Sejmie, Wydziale kra­jowym i Wydziałach gminnych, i t. d. i t. d.

Na tej obojętności polega indyferentyzm narodowy ludności śląskiej. I oto dla­czego sprawa polska na Śląsku sprowadzać się musi przede-wszystkim do rozbudzenia świadomości narodowej, do zupeł­nego równouprawnienia politycznego i naro­dowego. Na wielkie hasła wyzwolenia, sięgające w przyszłość narodu, ludność śląska nieprzygotowana, trzeba w niej pierwej obudzić świadomość narodową, wyrobić poczucie żywej łącz­ności z całym narodem, trzeba wykorzeniać fałszywe pojęcia o urojonej „narodowości” śląskiej, wykazywać wspólnotę ję­zykową, przedstawiać separatyzm, jako objaw szkodliwy, uła­twiający ekspansję żywiołów obconarodowych. Trzeba powo­ływać masy do udziału w życiu politycznym i narodowym, tłumaczyć korzyści tej akcji w życiu gospodarczym. Trzeba ludność przekonywać o konieczności walki o równouprawnienie narodowe i polityczne. Stosunki narodowościowe na Śląsku Cieszyńskim są tego rodzaju, że z chwilą uświadomienia lud­ności śląskiej i zdobycia przez nią równouprawnienia i udziału w rządach krajowych odpowiednio do liczby, jaką przedstawia— wpływy obconarodowe zejdą do minimum. Braknie im materiału podatnego i dogodnego podłoża. Z tych przyczyn kwestia polska na Śląsku Cieszyńskim równoznaczna jest z równo­uprawnieniem politycznym i narodowym śląskiej ludności.

Pozostaje zbadać stosunek poszczególnych warstw ludności śląskiej do tak pojmowanej kwestii polskiej.

Reprezentantów wielkiego kapitału przemysłowego lub rolnego wśród polskiej ludności na Śląsku niema zupełnie. W ostatnim dziesięcioleciu tworzy się w miastach i w osadach przemysłowych typ drobnego polskiego przemysłowca, powstają mniejsze przedsiębiorstwa przemysłowe. Wśród ludności rolni­czej największą posiadłość stanowią tzw. większe gospodarstwa chłopskie, które nikną wobec wielkiej posiadłości, obconarodowej.

Obie warstwy powyższe posiadają nielicznych reprezen­tantów, zwłaszcza pierwsza jest w stadium tworzenia się. Wpływ jej na odniemczenie miast śląskich może być znaczny.

Miasta i miasteczka przemysłowe — a takimi są prze­ważnie śląskie — rosną głównie imigracją z okolic wiejskich. Ze wzrostem przemysłu wzrasta ich ludność, przy czym żywioł napływowy przewyższa przyrost naturalny. Miasta i miasteczka śląskie otoczone są wokół osadami polskimi. Stosunki, zacho­dzące między wsią a miastem, prowadzą do wpływów wzajem­nych. Dlatego też Niemcy, chcąc utrzymać niemieckość miast, starają się zniemczyć okoliczne osady polskie. Z nadaniem większych praw politycznych i wolności okolicznemu ludowi polskiemu, uwidoczni się zaraz przewaga i wpływ okolicznej ludności w miastach. (A miasta są dziś ośrodkami germanizacji). „W ten sposób odniemczyła się Praga, która trzydzieści lat temu była miastem wyraźnie niemieckim, a dzisiaj jest niemniej wyraźnie czeskim; w ten sposób odniemczyła się Lu­biana, stolica Słoweńców; w ten sposób odniemczają się miasta na zachodzie Polski etnograficznej” [1]).

Powstawanie warstwy polskich kupców i przemysłowców jest jednym ze składowych czynników w powyższym procesie.

Ludność wiejska na Śląsku jest uosobieniem wszystkich cech charakterystycznych, które składają się na skreślony wyżej indyferentyzm narodowy. Chłop śląski jest zdecydowa­nym konserwatystą, jego poziom i sposób czucia i myślenia nie wybiega ani na chwilę poza środowisko pradziadów. Trudno go porwać do czynu i zapalić do walki, chłodno odnosi się nawet do najważniejszych i najbardziej aktualnych spraw spo­łecznych i politycznych, z nieufnością spogląda na każdy nowy przejaw, który życie przed nim roztacza. Z niedowierza­niem przyjmuje wszelką myśl nową. Przyczyny takiej psychologii chłopa śląskiego nie należy szukać wyłącznie w rozwoju sto­sunków politycznych. Leżą one również gdzie indziej.

[1] Dr. Władysław Gumplowicz: Kwestja polska a socjalizm. Warszawa 1908, str. 48. Wydawnictwo „Życie”.

5/5 - (11 votes)

Piotr Stołypin a Mikołaj II

Wracając do osoby samego Stołypina, należy stwierdzić, że po zamachu na niego 12 VIII 1906 roku na Wyspie Aptekarskiej, jego pozycja także na dworze bardzo wzrosła. Dotyczy to głównie stosunku do premiera samego Mikołaja II. Nie wiadomo dokładnie jak sytuacja wyglądała wcześniej. Po zamachu dysponujemy większą liczbą dowodów i faktów życzliwości i sympatii cara dla Stołypina. „Przede wszystkim Stołypin przeniósł się wraz z rodziną na prośbę cara do Pałacu Zimowego. Jako premier jeździł odtąd z materiałami sprawozdawczymi do Mikołaja II nie tylko do jego letniej siedziby w Peterhofie, lecz i do dalszych miejscowości, jeśli carowi wypadało w danym momencie w nich przebywać. W październiku car pisał do matki, że nie potrafi wprost wypowiedzieć, jak bardzo lubi i ceni Stołypina. Były to ważne atuty zwłaszcza w nowej sytuacji, bez względu na to, co się mówi, pisze i sądzi o Mikołaju II. Osobisty stosunek monarchy do premiera umożliwiał temu ostatniemu o wiele bardziej swobodne rozwijanie własnej działalności i stawiał go w znacznie korzystniejszej niż kiedykolwiek sytuacji chociażby wobec kolegów w gabinecie”[1].

