Europejczycy i Nowy Świat

Epoka wielkich odkryć geograficznych zmieniła dotychczasowe pojmowanie świata. Mimo to poglądy wypracowane na ten temat jeszcze przez długi czas utrzymywały się w świadomości Europejczyków. Lęk i wyobrażenia o „odmiennych istotach” zamieszkujących odległe krainy były elementem mocno zakorzenionym w świadomości ówczesnych ludzi, aby to prześledzić należy przytoczyć pokrótce, jak od starożytności do epoki wielkich odkryć kształtowała się w mentalności Europejczyków refleksja geograficzna.

Rozważania na temat kształtu ziemi i wyglądu świata sięgaj ą w myśli europejskiej starożytnej Grecji. Myśl kosmologiczna zapoczątkowana została przez przedsokratyków . Pierwszym rozpowszechnionym przekonaniem była wiara w to, że Ziemia jest płaską tarczą zanurzoną w oceanie. Pogląd ten zapożyczony został od Mędrców Wschodu . Dopiero około V w. p.n.e. Parmenides jako pierwszy dowodził kulistości Ziemi i dokonał jej podziału na pięć sfer równoleżnikowych. Za tą teorią opowiedziało się wielu innych filozofów, między innymi: Arystoteles, Eratostenes, Hipparch, Marinos z Tyru i Ptolemeusz z Aleksandrii . Mimo to poglądy te nie miały dużego wpływu na średniowieczną myśl geograficzną, gdyż odkryte zostały dopiero w XII-XIII, a nawet w XV w. Dużą rolę natomiast odegrały przekonania Kratesa z Mallos. Myśliciel ten żyj ący w II w. przed Chrystusem, na zasadzie czystej spekulacji, podzielił Ziemię na cztery części dwoma krzyżującymi się oceanami. Według tego przekonania Ziemia składała się z czterech odizolowanych od siebie wysp. Krates był przekonany, że wydzielone przez niego obszary mimo, że odizolowane od siebie są zamieszkane. Uważał on, że Ziemia zamieszkana jest przez cztery ludy (rasy), którym nadał nazwy: „ „nasza” ekumena to kontynent Synejków, na jej „odwrocie” mieszkają Periojkowie, na półkuli południowej, na południe od nas Antojkowie, a na stronie od nich przeciwnej – Antychtoni”[1] [2] [3] [4]. Poglądy te zostały spopularyzowane przez Rzymian około IV w. n.e. Marcjan Kapella jeden z myślicieli rzymskich, zmodyfikował nieco poglądy Kratesa stwierdzając, że po drugiej stronie Ziemi żyje lud, który nazwał Antypodami. Przekonanie to znalazło swój oddźwięk w średniowiecznych pismach Ojców Kościoła. Co prawda początkowo rozważano myśl o płaskim kształcie ziemi, jednak elita intelektualna tamtych czasów skłaniała się w stronę jej kulistości[5]. Argument ten był stosunkowo łatwy do zaakceptowania. Gorzej było z problemem innych ras, które rzekomo miały zamieszkiwać odległe ziemie. Kłóciło się to bowiem z naukami kościoła i zawartym w Biblii dogmacie o pochodzeniu ludzkości od Adama i Ewy.

Wiara w istnienie Antypodów była poważnie rozważna przez wielu myślicieli tej epoki, takich jak św. Augustyn lub Izydor z Sewilli. Pod koniec XII w. pojawiają się świadectwa przenikania się ludowych podań germańskich i celtyckich o istotach podziemnych z ówczesnymi „naukowymi” przekonaniami o Antypodach. Teratologia, czyli wiedza o odmiennych istotach ludzkich cieszyła się dużym powodzeniem zarówno ludzi wykształconych, jak i gawiedzi. Często

fantastyczne przekonania „uczonych” zabarwiane były przez plotki, folklor, stare podania i wyobraźnię prostych ludzi. Opowieści podróżników – łgarzy oraz autentyczne obserwacje zdarzających się w każdej społeczności anomalii były pożywką dla teratologii. Relacje ze spotkań z odmiennymi antropologicznie ludami (Murzyni i Pigmeje) czy też z małpami, takimi jak goryle i orangutany budziły naturalną ciekawość i cieszyły się nie słabnącym zainteresowaniem prostego ludu[6] [7]. Powtarzane z ust do ust strzępki sensacyjnych informacji dopełniane nierzadko rodzimymi mitologiami szybko były przyswajane tworząc w prostej świadomości obraz nieludzkich potworów i odmieńców zamieszkujących dalekie krainy. Te przekonania i wierzenia przykuwały również zainteresowanie uczonych. Święty Augustyn tak oto pisał o innych ludach: „Mówi się, że pewni ludzie maj ą tylko jedno oko pośrodku czoła; że stopy niektórych zwrócone są do tyłu; że niektórzy są istotami dwupłciowymi, prawą pierś mają męską, a lewą niewieścią, łączą się ze sobą tak lub odwrotnie, na zmianę płodząc i rodząc; że inni nie maj ą ust i żyj ą tylko z wciąganego przez nozdrza oddechu; że jeszcze inni osiągają tylko łokieć wzrostu” . Mimo to św. Augustyn uważał, że wszystkie te opisane istoty jeżeli istniej ą maj ą swoje określone miejsce w dziele Bożym. Inaczej już do tego przekonania podchodzi epoka wielkich odkryć geograficznych. „Dla istot nienormalnych, które nadal (a nawet jeszcze bardziej, w wyniku bezprzykładnego rozszerzenia się horyzontu geograficznego) pobudzały wyobraźnię, zaczęło brakować miejsca w światopoglądzie „oświeconych” […]. Nie czyniono przy tym różnicy pomiędzy, dajmy na to, cielęciem z podwójna głową i dzieckiem lub człowiekiem odstającym w sposób widomy od normy”[8]. Te przekonania wpasowane były doskonale w podejście do nowo napotkanych ludów. Te odmienne, bezbożne istoty można było traktować nieludzko, bez wyrzutów sumienia, zmuszać ich do ciężkiej pracy i zabijać w imię Boże. Dobitnym przykładem mogą być słowa Ginesa de Sepulveda, który w 1544 r. tak pisał o Aztekach: „To, że Mexikowie potrafią wytwarzać piękne przedmioty, nie dowodzi wcale ich moralnej dobroci. Niektóre drobne stworzenia jak pszczoły i pająki, tworzą takie dzieła sztuki jakich zrobić nie potrafi żaden człowiek”[9].

Z takim bagażem kulturowych przed sądów wyruszały pierwsze wyprawy odkrywców. Ich obserwacje zawarte w listach z podróży często tylko wzmacniały przekonania o odmiennych cieleśnie istotach. Przeświadczenie, że na innych lądach żyj ą istoty odmienne i potworne znajduje swoje odzwierciedlenie w listach Krzysztofa Kolumba. W jednym z nich pisze on: „Na żadnej z owych wysp, aż po ostatnią, nie spotkałem ludzi potworów, jak wielu się spodziewało […]”[10] [11]. Samo to zapewnienie doskonale obrazuje oczekiwania i lęki Europejczyków uczestniczących w pierwszych odkryciach. Jednak wyprawa Kolumba pokazuje także inny obraz tubylca i Nowego Lądu. Świat odkryty staje się niemalże ziemskim rajem, gdzie „[…] ludzie chodzą nago, mężczyźni i niewiasty jak matka ich zrodziła, choć niektóre niewiasty zakrywaj ą sobie jedno miejsce źdźbłem trawy bądź skrawkiem bawełny […]” . Opisany, tchnący harmonią świat, gdzie ludzie żyją w spokoju i zgodzie „nie znają żelaza, ni stali, ni broni”[12] musiał silnie oddziaływać na wyobraźnię i przyciągać swoim urokiem. Perspektywy wyprawy były tym bardziej kuszące, gdyż w Hiszpanii na skutek powiększającej się hodowli owiec zaczynało brakować areału ziem uprawnych[13]. Drugim takim czynnikiem był pogłębiający się kryzys w latach 1502-1508[14]. Nowe ziemie dawały również możliwość ucieczki od obowiązków wobec panów, biskupów i silnych zakonów rycerskich[15] [16]. Wyprawa dawała więc możliwość diametralnej odmiany swego losu i rozpoczęcia nowego życia. Silna podbudowa filozoficzna w postaci chrześcijaństwa upewniała w podjętych zamiarach dając konkwistadorom poczucie misji, a niejednokrotnie usprawiedliwiała morderstwa, grabieże i gwałty. W końcu wszystko to robione było dla rozpowszechniania wiary katolickiej. Silnie pobudzały wyobraźnie pierwsze drukowane powieści i ballady. Jak pisze H. Thomas: „Pojawiły się też romanse rycerskie […] w których pierwsze pokolenie masowych odbiorców powieści znajdowało nadzwyczajne historie […] konkwistadorzy zabierali je ze sobą tak jak książeczki do nabożeństwa. […] Drukowane dzieła sir Johna Mandeville i innych przekonywały żeglarzy i konkwistadorów z „pokolenia 1500” o istnieniu dwugłowych ludzi, Amazonek i