Tymczasem monarchia straciła jednego ze swych wiernych obrońców – 2 IX 1906 roku na atak serca zmarł Dymitr Trepow. Na wieść o tym Mikołaj, który w tym czasie odbywał rejs wypoczynkowy z rodziną po Zatoce Fińskiej, zanotował w dzienniku: „Ciężka to strata najwierniejszego mi z ludzi i napisał chyba prawdę”. Gierasimow, naczelnik ochrany petersburskiej, wiąże „śmierć Trepowa z niepowodzeniem akcji stworzenia rządu koalicyjnego; fiasko akcji oznaczało utratę dotychczasowych wpływów i koniec kariery. Dla wszystkich stało się to jasne, gdy car wyjechał jachtem na dłuższy wypoczynek i nie wziął z sobą Trepowa, który wtedy zachorował i niedługo później umarł – właśnie na atak serca. Zaś Spirydowicz, naczelnik ochrany pałacowej twierdzi, że „Trepow miał już przed 12 sierpnia atak apoplektyczny i to z tego właśnie powodu”[2]. W ten sposób skończył jeden z najwierniejszych sług monarchii …

Tymczasem zamieszki na wsi trwały nadal. Aby rozładować sytuację Mikołaj II wydał 27 sierpnia 1906 roku dekret, „zapowiadający rozszerzenie areału ziemi, przeznaczonej do sprzedaży chłopom; wzięte miały być tu pod uwagę – tylko w Rosji europejskiej – wydzierżawione grunty państwowe w rozmiarze około 4 mln. dziesięcin ( w miarę wygasania umów dzierżawczych ) oraz około 3 mln. dziesięcin lasów”[3].

To i inne pociągnięcia rządu przyniosły powolne uspokojenie sytuacji w kraju. Dostrzeżono to także na dworze, czego dowodem był reskrypt cara na nazwisko Stołypina z 1 I 1907 roku. „Mikołaj II przypomniał w tym dokumencie, że powierzając Stołypinowi przed pięciu i pół miesiącami stanowisko przewodniczącego Rady Ministrów, wyznaczył jednocześnie dwa główne zadania rządu na następny okres: przywrócenie porządku społecznego i podjęcie działalności w kierunku zabezpieczenia najbardziej palących potrzeb ludności. I tak się też stało: porządek społeczny został znacznie wzmocniony na przekór zaciekłym usiłowaniom „wrogów Rosji”, a w toku ostatnich prac Rady Ministrów przygotowano wiele nowych projektów ustaw; najbardziej pilne z nich wprowadzono w życie od razu, na podstawie artykułu 87 ustaw zasadniczych. Reskrypt kończył się słowami podziękowania pod adresem Stołypina i ministrów oraz wyrażeniem nadziei, że izby ustawodawcze współpracować będą zgodnie z rządem”. Osobny reskrypt z wyrazami wdzięczności „otrzymał minister finansów – Włodzimierz Kokowcow” .

Oczywiście Mikołaj II dał również bardziej konkretne dowody swojego uznania: „W dniu 6 grudnia Stołypin otrzymał godność ochmistrza dworu i order św. Anny pierwszego stopnia; jednocześnie z przesłaniem mu reskryptu, 1 stycznia car powołał go w skład Rady Państwa. Nie ominęły go w tym czasie i inne honory: order otrzymany od emira Buchary ( 7 grudnia ), odznaka honorowa Czerwonego Krzyża za bardzo cenne usługi okazane Towarzystwu w Saratowie- – udzielanie pomocy rannym i chorym żołnierzom ( 31 I 1907 r. ) oraz – nieco później ( 9 III 1907 r. ) szczególnie ceniona godność członka honorowego w bardzo ekskluzywnym Imperatorskim Jachtklubie”[4] [5].

Jednym z najważniejszych dekretów, które Mikołaj II podpisał w czasie swych rządów, był ten z 9 XI 1906 roku, którego nazwa „brzmiała stosunkowo niewinnie i nie zapowiadała aż takich następstw: „O uzupełnienie niektórych postanowień obowiązującego prawodawstwa, dotyczących władania ziemią i korzystania z niej przez włościan”. Jednak oznaczał on początek poważnych zmian w stosunkach agrarnych. W swoim czasie wywołał on sprzeczne reakcje nie tylko ze względu na swoją treść, ale i sposób realizacji. Nie jest to jednak przedmiotem naszych rozważań[6].

Referując spory wokół autorstwa dekretu Bazylow przytacza słowa Wasilczikowa – członka komisji pracującej nad dekretem o wspólnotach – który sam przeciwny ich rozwiązaniu przypomina „Słowa Mikołaja II sprzed czterech lat, że nigdy nie zlikwiduje wspólnoty gminnej jednym pociągnięciem pióra”[7]. Przeciwstawiał się on także, podobnie jak Oboleński i Kokowcow, wprowadzeniu tego dekretu na podstawie artykułu 87. Jednak podczas obrad Rady Ministrów inni członkowie opowiedzieli się za przyjęciem go w trybie nadzwyczajnym argumentując, że: „istniejące we wspólnotach gminnych formy władania ziemią uniemożliwiają szerokim warstwom społeczeństwa urobienie sobie prawidłowego poglądu na własność prywatną w ogóle”. Argument ten był słuszny „z punktu widzenia interesów ówczesnego systemu państwowego” i zapewne „tak też pewnie rozumiał to Mikołaj II, podpisując 9 listopada gotowy już dekret”[8].

Otwarcie obrad II Dumy 20 lutego 1907 roku, według Stołypina, który powiadomił o tym cara, przebiegło bez zakłóceń. „Mikołaj II przyjął do wiadomości notatkę Stołypina, z lekkim westchnieniem pokwitował wiadomość o wybraniu kadeta przewodniczącym, zapowiedział, że na następny dzień udzieli mu audiencji i zakończył krótkie podziękowanie pisemne dla premiera słowami: „Wielki jest Bóg ziemi rosyjskiej”[9].