źródła wiecznej młodości […]. Nawet racjonalnie myślący ludzie spodziewali się znaleźć to wszystko w Ameryce, tuż za najbliższym cyplem” . Słowa te dobrze obrazują podejście Hiszpanów do nowo odkrytych ludów. Należy pamiętać, że większość konkwistadorów rekrutowała się z prostego ludu lub ze zubożałej szlachty[17], czyli z warstw gdzie przesądy ludowe mieszały się z pseudo naukowymi koncepcjami dotyczącymi autochtonów nowo odkrytych ziem. Rzutowało to bezpośrednio na postrzeganie cielesności i ciała napotykanych plemion indiańskich. Zabobony i wizje roztaczane przez autorów fantastycznych książek w połączeniu z nieznanymi wcześniej obyczajami nowych ludów, nierzadko były przyczyną generowania różnych wyobrażeń na temat ciała Indian. Obrazują to opisy Bernala Diaz del Castillo, który w swoim Pamiętniku żołnierze Kortesa przedstawia wizję cielesności tubylców Ameryki z punktu widzenia prostego najemnika, którym był. Jednakże wśród Europejczyków kolonizujących nowe ziemie znajdowali się ludzie inteligentni i światli, tacy jak Bernardino Shagun lub Bartolomeo de las Casas, których obserwacje były dokładne i w miarę obiektywne. Prześledzenie tych, nierzadko sprzecznych i ambiwalentnych, relacji pozwoli nam ukazać, jak w świadomości pierwszych Europejczyków kształtował się obraz cielesności i ciała Azteków.

—

[1]    Jerzy Strzelczyk, „ Contra naturam „? Czwarty kontynent i problem antypodów w starożytności i średniowieczu, „Czas kultury”, nr 2, 2002, s. 12.

[2]    Ibidem.

[3]    Ibidem, s. 12.

[4]    Ibidem, s. 13.

[5]    Ibidem, s. 14-15.

[6]    J. Strzelczyk, op. cit, s. 17, 20.

[7]    Ibidem, s. 21.

[8]    Ibidem, s. 23-24.

[9]    H. Thomas, op.cit., s. 275.

[10]   Krzysztof Kolumb, Listy do Luisa Santagela, [w:] Listy o odkryciu Ameryki, (red.) Jan Kieniewicz, Bronisław Nowak, Gdańsk 1995, s. 9.

[11]   Ibidem, s. 5.

Ibidem.

Thomas, op. cit, s. 63.

Ibidem.

Ibidem, s. 64.

Ibidem, s. 66.

Ibidem, s. 63.

Oceń tę pracę

Car Mikołaj II w historiografii międzywojnia

Prace z tego okresu dotyczące cara Mikołaja II, niewiele wnoszą do zasobu naszej wiedzy o tej ciekawej i nie poddającej się jednoznacznym ocenom postaci. Wynika to z tego, że autorzy opracowań polskich oraz obcojęzycznych, a tłumaczonych na polski – nie szukali rzetelnej wiedzy o minionych wydarzeniach, lecz żerując na ludzkiej tragedii i nieszczęściu, wszędzie wietrzyli sensację, powtarzając niesprawdzone plotki i pomówienia. Ale każdy uczciwy i sumienny badacz problemu ma obowiązek wspomnieć o tych pozycjach.

Jednym z takich opracowań jest książka Melchiora Wańkowicza „Kaźń Mikołaja II oraz członków rodziny Romanowych”, wydana po raz pierwszy w okresie międzywojennym i wznowiona w 1990 roku. Autor jak piszą sami wydawcy opierał się pisząc ją, na ogłoszonych w 1925 roku w Berlinie dokumentach śledztwa sędziego śledczego Sokołowa, książce korespondenta „Times’a” R.A. Wiltona i pamiętniku nauczyciela dzieci carskich, P. Gilliarda.

Wańkowicz opisuje los rodziny carskiej od wybuchu rewolucji lutowej do tragicznego końca w Jekaterynburgu, Ałapajewsku, Permie. Nie jest to jednak praca naukowa, lecz raczej broszura sensacyjna, którą czyta się z zapartym tchem ( liczy ona zaledwie 50 stron – przyp. aut.) .

O stosunku piszącego do opisywanej postaci najlepiej świadczy komentarz do zachowania cara w chwili wybuchu rewolucji: „Ale car, słabowolny i uparty, co nierzadko się łączy, zasięga zdania osoby, która wywiera na nim wpływ całkowity i przemożny – żony swej Alicji Teodorówny”. I dalej o samej carycy: „W gruncie rzeczy była to kobieta histeryczna, opętana mistycznymi zabobonami, po swojemu przejęta nawet Rosją i prawosławiem, będąca jednak bezświadomym narzędziem w ręku szajki niemieckich szpiegów.

I oto do tej półnormalnej istoty w chwili, kiedy olbrzymie Imperium zadrżało, udaje się po poradę Imperium jego pan samowładny i władca”[1].

Gdy car z rodziną został przewieziony do Tobolska Wańkowicz tak opisuje jego zachowanie: „Uderza to, że wobec tej czerni Mikołaj nie umiał znaleźć się z dostateczną godnością. To trzymał się, śmiesznych w jego sytuacji, dawnych nawyczek, witając np. protekcjonalnie spotkanych wartowników „zdrowo, striełok”, na co otrzymywał odpowiedzi „ja nie striełok, ja towarzysz”, albo jeszcze gorzej; to znowuż wpadał w inną krańcowość,   „lazł   z   łapą”,  podawał rękę,  której nie przyjmowano. To czasem wystroił się w czerkiskę ze szlifami pułkownikowskimi i kindżałem za pasem, który musiał natychmiast zdejmować wobec wycia czerni, żądającej żeby się rozbroił; to znowuż zachodził, nie wiadomo po co do wartowni grać w warcaby z żołnierzami.

Na koniec warto także przytoczyć komentarz autora dotyczący zamordowania carskiej rodziny, bo chociaż uważa to za akt sprawiedliwości, to nawet dla niego sposób w jaki to uczyniono był odrażający. „Ale jeśli powiedzieliśmy sobie nawet, że stracenie ich było rewolucyjną koniecznością, to sposób w jaki dokonane zostało budzi grozę i wstręt. Nie tak ginął Ludwik XVI i Maria Antonina”. I dalej: „Cara Mikołaja II stracono milczkiem, w suterenie, moralnie niszczono jego i jego rodziny ciała, wyłgiwano się kłamliwymi komunikatami”. A uczynili to: „Menerzy bolszewiccy, będący prawnymi przedstawicielami narodu, dzierżący wodze władzy siłą i terrorem, nie zdobyli się na ów akt jawny, za który bierze się odpowiedzialność. Woleli skrytobójczy mord, którego obrzydliwość jest równa temu wszystkiemu, co potem zrobili z Rosją i co by zamierzali zrobić z całym światem”[2].

Również Adam Powojski w swej publikacji „Car Mikołaj II. Szkice i obrazy”, pisze o ostatnim carze niezbyt przychylnie i z pewną dozą sensacji. Powtarza stereotypowe sądy np. o wykształceniu Mikołaja. „Ograniczony umysłowo ojciec ( mowa o Aleksandrze II – przyp. aut.) nie rozumiał zgoła potrzeby zapewnienia zarówno następcy jak i innym dzieciom gruntownego wykształcenia.

Troskano się przede wszystkim o wychowanie w kierunku sportowym i dzięki temu synowie carscy od lat najmłodszych doskonale jeździli konno, wiosłowali, strzelali do celu”[3]. I dalej: „Nad całokształtem wychowania górowali popi, uroczystości cerkiewne, parady wojskowe, maskarady mundurowe, słowem to wszystko co mogło tylko obniżyć intelekt przyszłego monarchy.

Rzecz prosta, iż wśród takiego otoczenia, Mikołaj wcześnie począł ujawniać przesadność i skłonność do zabobonów, które czasem… przybrały cudaczne rozmiary”.[4]

Komentarz jest jeszcze bardziej dosadny: „Dzięki tym warunkom, Mikołaj, doszedłszy do lat młodzieńczych, stał na poziomie rozwoju umysłowego przeciętnego oficera gwardji ze wszystkimi jego nałogami i ignorancją, gotowego zawsze do wydania sądów pod kątem widzenia człowieka kastowego i uprzywilejowanego”. [5]

Pisząc o służbie wojskowej przyszłego monarchy Powojski stwierdza: „Tryb życia oficerów przypadł do smaku Mikołajowi; bierze on udział w hulankach i uczestniczy nieraz do białego dnia w orgiach”[6]. Taki tryb życia miał sprawić, że: „… organizm jego zatruwał zwolna jad alkoholu, cera twarzy żółkła, pod oczyma tworzyły się obrzęki, właściwe typowym alkoholikom. Życie realne pozostawało dlań zamkniętą
kartą”. Dalej pisze autor: „Nurzając się w rozpuście, nie gardził on bynajmniej homoseksualizmem, co złamało życie jego żonie”[7].

Zupełnie już wyssane z palca i nieprawdopodobne fakty przytacza Powojski, gdy wspomina o przygodach erotycznych następcy tronu. „O życiu erotycznym Mikołaja i jego miłostkach w okresie lat młodzieńczych krążyły liczne wersje. Faktem jest, iż jako dziewiętnastoletni młodzieniec, stronił jeszcze od kobiet.

Uświadamiano sobie wyraźnie, że należy przedsięwziąć odpowiednie zarządzenia celem uleczenia młodzieńca”. „Poczęto prowadzać młodzieńca na przedstawienia balowe i za kulisy, a tańczące hurysy roztaczały przed władcą wschodu czary swych wdzięków”[8] [9] [10].

Gdy mowa o romansie carewicza z Matyldą Krzesińską autor stwierdza: „Dziewczyna była pociągająca, a przede wszystkim zdobiła ją niewinność, co nadawało szczególny wdzięk baletnicy. Ten właśnie wdzięk pociągnął szczególnie zepsutego następcę tronu, opromieniając miłostkę aureolą romantycznego uroku” .

Absurdalnym i pozbawionym wszelkich dowodów, wypada nazwać wniosek, jaki autor wyciągnął po opisaniu ataku szalonego Japończyka na następcę tronu podczas jego dalekowschodniej podróży. Powstała w jego wyniku: „Rana, jakkolwiek powierzchowna, nie przeszła, bez następstw, powodując rozrost kości, i od tej pory Mikołaj odczuwa ucisk na lewą półkulę mózgu, co niezaprzeczalnie odbija się na jego czynnościach psychicznych” .

W podobny sposób skomentowane zostało postępowanie Mikołaja, wtedy już cara po tragedii chodyńskiej: „Car zareagował na katastrofę w sposób szczególny. Zamiast przerwać uroczystość i ogłosić powszechną żałobę, ucztował dalej, a wieczorem udał się na bal do posła francuskiego”[11].

Pisze także Powojski o rzekomym konflikcie młodego monarchy z carową – matką, która dążyła jakoby do odsunięcia syna od władzy i ogłoszenia siebie regentką[12].

Na kolejnych stronach swojej publikacji przytacza on dowody pogłębiającego się alkoholizmu rosyjskiego imperatora[13] [14] [15]. Nie omieszkał także wspomnieć o roli Rasputina. Błędnie jednak zidentyfikował chorobę następcy tronu w. ks. Aleksieja – jako gruźlicę kości . Przytacza również plotkę o romansie carycy z gen. Orłowem . Jednym słowem cała ta publikacja to zbiór pomówień i oszczerstw, chociaż sam autor na wstępie zastrzega: „…iż nie kreśląc zasadniczo historii, szkice nasze opieramy jednak na materiale dziejowym”[16], jakim tego już niestety nie podaje. A powinien wysuwając takie zarzuty.

Pośrednio o Mikołaju II pisze również w książce „Święty Demon Rasputin i kobiety” przetłumaczonej przez W. Bernarda, Rene Fulupmiller. Chociaż jest ona w zasadzie sensacyjną opowieścią o Grzegorzu Rasputinie, to jednak znajdujemy w niej i ciekawe wiadomości o potężnym mocodawcy czy raczej jego ofierze, ostatnim carze Rosji. Autor informuje np., że Mikołaj II nazwał swoją małżonkę „… swojem „Słoneczkiem”. I : „Zawsze po załatwieniu uciążliwych spraw państwowych, … udawał się jak młody, zakochany małżonek, pośpiesznie do swojej Aliks, jakgdyby się nie mógł doczekać tej chwili, aż będzie mu wolno wrócić pod jej cichy, przytulny dach.

Obowiązki panującego odczuwał jako przykre i uciążliwe. Zniechęcony przesiadywał godzinami nad sprawozdaniami, podpisywał dokumenty,… . Jego codzienne urzędowanie przeważnie było stałą walką z wielką górą aktów na biurku, rosnącą w zastraszający sposób, skoro raz się zaniedbał i nie załatwił regularnego przepisywanego sobie pensum.

Od czasu, jak tylko wstąpił na tron, dzielił regularnie każdy dzień między przykre obowiązki panowania, a przyjemne godziny w pożyciu z rodziną”[17].

Gdy mowa jest o wzajemnych relacjach obojga małżonków Fulupmiller pisze: „Nigdy, nawet w czasie swych krótkotrwałych nieporozumień, nie padało między małżonkami żadne nieprzyjazne słowo; oboje zawsze przejęci najserdeczniejszą wzajemną troską o siebie, starali się nie ubliżać sobie, bodaj nawet spojrzeniem. Od samego początku małżeństwa aż do wspólnego tragicznego ich końca, mieli w tonie i obejściu coś z nowożeńców i gorąca ich miłość wzajemna nigdy nie traciła na sile”[18]. Najlepszym

tego odbiciem jest dziennik cara, którego fragmenty cytuje w swej biografii także autor. [19]

O jego miłości do dzieci świadczą najlepiej następujące cytaty: „Sam car także lubił bawić się z dziećmi i spędzał dużo czasu w ich towarzystwie. Polecił zarezerwować jedną z wielkich sal marmurowych na zamku w Carskiem Siole na zabawy dla dzieci. Tam też urządzono dla nich długi, parkietowany tor spadzisty z draperjami z jedwabiu”. I dalej: „…nawet w czasie ciężkich zaburzeń politycznych zjeżdżał wdół z dziećmi codziennie przez godzinę lub dwie, niezliczoną ilość razy po gładkiej, drewnianej rynnie”[20].