Po wygłoszeniu 6 marca expose programowego, premier ponownie, zrelacjonował przebieg obrad monarsze. Jeszcze kilkakrotnie przemawiał on na posiedzeniach Dumy w tym miesiącu – „wszystko razem podnosiło go stale w oczach Mikołaja II, który pisał 29 marca do matki, że „dzięki przemówieniom Stołypina i Kokowcowa prestiż rządu znacznie wzrósł”. Skarżył się jednak w tymże liście, że każde słowo z sali obrad Dumy przenika w dniu następnym do gazet, jest chciwie czytane i niepotrzebnie podnieca znowu ludność”[10].

Jednak do połowy kwietnia, pomimo dyskusji w różnych kręgach na temat jej trwałości, nic nie wskazywało na możliwość szybkiego rozwiązania Dumy. „Skarżył się tylko coraz bardziej na Dumę Stołypin w swoich listach czy notatkach do cara, a Mikołaj II utwierdzał się w przekonaniu, że coś nie jest w porządku, jeśli przewodniczący Dumy nie odbiera głosu deputowanym z lewicy, nawet gdy przemówienia ich mają charakter „zaczepny i nieprzyzwoity”. Zaciągał się już firmament chmurami, ale jeszcze było daleko od burzy”[11].

Bezpośrednim impulsem do podjęcia decyzji o rozwiązaniu Dumy była zdaniem autora monografii, sprawa projektu ustawy o kontyngencie rekruta, rozpatrywana 16 IV 1907 roku . prawdopodobnie , to wówczas postanowiono rozwiązać II Dumę. „I przedtem, co najmniej od połowy marca, wywierano na Mikołaja II nacisk, by Dumę rozwiązał, były to jednak właściwie tylko postulaty, płynące z środowisk czarnosecińskich”. Czarę goryczy przechyliło przemówienie deputowanego socjaldemokratycznego Arszaka Zubotowa w dniu 16 kwietnia. Stwierdził on, że armia odrywa ludzi od pracy, a władza kieruje żołnierzy przeciw rodakom – takie siły zbrojne nie były w stanie ani bronić kraju, ani zwyciężać wroga. To sprawiło, że „pomyślano teraz o rozwiązaniu Dumy, ale jednocześnie także o zmianie ordynacji wyborczej – w rozmowach z carem Sołtypin domagał się tego uporczywie i Mikołaj II przyznał mu rację, co wynika z listu cara do Kokowcowa z 24 kwietnia”[12].

Bezpośrednim pretekstem rozwiązania Dumy, była sprawa rzekomego spisku wojskowego, który przy wsparciu przez organizację wojskową SDPRR miał na celu zbrojne obalenie władzy. Już 5 maja policja dokonała próby aresztowania spiskowców, lecz funkcjonariusze zbyt późno przybyli na miejsce zebrania i zastali tylko nietykalnych członków frakcji socjaldemokratycznej Dumy. Zebrane materiały pozwoliły udowodnić im powiązanie z wojskiem. W raporcie z: „30 maja Stołypin zawiadomił Mikołaja II, że w piątek ( 1 czerwca ) skierowany zostanie do Dumy postulat wyłączenia z jej składu 55 deputowanych socjaldemokratycznych i udzielenia zgody na aresztowanie 15 spośród nich; na wypadek odmowy wszystko jest przygotowane i rozwiązanie Dumy bezzwłocznie nastąpi”[13]. Rząd nie chciał aresztowania wszystkich 55 deputowanych, by nie uznano tego za odwet polityczny. W dniu 1 czerwca premier zgodnie z obietnicą zgłosił Dumie wniosek o aresztowanie 15 socjaldemokratycznych deputowanych. Miała go zaopiniować specjalna komisja, ale władze nie zamierzały na to czekać.

W tym czasie miały także miejsce inne wydarzenia związane z dobiegającą już końca rewolucją. O jednym z nich warto wspomnieć „ze względu na osobistą reakcję Mikołaja II”. Dotyczy ona reakcji na wypadki związane z akcją ekspropriacyjną na furgon pocztowy w Łodzi, dnia 4 V 1907 roku. Napastnicy szybko poradzili sobie z eskortą złożoną z kozaków 5 pułku dońskiego. Gdy wreszcie opanowano sytuację, cały pułk postawiono na nogi. Tragiczny finał całego zdarzenia rozegrał się w pobliskiej fabryce, skąd miano strzelać do kozaków. Dzielni wojacy dokonali pogromu pracujących tam robotników. „Mimo że miało to charakter wyraźnej zemsty za własne tchórzostwo i niedołęstwo, Mikołaj II nie omieszkał wyrazić w związku z masakrą łódzką swego entuzjazmu, pisząc na przedstawionym sobie sprawozdaniu: „Tylko tak można oduczyć tę publikę”[14].

Wracając do sprawy rozwiązania Dumy – ostatecznie wszystko rozstrzygnął manifest cara i dekret o nowej ordynacji wyborczej, wysłany przez monarchę 3 czerwca o drugiej w nocy z Peterhofu, przez umyślnego posłańca. Oba dokumenty opublikowano rano. „Manifest Mikołaja II zawierał próbę pewnego wytłumaczenia sytuacji i dlatego była w nim mowa o tym, że znaczna część Dumy „nie usprawiedliwiła naszych oczekiwań”. Znalazły się tam i zarzuty pozornie bardziej konkretne: że negatywnie ustosunkowano się do szerokich zamierzeń rządu w kierunku reform, że prawo do interpelacji zamieniono na metodę walki z rządem i wreszcie – że część deputowanych wzięła udział w spisku przeciwko państwu i władzy monarszej”. Termin zwołania nowej Dumy wyznaczono na 1 XI 1907 roku, zawieszając jednocześnie pracę Rady Państwa. „Manifest kończył się oświadczeniem, że Duma będzie musiała być rosyjska także z ducha; inne narodowości powinny mieć w Dumie swoich przedstawicieli, ale nie w takiej liczbie, ażeby móc decydować o sprawach czysto rosyjskich. Tam zaś, gdzie ludność, nie wykazuje jeszcze odpowiedniego rozwoju poczucia obywatelskiego, wybory nie będą się na razie odbywać”[15].