Opisany został także szczegółowy rozkład dnia władcy jednej szóstej świata[21]. Wspomina autor również o zamiłowaniu Mikołaja II do wszelkich form aktywności fizycznej: „Car lubiał wszelkiego rodzaju ćwiczenia cielesne; był znakomitym wioślarzem, piechurem, cyklistą i tenisistą. Szczególnie tenisowa gra należała do jego największych przyjemności, uprawiał ją też z prawdziwą namiętnością”. „Z wielką przyjemnością uprawiał też polowanie. W dzienniku znajduje się dużo zapisków, tyczących się najdrobniejszych szczegółów tych polowań, ilości ubitej zwierzyny”[22]. Pisze także autor „Świętego Demona” o rzekomym fatum i pechu cara urodzonego w dniu św. Hioba: „Car, z dawna oddany zabobonom, od czasu wstąpienia na tron miał zawsze dręczące uczucie, że nie potrafi żadnego przedsięwzięcia doprowadzić do skutku, urodził się przecież w dniu wielkiego męczennika Hioba”[23] [24] [25]. Wspomina o radości z narodzin następcy tronu i o późniejszym bólu i trosce cesarskich rodziców, gdy okazało się, że ich ukochane dziecko jest nieuleczalnie chore na hemofilię . Fulupmiller stwierdza, że izolacja od otoczenia w Carskim Siole i pozornie panująca tam sielanka: „nie były cyniczną prowokacją, ani też nie świadczyły o wyniosłej obojętności dla cierpień narodu, ale była to raczej ucieczka dwojga słabych, przez fatum prześladowanych, strachem przejętych ludzi, którzy w swem ciasnem i od świata odciętem „szczęściu” szukali schronienia przed przeznaczeniem” . I dopóki: „… obracali się w tem „magicznem kole”, byli pięknymi, wesołymi, dobrymi i miłymi ludźmi”. „Kto ich jednak widział poza kółkiem rodzinnem, lub stykał się z nimi na przyjęciach, uroczystościach i przy innych oficjalnych okazjach, ten, ulegając czarowi pozorów, natychmiast poznawał, że ma przed sobą dwoje nieśmiałych, lękliwych i wiecznie zaambarasowanych ludzi”[26] [27].

Nie mógł autor pisząc o Rasputinie , nie wspomnieć o wpływach różnego rodzaju „świętych mężów”, szarlatanów i uzdrowicieli, którzy zyskali wpływy na dworze przed nim. On jednak przebił swym znaczeniem wszystkich pozostałych. A to dzięki temu, że potrafił powstrzymać krwawienie i przyniósł ulgę w cierpieniu małego następcy tronu w. ks. Aleksieja. Tak życzliwy stosunek do tego typu ludzi wynikał z tradycji dworu cesarskiego. Dowodem mogą być następujące słowa: „Car chyba najmniej sprzeciwiał się fantazjom swojej małżonki, skoro sam, już jako młody mężczyzna lgnął do religijnego mistycyzmu, w czem przypominał jednego z swych przodków, Aleksandra I. To usposobienie znajdowało jeszcze poparcie w domu rodzicielskim, gdyż Aleksander III również wierzył w cudowną moc natchnionych przez Boga ludzi”[28].

Ten stosunkowo niewielki rozdział ukazuje jednak niewielką, ale znaczącą ewolucję poglądów na osobę i dokonania cara Mikołaja II. Po początkowym uporczywym szukaniu sensacji, w okresie późniejszym przychodzi czas na refleksję i bardziej obiektywne spojrzenie. Choć i tu nie brak pewnych elementów sensacyjnych i tendencyjnych. Trudno się dziwić ich autorom, przecież opisywali wydarzenia, rzec można „na gorąco”, które miały miejsce stosunkowo niedawno. Brak więc im do nich dystansu. A przecież jak zostanie to ukazane w dalszej części niniejszej pracy i w latach późniejszych, wielu badaczy z najróżniejszych powodów, nie będzie umiało zachować bezstronności wobec opisywanych faktów.

—

[1] Wańkowicz, Kaźń Mikołaja II oraz członków rodziny Romanowych, Gdańsk 1990, s. 5-6.

[2] Tamże, s. 49-50.

[3] Powajski, Car Mikołaj II. Szkice i obrazy, Warszawa 1917, s. 6.

[4] Tamże, s. 7-8.

[5] Tamże, s. 8.

[6] Tamże, s. 9.

[7]   Tamże, s. 10.

[8]   Tamże, s. 11.

[9]   Tamże, s. 14.

[10] Tamże, s. 24.

[11] Tamże, s. 34.

[12] Tamże, s. 36-38.

[13] Tamże, s. 60-61.

[14] Tamże, s. 61.

[15] Tamże, s. 59.

[16] Tamże, s. 4.

[17]  R. Fulupmiller, Święty Demon Rasputin i kobiety, Katowice 1932, s. 75.

[18] Tamże, s. 77.

[19] Tamże, s. 77-78.

[20] Tamże, s. 79.

[21] Tamże, s. 79-80.

[22] Tamże, s. 80-81.

[23] Tamże, s. 83.

[24] Tamże, s. 85-88.

[25] Tamże, s. 93.

[26] Tamże, s. 94.

[27]  O jego stopniowo rosnących wpływach i znaczeniu na ss. 133-167.

[28] Tamże, s. 116-132.

Oceń tę pracę

Cywilizacja bizantyńska

fragment pracy magisterskiej

Wprowadzenie

Cywilizacja bizantyńska, znana również jako Cesarstwo Bizantyńskie lub Bizancjum, była kontynuacją Cesarstwa Rzymskiego na wschodzie, po upadku zachodniej części imperium w 5. wieku n.e. Jego stolica, Konstantynopol (obecnie Istambul), została założona przez cesarza Konstantyna Wielkiego w 330 roku n.e.

Cesarstwo Bizantyńskie odgrywało kluczową rolę jako most między Zachodem a Wschodem, zarówno pod względem kulturalnym, jak i handlowym. Wiedza starożytnych Greków i Rzymian była przechowywana i przekazywana dalej w czasach Bizancjum, a jej wpływ rozciągał się na tereny tak odległe jak Słowiańszczyzna, Półwysep Arabski i Zachodnia Europa.

Cywilizacja bizantyńska nie jest tworem jednolitym, powstałym w wyniku jednego zdarzenia, czy pod wpływem jednej przyczyny. Jest ona zrostem historycznym z „długich wieków i licznych ludów”[1] Bizantynizm jest zakorzeniony w starożytnym Bliskim Wschodzie i w Egipcie. Pewne przekonania, koncepcje przetrwały i po nieznacznym zmodyfikowaniu stały się podwalinami pod nową metodę życia zbiorowego. Po prostu część ludzi w tamtych czasach uznało je za słuszne i zaczęło według nich żyć. W ten sposób powstała cywilizacja bizantyńska. Mogło się to stać, bo „przekonania, zapatrywania, mniemania są pierwszorzędnymi faktami historycznymi, albowiem abstrakty kierują historią.”[2]

Bizancjum „dzięki swemu położeniu geograficznemu i stanowisku handlowo-politycznemu, miało następnie posłużyć za stolicę cywilizacji, wytworzonej poza nim, a nazwanym jego imieniem z powodu zbiegu okoliczności historycznych.”[3]

Starożytna deifikacja władcy

Faraon egipski był inkarnacją bóstwa. W Babilonie władca nie był wprost boską emanacją. Swoją >boskość< udowadniał na drodze podbojów – gdy odnosił sukcesy to jako „boży wybraniec” był niepokonany. Gdy przegrywał oznaczało to, że kapryśne bóstwo przeniosło swoje sympatie na jego przeciwnika. Rozszerzanie wszechwładztwa Boga-Króla i szerzenie tego poglądu to postać ówczesnego „uniwersalizmu”.[4]

Król perski nie był wcieleniem bóstwa, ale narzędziem Ormuzda do walki z Arymanem. Z tej misji wynikały postulaty: opanowywania świata i rządów absolutnych.[5][46] Jeszcze Filip Macedoński posiadał orientalny pogląd na uniwersalizm.[6][47] „Uniwersalizm polegał atoli długo – bo aż do Aleksandra Wlk. – na samym tylko podboju i gnębieniu podbitych. Panowanie ludu zwycięskiego rozumiano nadto, jako narzucenie mu praw zaborcy.”[7][48]

Nowy typ uniwersalizmu miał polegać na syntezie, na sztucznym zlaniu się i zgodnym współżyciu różnych ludów. Aleksander Wielki odrzucał hegemonie jednych, a nie wyobrażając sobie wielości odrębnych organizmów mniemał, że te często sprzeczne ze sobą organizmy zleją się w jeden uniwersalny lud. Powstały wtedy sztuczny mechanizm mógł być utrzymany  tylko przymusem.[8][49] Nic więc dziwnego, że rozpadł się zaraz po śmierci swojego twórcy. Od Aleksandra W. bierze się nowa koncepcja królowania, według której cała polityka należała do władcy. Dlatego w Aleksandrii nie zajmowano się naukami społecznymi.[9][50] Cele państwa hellenistycznego ograniczyły się do utrzymania dynastii i do ekspansji. W hellenizmie nastąpił nawrót sakralizmu – władca był potomkiem Boga. Władcy oparli się na sile fizycznej[10][51] żołnierza zaciężnego. Zaczynają wykluwać się już nowe zasady uniwersalizmu: tolerancja religijna i samorząd dla ludu. Armia zaś i skarb zastrzeżony dla panującego.[11][52] Rzym w swych kontaktach ze wschodem nie ustrzegł się pewnych wpływów, które miały zmienić i wypaczyć jego ustrój.