Nie będę tutaj omawiał zmian w ordynacji wyborczej, gdyż nie jest to tematem mojej pracy. Należy tylko wspomnieć, że zerwano z systemem proporcjonalności, a podział na kurie przeprowadzono tak, że wybrano niewielu opozycyjnych deputowanych . Co nie mniej ważne, czerwiec 1907 roku, kończy w Rosji okres rewolucyjny – a rozpoczyna czas „stabilizacji stosunków wewnętrznych”. Co ciekawe, nowo wybrana III Duma, była jedyną „która potrafiła przetrwać całą swoją pięcioletnią kadencję”[16].

Symptomatyczne jest to, że: „Otwarcie obrad Dumy w dniu 1 XI 1907 roku odbyło się bez żadnych uroczystości. Car nie uległ Stołypinowi, gdy ten chciał go nakłonić do przyjęcia delegacji poselskiej na specjalnej audiencji. Nie oznaczało to całkowitego odżegnania się od jakichkolwiek kontaktów z Dumą, Mikołaj II chciał jednak uprzednio przekonać się, czy prace Dumy ocenić będzie można pozytywnie jeśli chodzi o współpracę z rządem”[17].

Do sporu doszło już jednak w pierwszych dniach obrad „przy układaniu adresu powitalnego dla monarchy”. Kością niezgody stała się sprawa umieszczenia w tekście słowa „samowładztwo”, czego domagali się prawicowi deputowani. Ostatecznie wysłali oni osobny adres podpisany przez 114 członków Dumy[18]. Przedmiotem dyskusji w Dumie były później i inne sprawy, premier jednak stosując tak charakterystyczną dla okresu jego rządu politykę lawirowania pomiędzy ziemiaństwem a burżuazją, początkowo potrafił przeforsować proponowane przez siebie reformy. Wynikało to z tego, że w tym czasie (1907 rok) odnosił on swoje największe sukcesy na arenie politycznej, a poważniejsze problemy zaczęły się dopiero w pierwszych miesiącach 1909 roku. Wszystko to doprowadziło do wzrostu jego autorytetu, „z którym car liczył się stale”.

Dowodem mogą być wspomniane wcześniej awanse i odznaczenia, których nie żałowano mu nadal. „1 I 1908 r. Sołypin został sekretarzem stanu a, 29 III 1909 otrzymał order Białego Orła, zresztą w okresie swojej bardzo ciężkiej choroby”[19]. Już wkrótce jednak miały miejsce pierwsze wydarzenia, które nie świadczą może o zachwianiu pozycji premiera, ale uważnym obserwatorom nasuwały pewne wątpliwości. Stołypin, np. przyjął delegację z Tuły. Przewodniczący, gubernialny marszałek szlachty Aleksy Arsjenjew, przeczytał adres szlachty do cara. Według premiera taki sposób postępowania wyrażał „pośrednio brak zaufania do rządu. Arsjenjew nie zaprzeczył. Mikołaj II przyjął ten adres życzliwie, Stołypin znalazł się w niezręcznej sytuacji i podał się do dymisji, której jednak nie przyjęto”[20].

Najlepszym komentarzem do powyższego zdarzenia jest opinia Bazylowa: „I rzecz w ówczesnych warunkach może najważniejsza- poparcie cara miało zawsze charakter względny, co nie pozostaje w żadnej sprzeczności z faktem, że Mikołaj II długo potrzebował Stołypina, liczył się z nim i ulegał jego naciskowi”[21].

Do poważnego kryzysu gabinetowego doszło dopiero w marcu i kwietniu 1909 roku. Doprowadził do tego spór o kompetencje w związku ze sprawą etatów w sztabie generalnym marynarki. Już wcześniej Duma na wniosek ministra marynarki zaaprobowała jego wniosek „dotyczący kredytów na etaty sztabu i samych etatów”. Podczas powtórnego rozpatrywania tej sprawy wywierano naciski, aby nie łączyć tych dwóch zagadnień. To właśnie był spór o kompetencje. Co gorsze żadna ze stron nie chciała ustąpić. W Radzie Państwa – -19 III 1909 r. – po usilnych naleganiach Stołypina przyjęto projekt, uchwalony w poprzednim brzmieniu przez Dumę. Sytuację skomplikował jeszcze otwarty atak przywódcy oktiabrystów Aleksandra Guczkowa na dowództwo wojskowe. Minister spraw wojskowych Roediger, zgodził się z postulatem zmian kadrowych na najwyższym szczeblu, zaznaczając jednak, że trzeba się liczyć z ograniczeniami wynikającymi z ograniczonej liczby kandydatów. Ta niezręczna i niezgodna z prowadzoną polityką wypowiedź spowodowała, że Mikołaj II nie zgadza się „ze stanowiskiem swego ministra” i „dał 11 marca Roedigerowi dymisję”. Nowym ministrem został generał Włodzimierz Suchomlinow. „Po przyjęciu przez Radę Państwa ustawy o etatach musiał ją oczywiście zatwierdzić car. Tymczasem mijały tygodnie, a Mikołaj II żadnego stanowiska nie zajmował”[22]. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, iż w tym czasie Stołypin ciężko chorował na przewlekłą grypę, a na rekonwalescencję wyjechał na Krym. Zaczęto nawet spekulować, że dni jego gabinetu są policzone.