Od Kartaginy nauczono się wiarołomstwa i okrucieństwa.[12][53] Ponadto ze Wschodu przyswojono sobie praktykę deportacji ludności, rozwiązłość i „konsumpcjonizm”.[13][54] Ścisłe powiązanie legionów z osobą wodza spowodowało to, że zwycięzca wywłaszczał dotychczasowych właścicieli ziemi, aby na niej osadzić swoich weteranów.[14][55] W polityce panował całkowity brak skrupułów.[15] Juliusz Cezar planował nawet przeniesienie stolicy do Aleksandrii i zaprowadzenie w całym państwie rządów na wzór „faraoński”. Wtedy różnica była jeszcze istotna: w Rzymie władza realizowała cele społeczeństwa, a na wschodzie tylko własne – społeczeństwo było wyłączone z życia publicznego.[16]

Ustrój Imperium Rzymskiego degenerował się dalej pod wschodnimi wpływami. Cesarzowi przyznano prawo nad życiem i śmiercią obywateli.[17][58] Państwem kierowała centralistyczna administracja.[18][59] Ubóstwienie cesarzy i mordy w rodzinie panującej dobitnie świadczą o orientalizacji życia.[19][60] Zaprowadzono kasty w społeczeństwie poprzez przymusowe dziedziczenie zawodów w rzemiośle i rolnictwie.[20][61] Chrześcijańska kontestacja państwa rzymskiego wynikała z protestu przeciw ubóstwieniu władcy i niemoralności życia publicznego.[21]

Po „Edykcie Mediolańskim” Kościół Katolicki domagał się od władców przestrzegania zasad moralnych. Np. św. Ambroży zmusił do publicznej pokuty cesarza Teodozjusza.[22][63] Jednak wszystkie sekty i herezje popierają cezaropapizm i przyznają władcy wszelkie uprawnienia.[23][64] Papież Galeriusz wymagał od cesarza posłuszeństwa w sprawach wiary i pomocy w zwalczniu herezji.[24][65] Mimo tego władcy uroili sobie, że należy im się też władza nad Kościołem, jako że są „Bożymi namiestnikami”. W Bizancjum państwo nie było oparte o społeczeństwo, ale je pochłaniało. Na zachodzie barbarzyńcy zniszczyli ustrój bizantyński: kastowość, biurokracje i przeżytki kultów orientalnych[25][66], ale na wschodzie bizantynizm pozostał on i bujnie się rozwinął.

Kultura i osiągnięcia

Cywilizacja bizantyńska wywarła ogromny wpływ na rozwój sztuki, literatury, filozofii, prawa, architektury i muzyki. Bizantyńczycy wykształcili unikalny styl artystyczny, który łączył elementy chrześcijańskie z tradycją grecką i rzymską. Ich malarstwo, zwłaszcza ikony, jest uważane za jedno z największych osiągnięć tej kultury.

Zakodowanie prawa rzymskiego przez cesarza Justyniana I w tzw. Kodeksie Justyniana miało wpływ na rozwój systemów prawnych na całym świecie. Bizantyńczycy byli też znani z rozbudowanej administracji, dyplomacji i wyrafinowanej retoryki.

Religia

Religią dominującą w Bizancjum było chrześcijaństwo, ze szczególnym naciskiem na dogmaty i ceremonie. Cesarstwo było miejscem licznych sporów teologicznych, które miały wpływ na rozwój chrześcijaństwa. W 1054 roku doszło do Wielkiej Schizmy, która podzieliła chrześcijaństwo na Kościół katolicki na Zachodzie i Kościół prawosławny na Wschodzie.

Koniec Cesarstwa Bizantyńskiego

Cesarstwo Bizantyńskie zakończyło swoje istnienie w 1453 roku, kiedy Konstantynopol został zdobyty przez Imperium Osmańskie. Jednak jego dziedzictwo przetrwało w wielu kulturach, które zostały przez niego dotknięte, a także w Kościele prawosławnym. Jego wpływ można dostrzec w kulturach wschodniej Europy, Bliskiego Wschodu i w tradycjach prawosławnych na całym świecie.


 [1] Feliks Koneczny, „Cywilizacja bizantyńska”, Wydawnictwo Towarzystwa im. Romana Dmowskiego, Londyn 1973, s. 18.

 [2] Tamże, s. 19.

 [3] Tamże, s. 25.

 [4] Tamże, s. 19-20.

 [5][46] Tamże, s.21.

 [6][47] Tamże, s. 43.

 [7][48] Tamże, s. 39.

 [8][49] Tamże, s. 47.

 [9][50] Tamże, s. 58.

 [10][51] Tamże, s. 59.

 [11][52] Tamże, s. 60.

 [12][53] Tamże, s. 71.

 [13][54] Tamże, s. 75.

 [14][55] Tamże, s. 83.

 [15][56] Tamże, s. 82.

 [16][57] Tamże, s. 85.

 [17][58] Tamże, s. 86.

 [18][59] Tamże, s. 94.

 [19][60] Tamże, s. 95.

 [20][61] Tamże, s. 113.

 [21][62] Tamże, s. 105.

 [22][63] Tamże, s. 135.

 [23][64] Tamże, s. 123.

 [24][65] Tamże, s. 150.

 [25][66] Tamże, s. 153.

Oceń tę pracę

Pontyfikat Karola Wojtyły

Zajmując się politycznymi aspektami pontyfikatu należy zwrócić baczną uwagę, aby ustrzec się anachronizmów. Pontyfikat Karola Wojtyły jest bardzo długi. Jest piątym w kolejności długości. W tak długim czasie bardzo się zmieniła zewnętrzna sytuacja polityczna, w której działa Papież. Należy się wystrzegać patrzenia na dokonania Ojca Świętego z początku pontyfikatu ze współczesnego punktu widzenia. Gdybyśmy zapomnieli o politycznym sytuacyjnym kontekście, to całkowicie błędnie i nieprawdziwie odczytalibyśmy wypowiedź Jana Pawła II: „[…] Wiele krajów z trudem walczy o przezwyciężenie głodu, chorób czy opóźnienia w rozwoju, podczas gdy kraje zasobne umacniają swoje pozycje, a wyścig zbrojeń nadal w sposób nierozważny pochłania środki, które mogłyby być lepiej wykorzystane. Nagromadzenie broni konwencjonalnej, chemicznej, bakteriologicznej, a zwłaszcza nuklearnej poważnie zagraża przyszłości narodów, szczególnie w Europie, i słusznie je niepokoi. […] Napięcie pomiędzy­ — używając powszechnie przyjętych określeń­ — Wschodem i Zachodem dotyczy nie tylko stosunków pomiędzy bezpośrednio zainteresowanymi narodami, ale naznacza, a nawet zaostrza wiele trudnych sytuacji w innych miejscach świata. Wobec takiego stanu rzeczy należy uświadomić sobie ogromne niebezpieczeństwo, jakie stanowi owo rosnące napięcie i polaryzacja na wielką skalę, szczególnie kiedy się pamięta o nieznanych dotąd środkach masowej i straszliwej zagłady, jakimi świat dysponuje. Tymczasem ci, którym sprawa pokoju leży na sercu, świadomi wprawdzie tego niebezpieczeństwa, natrafiają na trudności­ — by nie powiedzieć są bezsilni­ — w zatrzymaniu tego procesu, w odnalezieniu środków dla zmniejszenia napięć poprzez konkretne kroki, które zmierzałyby do « de‑eskalacji », do redukcji zbrojeń i do porozumienia, co pozwoliłoby poświęcić więcej wysiłków pierwszoplanowym zadaniom postępu gospodarczego, społecznego i kulturalnego. […]” [2] (ss. 4 i 5), „[…] Najbardziej dramatycznym i niezaprzeczalnym przykładem jest nadal widmo broni atomowej, które wzięło początek z przeciwstawienia Wschód‑Zachód. Broń atomowa ma wielką moc niszczycielską, a plany strategiczne wojny nuklearnej są tak wielostronne, że ludzką wyobraźnię ogarnia paraliżujący lęk. Ten lęk nie jest bezpodstawny. […]” [3] (ss. 5 i 6), „[…] straszliwe ryzyko związane z bronią masowego zniszczenia musi doprowadzić do procesu współdziałania i do rozbrojenia, co sprawi, że wojna stanie się praktycznie niemożliwa. […]” [2] (s. 12), „[…] Oczywiście, przedmiotem międzynarodowego dialogu na rzecz pokoju będzie także niebezpieczny wyścig zbrojeń, celem stopniowego zredukowania go[…]” [1] (s. 15), „[…] Wielu ludzi uważa, że kontrolowana i powszechna redukcja zbrojeń jest powszechną koniecznością. […] Papież kieruje ku nim słowa zachęty. […]” [2] (s. 16) i: „[…] Stolica Apostolska nie przestaje nalegać na konieczność zahamowania wyścigu zbrojeń[…]” [1] (s. 15). Pozornie mogłoby się wydawać, ot, jeszcze jeden apel pokojowy i o powszechne rozbrojenie, a obie strony konfliktu traktowane są na zasadzie symetrii zwierciadlanej. I w takim właśnie duchu swoją interpretację słów Jego Świątobliwości stara się narzucić lewica, jako rzekome poszukiwanie tzw. „trzeciej drogi” po odrzuceniu w równym stopniu obu stron konfliktu. Ale czy słusznie? Czytajmy dalej: „[…] sumienie to bywa często zniekształcone, by nie powiedzieć: podporządkowane przez różne systemy społeczno‑polityczne i ideologiczne, które także są dziełem ludzkiego ducha. Kiedy ludzie pozwalają się zwodzić systemom, które ukazują globalną, wyłączną i manichejską niemal wizję ludzkości, a warunkiem postępu czynią walkę z innymi, ich eliminację lub ujarzmienie, wówczas zamykają się w mentalności wojennej, która utrwala napięcia i czyni ich prawie niezdolnymi do dialogu. Niekiedy bezwarunkowa akceptacja tych systemów staje się swego rodzaju bałwochwalstwem wobec przemocy, siły i bogactwa, jakąś formą zniewolenia, które odbiera wolność nawet samym rządzącym. […]” [2] (ss. 6 i 7). Widać już jasno, że wbrew obłudnym intencjom lewicy o żadnym symetrycznym traktowaniu obu systemów nie może być mowy. Wyraźnie widać, że odniesienia do ustroju Moskowii Soviet’skiej przeważają zdecydowanie. Odnajdujemy je zwłaszcza w podkreśleniu porządku zadekretowanego, przejawiającego się w sztuczności i pozostawaniu w opozycji do porządku spontanicznego owe „systemy społeczno‑polityczne i ideologiczne, które są dziełem ludzkiego ducha”, „podporządkowujące” sobie i „zniekształcające sumienie” należące niewątpliwie do porządku przeciwstawnego, bo spontanicznego. A także w: „wyłącznej, globalnej, manichejskiej i zwodniczej wizji całej ludzkości”, „walce z innymi, eliminacji lub ujarzmieniu jako warunku postępu”, „wojennej umysłowości”, „bałwochwalstwie wobec atrybutów systemu”, „samo zniewalaniu się rządzących”, oraz „[…] manipulacje ideologiczne, spowodowane przez agresywne zamiary. […]” [2] (s. 7), „[…] ograniczoności i stronniczości systemów filozoficznych oraz społecznych, sprowadzających człowieka i historię na zamknięty teren sił materialnych, gdzie liczy się jedynie potęga broni […]” [2] (s. 9). Zwłaszcza w zestawieniu z wcześniejszym fragmentem: „[…] Nawet złożony sposób sprawowania władzy nie zmienia faktu, że zawsze indywidualne sumienie ponosi odpowiedzialność za przygotowanie, wywołanie czy rozszerzenie konfliktu; to, że odpowiedzialność rozłożona jest na więcej osób w niczym nie zmienia tej zasady. […]” [2] (s. 6). Wyraźnie tu widzimy odwołanie się do właściwego Moskowii Soviet’skiej kolektywnego sposobu sprawowania władzy, a jednocześnie obnażenie fałszu kolektywizmu. Dalsze fragmenty nie pozostawiają cienia wątpliwości: „[…] demokratyczne przestrzeganie wolności […]” [1] (s. 13), i „[…] chodzi o dobre korzystanie z demokracji […]” [2] (s. 7). W czasie powstawania Orędzi postawienie zarzutu nie demokratyczności jednoznacznie wskazywało na komunizm. Obecnie ten wyróżnik jest już nieaktualny. Teraz już staje się dla nas jasne, że “[…] Napięcie pomiędzy­ — używając powszechnie przyjętych określeń­ — Wschodem i Zachodem dotyczy nie tylko stosunków pomiędzy bezpośrednio zainteresowanymi narodami, ale naznacza, a nawet zaostrza wiele trudnych sytuacji w innych miejscach świata. […]”, „[…] nadawanie lokalnym konfliktom oblicza ideologicznego przez mocarstwa, które, wyzyskując sytuację ubogich i bezbronnych, dążą do zdobycia przewagi w danym regionie. […]” [3] (s. 6), odnosiło się do eksportu rewolucji. „[…] Ekonomia zamiast, ludziom, służy celom militarnym. Sprawy bezpieczeństwa wzięły górę nad rozwojem i dobrobytem. Nauka i technologia zniżyły się do roli pomocniczych dyscyplin wojny. […]” [1] (s. 15). Najbardziej „poważnie zagraża przyszłości narodów, szczególnie w Europie” „nagromadzenie broni konwencjonalnej, chemicznej, bakteriologicznej, a zwłaszcza nuklearnej” w Moskowii. I to najbardziej w Moskowii „wyścig zbrojeń nadal w sposób nierozważny pochłania środki, które mogłyby być lepiej wykorzystane”, co się sprawdziło, bo komunizm dlatego upadł, bo się zazbroił na śmierć. Także nie może być mowy o żadnym pacyfizmie: „[…] Przedmiot dialogu na rzecz pokoju nie może jednak ograniczać się do potępienia wyścigu zbrojeń[…]” [1] (s. 16), „[…] Niewątpliwie, należy brać pod uwagę ogrom przemocy obecnej w dziejach ludzkości. Wobec takiej rzeczywistości historycznej, poczucie realizmu w służbie samym podstawom sprawiedliwości stwarza konieczność utrzymania w mocy zasady słusznej obrony. […]” [2] (s. 12), „[…] choć może się to wydawać paradoksalne, ten, kto naprawdę pragnie pokoju, odrzuci wszelki pacyfizm, za którym kryje się tchórzostwo czy zwykła chęć zapewnienia sobie spokoju. […]” [2] (s. 10).


[1] Orędzie Jego Świątobliwości Papieża Jana Pawła II na XVI Światowy Dzień Pokoju, 1 stycznia 1983 r.

[2] Orędzie Jego Świątobliwości Papieża Jana Pawła II na XVII Światowy Dzień Pokoju, 1 stycznia 1984 roku, Liberia Editrice Vaticana, Watykan.

[3] Orędzie Jego Świątobliwości Papieża Jana Pawła II na XIX Światowy Dzień Pokoju, 1 stycznia 1986 roku, Drukarnia Watykańska « Polyglotta ».

Oceń tę pracę

Recepcja procedury rzymskiej przez Kościół

Do połowy XII wieku Kościół cały czas nie posiadał jeszcze jednolitej, stosowanej powszechnie pragmatyki w odniesieniu do heretyków. Do dyspozycji władz zarówno duchownych, jak i świeckich pozostawały rozwiązania mieszczące się w widełkach, których ramiona z jednej strony wyznaczały słowa ojców Kościoła, takich jak Wason z Liege czy Bernard z Clairvaux, który głosił, że heretyków należy chwytać przy pomocy argumentów, a nie broni. Z drugiej natomiast strony wachlarz środków contra hereticos zamykała krucjata przeciwko albigensom.