Nic takiego jednak nie nastąpiło. „Po powrocie z Krymu, 27 IV 1909 r. otrzymał list z Carskiego Sioła – Mikołaj II zawiadamiał w nim premiera, że po głębokim namyśle zdecydował się nie zatwierdzać projektu ustawy o etatach sztabu generalnego marynarki. Z największym naciskiem podkreślił ponadto, iż w ogóle nie dopuszcza myśli o czyimkolwiek ustąpieniu … Jednocześnie Stołypin otrzymywał polecenie, aby wespół z ministrami spraw wojskowych i marynarki opracować w ciągu miesiąca dokładne przepisy, które by zapobiegały na przyszłość wszelkim niejasnością w interpretacji projektów odnoszących się do zagadnień wojskowych”. Postawiło to wszystkich uczestników wydarzeń w kłopotliwej sytuacji. A przecież: „Mikołaj II mógł zapobiec wielu komplikacjom zatwierdzając projekt, choćby z jakimś zaznaczeniem, że czyni to w trybie wyjątkowym, lecz miłość własna i przywiązanie do tych form, które przynajmniej na papierze zbliżały jego władzę do dawnego absolutyzmu – były znacznie silniejsze”[23]. Nie zakończyło to sporów wokół spraw wojskowych . Nadal, np. toczyły się boje o budowę floty, bo o budżecie decydowała Duma. Problem rozwiązano w ten sposób, że „w przerwie między sesjami Dumy Mikołaj wydał rozkaz przystąpienia do budowy czterech wielkich jednostek morskich i wtedy Duma, gdy sprawę przedstawiono jej ex post, dawała zgodę nie chcąc wstrzymywać zaawansowanych już prac”[24].

Kolejnym spornym zagadnieniem „była tzw. reorganizacja systemu obronnego na wypadek wojny z Niemcami”. W omawianym okresie zwyciężyła koncepcja opuszczenia Królestwa w razie wojny. „W połowie 1910 r. imperator Rosji wyraził zgodę na zmianę planów mobilizacyjnych i likwidację czterech twierdz w Królestwie”. Całą akcję przeprowadzono „z zachowaniem głębokiej tajemnicy”. Co ciekawe, nic o tym nie wiedzieli ani wiceminister spraw wojskowych Aleksiej Poliwanow, ani sam premier. O ile znane są motywy takiego sposobu postępowania w stosunku do Poliwanowa – był przeciwny tej koncepcji – o tyle trudno domyślić się czemu podobnie potraktowano szefa rządu. Gdy wreszcie Stołypin dowiedział się o wszystkim od wiceministra zażądał wyjaśnień od jego przełożonego. Odpowiedź była co najmniej zaskakująca. Suchomlinow utrzymywał, że to „tylko teoretyczne pociągnięcia przygotowawcze”, a on „sam też niczego nie wie, bo tylko podpisuje to, co mu podsuwają. Gdy niedługo później doszło do rozmowy Stołypina z carem, Mikołaj II także miał powiedzieć, że zatwierdzony przez niego samego wniosek ministra spraw wojskowych odnosi się do dalszej przyszłości i że wydał polecenie, aby o wszystkich tych zamierzeniach został zawczasu powiadomiony francuski sztab generalny – wszelkie kontakty z nim powinny być utrzymywane przy współudziale przewodniczącego Rady Ministrów i ministra spraw zagranicznych”. W rzeczywistości pewne prace wykonano nie informując o nich nikogo. Tuż przed wojną zaczęto ponownie odbudowywać twierdze, a plany wojenne uległy pewnej modyfikacji[25].

Innym przykładem niejasnych gier politycznych w Rosji, była sprawa sztucznego napięcia w stosunkach z Japonią. Wywołały je meldunki generał – gubernatora amurskiego Pawła Unterbergera, o pogarszającej się sytuacji, braku sił i środków do obrony prowincji. Zamieszanie pogłębił Suchomlinow przyznając przed carem, że gubernator ma rację. Zapytany przez monarchę minister finansów, Kokowcow, stanowczo zaprzeczał, jakoby ograniczono kredyty na ten cel. „Teraz już nikt niczego nie rozumiał i każdy był równie zaniepokojony. Mikołaj II także”. Wysłał więc Kokowcowa w podróż inspekcyjną na Daleki Wschód. Pomimo tego incydentu stosunki dwustronne układały się jednak dobrze. Dowodem może być porozumienie rosyjsko – japońskie z 21 VI 1910 roku o utrzymaniu dotychczasowego podziału Mandżurii[26].

Wspominając o kłopotach z Dumą Bazylow pisze także o działaczu oktiabrystowskim Aleksandrze Guczkowie, człowieku o wielkich ambicjach i niezwykle drażliwym. Według niektórych relacji miał on żywić nienawiść nawet do samego Mikołaja II.

Przyczyną tego stanu rzeczy miało być chłodne przyjęcie na audiencji dnia 9 III 1910 r., po wyborze dzień wcześniej na przewodniczącego Dumy. Powodem ubiegania się o to stanowisko, miała być chęć wywierania wpływu na cara, głównie w sprawach wojskowych, podczas składanych osobiście sprawozdań . Nigdy jednak nie doszło do bliższej współpracy tych dwóch ludzi. Uczucie nienawiści miał Guczkow kultywować przez lata, ale jako przywódca partii monarchistycznej nie mógł tego okazywać. „Dopiero 2 III 1917 r. otrzymał satysfakcję, gdy wespół z Wasilijem Szulginem odbierał w Pskowie z rąk Mikołaja II akt jego abdykacji” . Niestety jak przyznaje sam autor cała sprawa nie jest tak jednoznaczna jakby się wydawało na pierwszy rzut oka.

Jak wiadomo Stołypin dążył do wzmocnienia fundamentów monarchii poprzez reformę stosunków na wsi. Dążył on do stworzenia silnych i samodzielnych ekonomicznie gospodarstw chłopskich. Częścią tego planu miała być kolonizacja Syberii. Aby lepiej poznać tamtejsze warunki i zbadać możliwości realizacji swoich planów, udał się nawet we wrześniu 1910 r. w podróż na Syberię. „Nie wiadomo, w jakim stopniu sprawy te były uzgodnione z carem, czy przynajmniej przedstawione mu w formie perspektyw, raczej jednak tak, o czym świadczy m.in. jeden z listów Mikołaja II do Stołypina”. Chodzi o list nadesłany z zamku Friedberg w Hesji, gdzie car wyjechał z rodziną w połowie 1910 roku[27] [28] [29].