Sytuacja w tej kwestii zmieniła się od połowy XII wieku, kiedy na uniwersytecie w Bolonii dokonano odkrycia i rozpoczęto badania nad ustawodawstwem Justyniana. Pierwszym znanym mistrzem na polu wyjaśniania trudnych tekstów prawniczych był Irneriusz, a kontynuatorem niemalże mu współczesnym Gracjan. Był on autorem Concordia discodantium canonum znanym później jako kodeks Gracjana, zawierającym komentarze objaśniające ustawodawstwo Justyniana, a mianowicie: Kodeks, Instytucje, Digesta i Nowele. Wraz z nimi światło dzienne ujrzało ponownie całe wypracowane od IV do VI wieku prawo zwalczające heretyków. Zbiór ten nie miał charakteru oficjalnego dokumentu kościelnego, stanowił prywatne opracowanie bolońskiego mistrza, niemniej jednak od lat czterdziestych XII wieku był fundamentalnym tekstem dla wykładowców prawa w Bolonii i w całej Europie oraz kamieniem węgielnym rodzącego się prawa kanonicznego. Kodeks przewidywał za herezję nie tylko ekskomunikę, ale też kary kryminalne. Zostało wtedy ponownie odkryte narzędzie, którym posłuży się Kościół do zwalczania sekt i czarownictwa.

Sama instytucja Kościoła nie korzystała jeszcze z rozwiązań proponowanych przez bolońskich wykładowców prawa, niemniej jednak polityka soborowa wyraźnie się w tym okresie zaostrzyła. Świadczy o tym Sobór Laterański III w 1179 roku, który oprócz tradycyjnych wewnątrzkościelnych środków służących zwalczaniu heretyków, takich jak ekskomunika, nakazał także władcom katolickim konfiskatę majątków i zniewolenie kacerzy. Poddanych władców heretyckich, sobór zwolnił z obowiązku posłuszeństwa względem suwerenów.

Należy zaznaczyć, że rozwiązania do których wzywa Kościół, przewidywały już ingerencję władców świeckich i daleko wykraczały poza wewnątrzkościelną dyscyplinę. W celu zapewnienia sankcjonowania nowego prawa konieczna była współpraca obu tych ośrodków, co pod koniec XII wieku nie było już jednak oczywistością. Ówczesną Europą wstrząsały konflikty między cesarstwem, a papiestwem i dopiero uzyskanie przez Kościół – w osobie Aleksandra III – przewagi nad Fryderykiem Barbarossą, dzięki zwycięstwie Ligi Lombardzkiej w bitwie pod Legnano w 1176 roku, umożliwiło zaangażowanie ramienia świeckiego w celu obrony wiary.

Do sformalizowania współpracy doszło w 1184r. w Weronie, kiedy to cesarz i papież podpisali dekret Ad abolendam poświęcony walce z herezją. Jest on nazywany przez historyków

Kartą Fundacyjną Inkwizycji, ponieważ przekładał na praktyczny język procedur zasady znane z kodeksu Gracjana.

Dokument ten poza tradycyjnymi karami kościelnymi, takimi jak ekskomunika i anatema, przewidywał za grzech (przestępstwo herezji) kary świeckie. Do władzy duchownej należało zatem tylko ustalenie winy. W tym celu biskupi mieli dwukrotnie w ciągu roku wizytować podległe sobie parafie, co do których istniało podejrzenie, że przebywają w nich heretycy. Biskupi winni byli przeprowadzić śledztwo wszczęte na podstawie doniesienia wiarygodnych świadków (testes synodales), którzy odpowiadali pod przysięgą na pytania wizytatorów, wskazując osoby otoczone w społeczności złą sławą (mala fama). W razie potrzeby zaprzysiężona miała zostać cała okolica, a osoby uporczywie odmawiające przysięgi miały być przez sam ten czyn uznane za heretyków. Po przeprowadzeniu dochodzenia tzw. inkwizycji, winni mieli być przekazani w ręce sądów świeckich, które wyznaczały odpowiednią karę, zgodnie z lokalnymi zwyczajami prawnymi.

Niezwykle szeroko zakreślony został krąg podejrzanych. Poza samymi heretykami „mieczem ekskomuniki” mieli być dotknięci także podejrzani o herezję, dopóki w ciągu roku nie oczyszczą się z zarzutów. Ponadto ekskomunice podlegali wierzący, przyjmujący, broniący i wspierający heretyków. W przypadku gdy wyżej wymienieni w ciągu roku nie oczyścili się z zarzutów, zostawali pozbawieni czci, co z kolei łączyło się z niemożliwością obejmowania jakichkolwiek urzędów czy zabierania głosów w publicznych zebraniach. Nie mogli oni też sporządzać testamentu, ani dziedziczyć. Sankcje zaostrzały się w przypadku gdy podejrzany był sędzią, adwokatem, notariuszem czy duchownym.

Krąg obłożonych ekskomuniką poszerzył się dalej o osoby, które odmawiały unikania heretyków wyraźnie wskazanych przez Kościół. Duchowni nie mogli osobom „zarażonym” udzielać sakramentów, a w razie złamania zakazu zostawali pozbawieni urzędu. Na karę ekskomuniki zasługiwali kaznodzieje, którzy nauczali bez pozwolenia lokalnego biskupa czy stolicy apostolskiej.

Akt dodatkowo wymagał od każdego wstępującego na stanowisko duchowne bądź też świeckie urzędnika, z władcą na czele, publicznej przysięgi obrony wiary. Jeśli przysięgający był opieszały i zaniedbywał nałożone na niego obowiązki, a w okresie roku nie wypełnił zadośćuczynienia, zostawał obłożony anatemą przez lokalnego metropolitę, dobra jego były przyzywane władcom prawowiernym, a podlegli mu wasale zostawali zwolnieni z przysięgi wierności. Podobna sankcja czekała opieszałego w swej roli biskupa z tą różnicą, że jego beneficja były przekazane Kościołowi.

Kolejnym dokumentem papieskim, który miał znaczenie dla rodzącej się procedury inkwizycyjnej był dekretał Innocentego III Vergentis in senium z 1199 roku. Akt ten skierowany był wprawdzie do kleru, władz miejskich i ludu Viterbo, ale jego wpływ – dzięki ustawodawstwu cesarza Fryderyka II – okazał się o wiele szerszy.

O znaczeniu dokumentu dla przyszłego rozwoju procedury inkwizycyjnej przesądził fakt, iż papież postępując w duchu chrześcijańskiego ustawodawstwa Cesarstwa Zachodnio- rzymskiego stawiał znak równości między herezją, a zdradą i zbrodnią obrazy majestatu. Nowa kwalifikacja pozwalała na zastosowanie najsroższych sankcji, z karą śmierci i konfiskatą mienia na czele. Rozszerzono krąg ukaranych na dzieci skazanego, poprzez konfiskatę majątku oraz pozbawienie ich czci obywatelskiej. Było to istotnym novum w dotychczasowej praktyce, do tej pory bowiem mienie po skazanym przypadało państwu dopiero, gdy zmarły nie miał dzieci z prawego łoża, a wobec potomków heretyka nie stosowano zasady zbiorowej odpowie­dzialności.

Przemożny wpływ na kształtowanie się procesu inkwizycyjnego, jak i na jego późniejszą europejską i polską recepcję miały konstytucje cesarskie Fryderyka II. Waga i rola jaką odegrały te akty dla rozwoju europejskiej procedury wymagają poświęcenia im nieco więcej uwagi.

Pierwszym aktem Fryderyka II zawierającym przepisy dotyczące walki z heretykami była konstytucja z roku 1220, wydana z okazji koronacji cesarskiej. Powtarzała ona prawie dosło­wnie część postanowień trzeciego kanonu uchwał IV Soboru Laterańskiego z 1215 roku. Tam gdzie postanowienia ustawy odbiegały od laterańskiego poprzednika, wydają się być wzorowane na liście papieża Innocentego III skierowanego do kleru, rajców i ludu miasta Viterbo.