Jednym z największych skandali ostatnich lat Rosji carskiej, który kompromitował nie tylko aparat policyjny, ale i cały system – była sprawa prowokatora ochrony Eugeniusza Azefa. W istocie był on „podwójnym agentem”, pracował dla policji i jednocześnie dokonywał, przez swoich ludzi z Organizacji Bojowej partii eserowskiej, zamachów na swych mocodawców (patrz: min. spraw wew. Plehwe) i członków rodziny cesarskiej (w. ks. Sergiusz). Do jego zdemaskowania, na przełomie 1908 i 1909 roku, przyczynił się kronikarz rosyjskiego ruchu rewolucyjnego Włodzimierz Burcew oraz były dyrektor Departamentu Policji Aleksy Łopuchin. Ten ostatni został zresztą za to skazany po rozprawie przed sądem senackim, ale później go ułaskawiono i powrócił on do pracy w bankowości . Nas jednak interesują bardziej pewne aspekty sprawy Azefa, które wiążą się „z niektórymi członkami domu cesarskiego.

Osobistości te miały jakoby wykorzystywać ochronę, aby uczynić z cara posłuszne narzędzie w swoich rękach i dlatego uprzątano z drogi nawet tych, którzy dzięki własnej energii i sprężystości umacniali pośrednio pozycję Mikołaja II, a więc np. Plehwego ( ! ) i w. ks. Sergiusza ( !! sam był członkiem rodziny cesarskiej ! ). Nawet przygotowany przez Azefa ostatni zamach na cara ( „na Ruryku” ) miał wynikać z intencji tajemniczych mocodawców, w tym wypadku zresztą nie tajemniczych – bo chodziło podobno o w. ks. Włodzimierza, który w ten sposób jakoby torował drogę do tronu swojemu najstarszemu synowi, Cyrylowi. Nie ma jednak wiarygodnych dowodów na potwierdzenie tych sensacji”[30]. Takie pogłoski nie umacniały jednak powagi i autorytetu władz, a tym bardziej samego monarchy.

Do kolejnego zamętu i to także w sferach rządowych, doprowadziła sprawa przeniesienia z Carycyna do klasztoru św. Ducha w powiecie nowosielskim, na początku 1911 roku – jeromonacha Heliodora. Był on sławny w całej Rosji ze swej pobożności. Naciski w tej sprawie na oberprokuratora Synodu Sergiusza Łukianowa, wywierał oprócz gubernatora saratowskiego Stremouchowa, sam Stołypin. Synod powziął odpowiednią uchwałę. Mnich jednak wraz ze swymi sympatykami rozpoczął kampanię protestów. Wtedy „Mikołaj II uznał, że w całej tej sprawie nie potrafił postępować z należytą zręcznością oberprokurator i postanowił dać mu dymisję”. Wówczas Stołypin przekonany, że przez niego Łukianow może stracić stanowisko, napisał 26 II 1911 roku list do monarchy w jego obronie. Wysunął w nim sugestię, że „mnich ten wywyższał się ponad cara i państwo i że należało koniecznie położyć temu kres, bo najgorzej, jeśli pobłażanie poczytają za słabość”. Premier prosił cara o odroczenie „decyzji do wiosny, lub początku lata. Mikołaj II spełnił formalnie tę prośbę – dopiero 2 V 1911 r. objął urzędowanie nowy oberprokurator, Włodzimierz Sabler”. Heliodor przejściowo zwyciężył: „po różnych jeszcze perypetiach, car pozwolił mu (1kwietnia ) pozostawić w Carycynie”[31].

Dowodem na słabnięcie pozycji Stołypina była dyskusja w Radzie Państwa nad projektem wprowadzenia ziemstw w sześciu guberniach zachodnich. W trzech powiatach: dyneburskim, rzeżyckim i lucyńskim – proponował on wprowadzenia podziału na kurię: rosyjską i drugą, do której zaliczono pozostałych wyborców. Podczas obrad w dniu 4 III 1911 r. pomysł wprowadzenia kurii odrzucono. Stołypin przekonany, że było to wynikiem intryg przeciw niemu: „Następnego dnia, 5 III 1911 r. pojechał do Carskiego Sioła ze sprawozdaniem i oświadczył Mikołajowi II, że rezygnuje ze stanowiska”. Szczególną rolę odegrały w tych wydarzeniach dwie osoby: brat Dymitra – Włodzimierz Trepow i były minister spraw wewnętrznych Piotr Durnowo. Ich zachowanie było wynikiem osobistej niechęci do premiera. „Czuwał jednak i Stołypin, przewidując z tej strony opór i trudności; na jego prośbę Mikołaj II przekazał prawicowcom z Rady Państwa ( za pośrednictwem przewodniczącego rady, Akimowa ) zlecenie, ażeby głosowali za projektem”.

Pomimo to nie ugięli się oni. „W ostatniej już niemal chwili Włodzimierz Trepow uzyskał audiencję w Carskim Siole i zapytał cara wprost, czy przekazane przez Akimowa zalecenia należy traktować jako rozkaz. I wtedy Mikołaj II odpowiedział że nie, że wszyscy członkowie Rady Państwa mogą głosować zgodnie z sumieniem”. Rezultatem była porażka szefa rządu 4 marca . „Rozmowa cara ze Stołypinem miała przebieg niemal dramatyczny. Mikołaj II nie chciał przyjąć do wiadomości zamierzeń Stołypina, zwracając mu uwagę, że są to racje o charakterze indywidualnym, domagając się jakiegoś innego wyjścia”. Ten zaproponował wówczas rozwiązanie na kilka dni obu Izb i wydanie dekretu „o wprowadzeniu ziemstw w sześciu guberniach zachodnich” na podstawie paragrafu 87. „Mikołaj II aż się przeraził tej myśli i próbował odwieść od niej Stołypina, przedstawiając mu wszystkie ujemne następstwa, których się w żadnym wypadku nie da uniknąć, m.in. niezadowolenie Dumy. Stołypin jednak nie ustępował i wreszcie car oświadczył, że da odpowiedź po namyśle”. Prawdopodobnie wtedy również premier miał pierwszy raz zasugerować monarsze ukaranie Trepowa i Durnowo. Po audiencji zwołał on posiedzenie rządu i przedstawił jej przebieg. Poparli go tylko Kriwoszein i Szczegłowitow.

Po obradach Kokowcow zwrócił szefowi rządu uwagę, że represje wobec Trepowa i Durnowo mogą odnieść odwrotny skutek od zamierzonego. „Jeśli car zgodzi się na represje, będzie jasne dla wszystkich, że uczynił to pod naciskiem – a tego Mikołaj II nigdy Stołypinowi nie wybaczy. To samo powiedziała nieco później, w rozmowie z Kokowcowem carowa – matka, która zresztą chciała, ażeby Stołypin utrzymał się przy władzy, lecz nie tym kosztem”. Na posiedzeniu Rady Państwa 11 marca ponownie odrzucono projekt ustawy o ziemstwach. Kolejny raz postanowiono się zebrać 16 III . Już jednak 10 marca Stołypin podczas wizyty w Carskim Siole, uzyskał zgodę cara na proponowane wcześniej warunki. „Podpisany został dekret o przerwaniu sesji obu Izb od 12 do 14 marca, a Durnowo i Trepow otrzymali polecenie wyjazdu ze stolicy, z zakazem uczęszczania na posiedzenia Rady Państwa do końca roku”. Sam „dekret cesarski o wprowadzeniu ziemstw w Kraju Zachodnim w trybie paragrafu 87 ustaw zasadniczych”, został opublikowany 14 marca 1911 roku . Nie trzeba oczywiście dodawać, że taki sposób postępowania wywołał powszechne oburzenie, np. w Dumie[32] [33].

Taki bieg spraw spowodował, że „zaczęły Mikołaja II dręczyć wątpliwości, przede wszystkim jeśli chodzi o Piotra Durnowo – pewnie i wpływy postronne musiały tu odegrać jakąś rolę”. Trepow tymczasem zrezygnował sam z wszystkiego. „Jeszcze lojalny wobec Stołypina, car musiał podzielić się z nim swoimi wątpliwościami i zadać mu pytanie, jakby się zapatrywał na „ułaskawienie” Durnowo. Stołypin w swym liście do cara z 1 V 1911 roku, negatywnie odniósł się do tej propozycji, prosząc w zakończeniu o odłożenie decyzji do jesieni, gdy Izby rozpoczną obrady. Car przychylił się do tej prośby[34].

W dalszej części książki autor, pisząc o posiedzeniu Rady Ministrów z 12 lipca 1911 r., które poświęcone było projektowi reformy policji, wspomina o tym, że tylko w tzw. „miejscowościach pałacowych” ( „dworcowyje goroda” ), przystosowanych do dłuższego przebywania monarchy i jego rodziny, a więc w Peterhofie, Carskim Siole i w Jałcie, policja miała podlegać ministrowi dworu cesarskiego”[35].

Tymczasem zbliżał się termin uroczystości kijowskich. Głównym punktem programu było odsłonięcie pomnika twórcy ziemstw – Aleksandra II, połączone z paradą wojskową i innymi imprezami. Car przybył z rodziną do Kijowa 28 sierpnia. Początkowo Stołypin nie przewidywał, ani nie odczuwał zmiany sposobu jego traktowania. Lecz po przyjeździe monarchy dostrzegł, że jest wyraźnie ignorowany i zaniedbywany, np. nie dawano mu ekwipażu dworskiego. Nie przydzielono mu także miejsca na statku, którym car miał płynąć do Czernichowa, uczyniono to dopiero później. Wbrew pozorom nie była to nagła zmiana, ten „niechętny czy obojętny stosunek do tak potężnego jeszcze niedawno premiera sięgał swoimi początkami co najmniej dni marcowych tegoż 1911 roku. W niektórych kręgach nie lubiano go i przedtem, a od marca datują się pierwsze przejawy niełaski, a raczej możliwości niełaski, bo nie od razu Mikołaj II dał to po sobie poznać. Wystarczyło jednak kilka miesięcy, żeby car przestał się krępować i właśnie w okresie uroczystości kijowskich widać to jak najbardziej wyraźnie. Nie rozporządzamy żadnymi konkretnymi dowodami, można jednak przypuszczać bez większej obawy popełnienia pomyłki, że Mikołaj II musiał po prostu w jakiś sposób upoważnić niektórych przynajmniej ludzi do takiego właśnie traktowania premiera. Mogły to być wypowiedzi ogólnikowe, może nawet tylko półsłówka; nie należałoby jednak sądzić, że w innym wypadku pozostawiono by Stołypina zupełnie bez urzędowej ochrony, ostatecznie całkiem naturalnej i zawsze stosowanej”[36] [37] [38] [39]. To doprowadziło bowiem do tragicznych wydarzeń 1 września w teatrze miejskim w Kijowie.

Relacje o zamachu na Stołypina pozostawił także sam car. Odnajdujemy je w „jego liście do matki – z tym, że Mikołaj II nie opisuje – rzecz jasna – scen, których nie widział, a więc samego momentu zabójstwa. Widział natomiast, jak niektórzy widzowie tłukli schwytanego Bogrowa ( zamachowca – przyp. aut. ) i wyraził żal, że wyrwała go z rąk tej rozwścieczonej grupy policja”. Co ciekawe: „Mikołaj II do rannego Stołypina sam nie podszedł” . Nikt z rodziny carskiej, ani świty monarchy (on sam był na manewrach w Owrzeczu ) nie przyszedł na nabożeństwo w intencji wyzdrowienia Stołypina, odprawiane 2 września. Sam Mikołaj II wieczorem rozmawiał tylko z żoną premiera. Rannego nie odwiedził, gdyż ten zaczął tracić przytomność – zmarł 5 września wieczorem. Przychylając się do życzenia zmarłego, za zgodą Mikołaja II pochowano Stołypina w Kijowie w Ławrze Peczerskiej .