Kolejne ustawy cesarskie przeciw heretykom, to konstytucja dla Lombardii z 1224 roku oraz rozdział opublikowanych w 1231 roku ustaw dla Sycylii. Konstytucja z 1224 roku to pierwszy pomnik prawa cesarskiego ustanawiający dla heretyków karę śmierci przez spalenie na stosie. Taką samą karę dla kacerzy przewidywała ustawa sycylijska.

Następny akt prawny contra hereticos wydał Fryderyk II w roku 1232. Normował on postępowanie przeciwko kacerzom na ziemiach niemieckich i zasługuje na uwagę po pierwsze z tego względu, iż sankcjonował karę śmierci dla heretyków, którą to już od dawna zwyczajowo stosowano, a po drugie przez wzgląd na fakt, iż ściganie kacerzy oddał prawie całkowicie w ręce inkwizytorów papieskich. Dotąd w konstytucji lombardzkiej do ścigania i sądzenia kacerzy powołani byli ordynariusze miejscowi, a według ustawy sycylijskiej ściganiem zajmowali się urzędnicy królewscy, podczas gdy władzom duchownym pozostawało orzekanie o winie.

W latach 1238 i 1239 powtórnie ogłoszono konstytucję „niemiecką” rozciągając jej moc obowiązującą na obszar całego cesarstwa oraz uzupełniając ją postanowieniami dotyczącymi konfiskaty majątków heretyków, oraz wyłączania ich dzieci od dziedziczenia, zawartymi w konstytucji koronacyjnej z 1220 roku.

Ustawy cesarskie Fryderyka miały przemożny wpływ na ustawodawstwo innych państw, a zasięg oddziaływania, jak i jego znaczenie świadczą o wysokim poziomie jurystów niemieckich oraz o ogólnoeuropejskiej potrzebie kodyfikacji prawa przeciwko heretykom.

Już pierwsza z konstytucji cesarskich z 1220 roku została zaaprobowana przez Honoriusza III i włączona jako uzupełnienie regulacji przeciwko heretykom do V tytułu pierwszej księgi kodeksu Justyniańskiego. O entuzjastycznym przyjęciu jej przez wspomnianego wyżej papieża świadczy dodatkowo fakt, że już w 1220 roku przesłał on ustawę do słynnego wówczas uniwersytetu prawniczego w Bolonii, gdzie miała być czytana i komentowana w czasie wykładów prawa. Król Ludwik X nadał tej konstytucji moc obowiązującą na terenie całej Francji w roku 1315, choć już wcześniej korzystano tam z ustawodawstwa cesarskiego zapośredniczonego przez bulle papieskie, które wyraźnie się na nie powoływały. Rozdziały konstytucji sycylijskiej zostały umieszczone również w kodyfikacji prawa czeskiego Maiestas Carolina Karola IV z 1346 roku, która choć nigdy nie weszła w życie, to jednak zwyczajowo była stosowana.

Znaczenie jakie zdobyły ustawy cesarskie w świecie chrześcijańskim zawdzięczały przychylnemu stanowisku Kościoła, który w konstytucjach znajdował oparcie w walce z herezją. Oprócz bowiem aprobaty wspomnianego wyżej Honoriusza III, Innocenty IV opublikował w bulli Cum adversus haereticam pravitatem z 1252, powtórzonej w 1254 roku tekst ustaw cesarskich z 1239 roku i nakazał miastom włoskim włączyć go do statutów miejskich i stosować w praktyce.

Bullę Cum adversus haereticam pravitatem ponawiali także następni papieże, Aleksander IV, Klemens IV i Bonifacy VIII, który w piśmie Ut inąuisitionis negotium wyraźnie aprobował konstytucje Fryderyka II przeciw heretykom, nadając im moc obowiązującą we wszystkich państwach chrześcijańskich.

Do recepcji konstytucji cesarskich przyczynili się walnie ci urzędnicy, w rękach których spoczywały kompetencje do walki z heretykami; byli to inkwizytorzy papiescy. Rozpowszechniali oni konstytucje w krajach nie należących do cesarstwa, poprzez rozciąganie mocy obowiązującej bulli papieskich na państwa ościenne. Przykładem takiego inkwizytora był Bernard Gui, autor jednego z najbardziej rozpowszechnionych podręczników: Practica inąuisitionis haereticae pravitatis. Radził on inkwizytorom, aby zawsze mieli oni przy sobie wyżej wspomnianą bullę Cum adversus haereticam pravitatem, a także by w razie wątpliwości odwoływali się do ustaw cesarskich.

Z momentem połączenia herezji z przestępstwem obrazy majestatu stała się ona zbrodnią „przeciwko dobru powszechnemu”. Status ten skutkował zmianą polityki karnej idącą w kieru­nku usprawnienia i skrócenia procedury. Tak zwany proces sumaryczny był w porównaniu z pro­cedurą tradycyjną postępowaniem przyśpieszonym w tym względzie, że uproszczone było wszczęcie sprawy oraz ograniczone możliwości odwoławcze oskarżonego. Zmiany te motywo­wane były zapobieganiem praktykom prowadzącym do przewlekania procesu. Proces sumaryczny stosowano głównie w postępowaniu dyscyplinarnym prowadzonym przeciwko oskarżonym o herezje duchownym.

Na początku XIV wieku ukazały się dekretały papieskie: Saepe i Dispendiosam. Papież Klemens ustalił przebieg takiego procesu odnośnie do heretyków, mimo że już wcześniej był on stosowany przez inkwizytorów. Postępowanie można było wszcząć tylko na podstawie samego podejrzenia czy denuncjacji, a jako świadek mógł wystąpić każdy, z wyłączeniem śmiertelnych wrogów oskarżonego. Wolno było przesłuchiwać w sposób bolesny, to znaczy stosować tortury.

Instytucja świadków synodalnych (testes synodales) sięga początku XIII wieku. Podczas krucjaty przeciwko katarom we Francji polecano biskupom ustanowienie takich właśnie świadków, którzy mieli w gminach śledzić spotkania osób podejrzanych o herezję i donosić o tym władzom kościelnym. Świadkami tymi byli prawowierni, powszechnie szanowani mężczyźni, którzy przeważnie pełnili funkcje w niższych, świeckich instancjach sądowniczych i cieszyli się na danym terenie autorytetem. Do nich też wpływały skargi na niepożądane zjawiska. Zadaniem świadków synodalnych była ocena tego, które z nich należało potraktować poważnie, a które uznać za bezpodstawne. Uzasadnione przypadki przedstawiali oni sądom synodalnym.

W 1227 roku synod w Narbonne potwierdził uchwały awiniońskie i poszerzył je o posta­nowienie, iż ma być to instytucja stała i podporządkowana miejscowemu proboszczowi. Tak więc w każdej gminie istniało gremium złożone z 3 lub 4 mężczyzn, które śledziło tryb życia mieszkańców i było zobowiązane przekazywać informacje dotyczące herezji wyższym szczeblom sądownictwa kościelnego. W momencie zastąpienia inkwizycji biskupiej – papieską, pod jej jurysdykcje przeszli także świadkowie synodalni.

Postanowienia Soboru Laterańskiego IV przez Innocentego III w 1215 r. składały ciężar obrony Kościoła przed nieprawościami na barki biskupów. Należy przy tym pamiętać, że powołania na stolce biskupie w tamtych czasach częściej opierały się na koneksjach rodzinnych, czy po prostu wkupywaniu się na stanowiska, niż na kryteriach wykształcenia czy w szcze­gólności na znajomości zasad wiary i prawa kanonicznego. Nie do rzadkości należały więc przypadki dochodzeń inkwizycyjnych rozstrzyganych przez biskupów, czy nawet arcybiskupów, które wobec zawiłości niuansów prawniczych i teologicznych odsyłane były na dwór papieski.

Wobec niewydolności sądów biskupich papiestwo musiało zastosować inne środki. Rozwiązanie przyjęte przez papieża Grzegorza IX było znane już z wcześniejszych, bo pochodzących z XI wieku kolekcji prawnych Anzelma z Lukki i kardynała Deusdedita. Zaproponowanym wyjściem z impasu była instytucja sędziów delegowanych. Byli to urzędnicy, którym papież powierzył część swojej władzy sądowej, aby go reprezentowali w przypadku rozstrzygania konkretnej sprawy lub przez konkretny okres na danym obszarze.

Oceń tę pracę