Co jeszcze bardziej intrygujące, pomimo powołania komisji, która miała przeprowadzić kontrolę funkcjonowania i działalności ochrony w Kijowie – „w związku z zamachem na życie Stołypina”, nikogo nie skazano, a „całej sprawie położył kres Mikołaj II, wydając polecenie jej umorzenia” .

„O tym, że wszelkie sympatie Mikołaja II czy w ogóle dworu wobec osoby Stołypina musiały już wcześniej minąć bez śladu, świadczą też np. różne, oficjalne i kameralne rozmowy z nowym przewodniczącym Rady Ministrów”. Pierwsza taka rozmowa miała miejsce, gdy jako zastępca Stołypina zaczął on dopiero pełnić tę funkcję. „Na peronie dworca kijowskiego ministrowie żegnali cara odjeżdżającego na Krym i wtedy Mikołaj II zaoferował Kokowcowowi po raz pierwszy stanowisko premiera, uzyskując ( nie od razu, dopiero po naleganiach ) jego zgodę. Wtedy car, dziękując, wyraził życzenie, by Kokowcow nie naśladował swego poprzednika, który stale chciał sobą przesłaniać monarchę”.[40]

Po miesiącu w Liwadii – 5 X 1911 r. – po śniadaniu u cara, przyjęła go na audiencji caryca. Również ona – w tym czasie, coraz bardziej mieszając się do polityki, stwierdziła: „Mamy nadzieję, że nigdy nie wejdzie pan na drogę tych okropnych partii politycznych, które tylko myślą o tym, żeby zagarnąć władzę lub też zmusić rząd do podporządkowania ich woli”. Kokowcow odpowiedział, że jego sytuacja jest trudniejsza niż położenie poprzednika, ponieważ brak mu poparcia ze strony jakiegoś ugrupowania. Carowa uznała wówczas, że przywiązuje on zbyt wiele uwagi „do osoby i działalności Stołypina”. Nie ma potrzeby tak żałować tych, którzy odeszli, których rola się skończyła. „Życie wciela się stale w nowe formy i nie należy ślepo naśladować tego, co robił poprzednik. Przekonana jestem – zakończyła dyskurs carowa – że Stołypin umarł by ustąpić panu miejsca, i że stało się tak dla dobra t)  Rosji”[41].

Wracając jeszcze do sprawy umorzenia śledztwa w sprawie działalności ochrony w Kijowie Bazylow stwierdza, że winni zaniedbań, zapłacili za to tylko swoimi stanowiskami, dzięki carowi. „Mikołaj II zaś umorzył sprawę po pierwsze, dlatego że znienawidził już Stołypina, po drugie kierował się osobistymi sympatiami, bardzo lubił zwłaszcza Spirydowicza, i po trzecie: odsłanianie całego rzeczywistego oblicza systemu policyjnego nie leżało ostatecznie w interesie państwa”[42].

Jednak: „Śmierć Stołypina była dla caratu w dosłownym sensie katastrofą”. I chociaż w dotychczasowej literaturze chciano w nim „widzieć tylko „wieszatiela” i nic więcej. Dzieje jego życia, wielkości i upadku – świadczą o tym, że problem jest o wiele bardziej złożony; jeśli droga ówczesna była ostatnią możliwą dla caratu, to Stołypin był ostatnim rosyjskim mężem stanu w służbie caratu, który się przynajmniej nadawał do podejmowania prób na tej drodze” . Niewykorzystanie tej szansy przez samego cara i ludzi z jego otoczenia doprowadziło do obalenia caratu, co jest tematem ostatniej monografii Ludwika Bazylowa[43].


[1]  A. F. Bierieżnow, Carskaja cenzura i borba bolszewikow za swobodu pieczati (1895-1914), Leningrad 1967, s. 167-168.

[2] Tamże, s. 177.

[3] Tamże, s. 179.

[4]  Tamże, s. 192.

[5] Tamże, s. 193.

[6] Szerzej tym problemem zajął się Ludwik Bazylow na stronach 196-209.

[7] Mowa tutaj o reakcji na memoriał gubernatora pskowskiego z 1902 r., co ciekawe z gubernatorem pskowskim w owym czasie był sam Wasiliczkow.

[8] Tamże, s. 206-207.

[9] Tamże, s. 233.

[10] W swym przemówieniu programowym premier użył słynnych słów „nie zapugajetie” – „nie zastraszycie nas”. Więcej na s. 234-240.

[11] Tamże, s. 246.

[12] Tamże, s. 251.

[13] Tamże, s. 258.

[14] Tamże, s. 259-260.

[15] Tamże, s. 266-267.

[16] Tamże, s. 272.

[17] Tamże, s. 275.

[18] Tamże, s. 275-276.

[19] Tamże, s. 285-286.

[20] Tamże, s. 287-288.

[21]  Tamże, s. 288-289.

[22] Tamże, s. 306-307.

[23]  Tamże, s. 308.

[24]  Tamże, s. 313.

[25] Tamże, s. 313-315.

[26] Tamże, s. 315-316.

[27] Tamże, s. 325-326.

[28] Tamże, s. 329.

[29] Dokładnie kulisy I przebieg wydarzeń opisuje L. Bazylow na s. 372-381.

[30]  Tamże, s. 381.

[31] Tamże, s. 400-401.

[32]  Tamże, s. 403-407.

[33]  Tamże, s. 408-415.

[34] Tamże, s. 415-416.

[35] Tamże, s. 423-424.

[36] Tamże, s. 430-431.

[37] Tamże, s. 435-436.

[38] Tamże, s. 443-444.

[39] Tamże, s. 448-450.

[40] Tamże, s. 450-451.

[41] Tamże, s. 459.

[42] Tamże, s. 463.

[43] L. Bazylow, Obalenie caratu, Warszawa 1976.

5/5 - (9 votes)